Ogłoszenie


NOWY BLOG!

Jest godzina szósta trzydzieści rano, niedziela, 23 stycznia 1977. W dniu swojego wesela, Petunia Evans pod pretekstem przygotowań wsiada w taksówkę, wysiada w Londynie i... postanawia pójść na spacer. Na nieludzko długi spacer. Prowadzona przez duchy przeszłości dochodzi aż do Charing Cross Road – nie spodziewa się nawet, kogo napotka na swojej drodze ani jakie będą tego konsekwencje.

8 sie 2016

Rozdział końcowy


A/N: Przede wszystkim pragnę podziękować wszystkim, którzy czytali. Po długich pertraktacjach z samą sobą doszłam do wniosku, że historia Andromedy została oddana tak dokładnie, jak tylko pozwalały na to moje umiejętności i wyobraźnia. Reszta, jak wiemy, jest już biografią bardzo wyjątkowego chłopca. Nie darowałam sobie jednak dodania na ostatni moment postaci, bez której żaden mój fanfik się nie liczy ;) Byliście cudowni. Widzimy się po drugiej stronie!



Severus Snape, circa 1980






Od 1980 sekretna organizacja Dumbledore’a przestała się spotykać w Hogwarcie. Większość członków odłączyła kominki od sieci Fiuu, a na tym etapie wojny daleka teleportacja do Hogsmeade stała się po prostu zbyt niebezpieczna. Demeter i Alana wyjechały z kraju po tym, jak Ministerstwo oskarżyło je o szpiegostwo. Posunęli się nawet do tego, że wystawił za nimi listy gończe. Nie wiedziałam ile w tym winy mojej książki, ale przypuszczałam, że sporo. Straciłyśmy kontakt na niemal rok. Jedynie Dorcas i Alice nie ruszyły się z Anglii, twierdząc, że nic ani nikt nie jest w stanie ich wykurzyć — choć od czasu akcji w Departamencie Tajemnic gdziekolwiek Dorcas nie poszła, musiała podróżować incognito. Przez swoją odwagę podsycaną niekiedy niepotrzebną brawurą stała się wśród Śmierciożerców poszukiwaną numer jeden. Alastor nie mógłby być bardziej dumny. Co do mnie, muszę nieskromnie dodać, że miałam swój udział w popchnięciu spraw Zakonu naprzód. Po ukończeniu Hogwartu Syriusz nie chciał nawet słyszeć o trzymaniu się z daleka od polityki. Nie próbowałam protestować — Dumbledore również, co w sumie powinno mi dać do myślenia, ale niestety. 
Przypuszczam, że wpływ na decyzję Syriusza miał również fakt, że w pierwszej kolejności do walki rwał się James Potter, a zaraz za nim, rzecz jasna, Lily. To właśnie dzięki niej Zakon pozyskał nową siedzibę. Od września nasze przerzedzone szeregi zasiliła rzesza ludzi zbyt młodych na wojnę i jednocześnie niepokojąco dobrze na nią przygotowanych. Chciałabym napisać, że wstąpił w nas nowy duch, ale prawda była taka, że po gruntownym zastanowieniu ja i reszta członków starszych stażem poczuliśmy na swoich barkach jeszcze większą odpowiedzialność. Musieliśmy wygrać tę nierówną walkę — jeśli nie dla nas, to dla nich. Tymczasem jednak prawie codziennie traciliśmy kogoś z rąk wroga i coraz bardziej zdawaliśmy sobie sprawę ze słabości naszego wywiadu. Stało się jasnym, że jedynym światełkiem w tunelu mogłoby być przeniknięcie do szeregów wroga, ale wiedzieliśmy, że byłoby to po prostu niemożliwe. Voldemort był nie tylko potężnym magiem — na nasze nieszczęście jego moc szła w parze z talentem strategicznym, a legenda o zdolnościach legilimencji dotarła nawet do Zakonu. 
Na początku stycznia nowego roku dyrektor nadal nie tracił nadziei, choć większość z nas nie miała już żadnej. Wyjątkowo deszczowa pogoda towarzyszyła generalnie ponurym nastrojom zebranych w salonie Potterów. Jak co spotkanie, Dorcas jako pierwsza wyrwała się na ochotnika do samobójczej misji w obozie Śmierciojadów, choć tym razem już nawet Moody ją spacyfikował, co chyba uświadomiło jej, jak bardzo porywa się z motyką na słońce.
— To może ja… — Lily zerknęła w stronę swojej jeszcze pełnej filiżanki. — Czy ktoś życzy sobie dolewkę? — Rzuciła w eter i, zanim uzyskała jakąkolwiek odpowiedź, nerwowo wymaszerowała do kuchni.
— Czy to do niego podobne? — zapytał mnie Syriusz, z wyraźnym powątpiewaniem.
— Nie. Nie wiem. — Wyprostowałam się bardziej na niewygodnym krześle z obiciem w różyczki, które idealnie pasowało do wzoru kanapy i tapet. Lily Potter była gospodynią idealną.
— Na pewno zatrzymało go coś ważnego — wtrąciła profesor McGonagall, wciąż trzymając w dłoni nietkniętego herbatnika, a w drugiej filiżankę z całkowicie już wystygłą herbatą. 
— Nie sądzisz-…? — Zaczął Moody, gdy wtem jego magiczne oko zawirowało nerwowo, a z zewnątrz dobiegł nas odgłos teleportacji. 
Drzwi frontowe otworzyły się znienacka i zamknęły z hukiem, wpuszczając do środka przenikliwy chłód. Z półmroku hallu wynurzył się Dumbledore, który jak zwykle przywitał zebranych życzliwym uśmiechem. Wszyscy zaczęli się witać i wypytywać o powód tak znacznego spóźnienia. Nawet nie zauważyli, że Dumbledore nie przybył sam. Tuż za nim szedł bardzo wysoki młody mężczyzna w czarnym płaszczu, który z jakiegoś powodu wtapiał się w tło z takim talentem, że od razu zauważył go tylko nieustająco czujny Alastor Moody. Gdy jednak James Potter zerwał się z miejsca, a Lily, która właśnie wychodziła z kuchni, upuściła na podłogę filiżankę ze świeżo zaparzoną herbatą, domyśliłam się, że tajemniczy przybysz wcale nie był tak tajemniczy, jak się wydawało.
— Severus… — wydusiła Lily, bardziej zaskoczona niż przestraszona.
Profesor McGonagall podniosła się z krzesła, a Remus wyciągnął różdżkę. Nieznajomy spojrzał tymczasem całkowicie obojętnie na powstałą kałużę herbaty, która płynęła w stronę dywanu. Zaraz potem, ze spokojem turysty w Luwrze, przeniósł wzrok kolejno na słodką tapetę w kwiaty, pasujące do niej meble i wiktoriański kredens z elegancką, błękitną zastawą. To ostatnie musiało go widać rozbawić, bo uśmiechnął się sardonicznie i sięgnął do kieszeni, z której wyciągnął paczkę nieco wymiętych papierosów. 
— Dumbledore, czyś ty oszalał?! — zagrzmiał Alastor. — Wprowadzać tu Śmierciożercę?! 
— Alastorze, proszę. Severus-… — zaczął dyrektor, jednak nie dane mu było dokończyć.
— Nie wyjdziesz stąd żywy, Snape!  — warknął ostro Syriusz, który stanął u boku Jamesa i mierzył Śmierciożercę nienawistnym spojrzeniem.
James nie bawił się w podobną kurtuazję i celował w nieznajomego różdżką, z czego ten nic sobie nie robił. Zapalił papierosa magią, bez użycia zaklęć czy efektownych pstryknięć palców. Rozpoznałam tę sztuczkę i podniosłam się zaraz z miejsca. Doskonale wiedziałam, gdzie się tego nauczył.
— Jesteśmy w martwym punkcie i chyba zdajecie sobie sprawę z tego, że tkwimy w nim od dawna — zaczął dyrektor, jednak zaraz mu przerwano. 
Co najdziwniejsze, była to profesor McGonagall, która nigdy wcześniej nie zdecydowała się na podobny nietakt względem Dumbledore’a:
— Albusie, chyba nie mówisz poważnie. — Wskazała na Snape’a, który teraz przechadzał się po salonie powoli i z uprzejmym zainteresowaniem oglądał wiszące na ścianie rodzinne zdjęcia w eleganckich ramkach. — On jest jednym z nich! Może mu o nas donosić nawet w tym momencie!
Na te uwagę Snape zatrzymał się w pół kroku i uśmiechnął pod nosem cynicznie, unosząc czarne brwi z zainteresowaniem. Zauważyłam to jednak chyba tylko ja, bo dyrektor, Syriusz i James kłócili się zażarcie i przekrzykiwali nawzajem, a profesor McGonagall była zbyt zajęta uciszaniem ich i próbami dojścia do głosu. Nie zarejestrowali nawet, że niechciany gość powrócił do swojego spaceru i teraz zatrzymał się przed stojącym na stoliku wyjątkowo udanym ujęciem z wesela Lily i Jamesa. Zawahał się ułamek sekundy, po czym wypuścił dym nosem i zgasił papierosa na samym środku fotografii. Frank Longbottom postąpił krok naprzód, ale zatrzymał się, gdy Alice ścisnęła jego dłoń w swojej.
— Severus! — Lily chciała się zbliżyć, jednak została zatrzymana przez Remusa, który był niemniej zjeżony niż reszta jego przyjaciół.
— To Śmierciożerca! — wycedził Peter Pettigrew, a Dumbledore kiwnął głową z pełnym zrozumieniem. 
— Który zgodził się przejść na naszą stronę i jeśli tylko dacie mi-…
— Co za bzdura! — warknęła Lily.
— Zamknijcie się w końcu! — wtrąciłam się ja, mając dosyć tego rozgardiaszu.
Ku mojemu zdumieniu, Snape odwrócił się i spojrzał mi prosto w oczy, a było to chyba najbardziej nieprzyjemne spojrzenie jakiego doświadczyłam od dłuższego czasu. Mogłoby się równać tylko z braćmi Lestrange i Evanem, który, w co nie wątpiłam, nauczył go odpalać w ten sposób papierosy. Snape patrzył na mnie badawczo. Coś w moim wyglądzie musiało go najwyraźniej rozbawić, bo jego wąskie usta wykrzywiły się w paskudnym uśmiechu. Wzdrygnęłam się i szczerze mówiąc sama miałam ochotę puścić w jego stronę jakiś urok, ale James mnie uprzedził. Zabłąkana klątwa odbiła się rykoszetem i roztrzaskała stojący na szafce wazon z kwiatami. Woda i strzępki roślin rozprysnęły się na pół pokoju, a Lily krzyknęła w proteście.
— Przestańcie natychmiast! JAMES!
— Na Merlina, przestańcie! — Dumbledore ruszył w ich stronę, choć niepotrzebnie, bo Snape odbił następne zaklęcie tak szybko, że nie dostrzegłam nawet kiedy zdążył wyciągnąć różdżkę.
— Albusie, to szaleństwo! — perorowała McGonagall, a Moody ponownie wtrącił coś o Azkabanie. 
Snape obnażył pożółkłe zęby niczym zaszczute zwierzę, a Potter znów w niego wycelował. Prawdopodobnie zaczęliby się ponownie pojedynkować, gdyby Lily siłą nie odciągnęła męża na bok.
— Dyrektorze, to naprawdę-… — zaczął Remus, podczas gdy Peter zaciskał pulchne pięści i wysyczał pod nosem:
— Nie ręczę za siebie!
Dyrektor miał już wyraźnie dość i grzmiał teraz ponad tłumem, ignorując najwyraźniej fakt, że prawie nikt go nie słuchał. Snape przekrzywił głowę, a ja, gdy pierwszy szok minął i podłapane w tym chaosie strzępki wyjaśnień Dumbledore’a zaczęły tworzyć spójną całość, zastanowiłam się poważnie i porządnie nad tym czemu właściwie nawrócony Śmierciożerca nie wydusił dotąd nawet słowa na swoją obronę. Uparcie milczał i patrzył na wszystkich z pogardą, choć jedyną osobą, której wzroku pilnie unikał, była Lily.
— Na Godryka, może od razu teleportujemy się wszyscy do obozu Voldemorta i ułatwimy mu robotę! — Donośny głos Syriusza wyróżniał się na tle innych.
— Popieram, dość już tego stania w miejscu! — wyrwała się Dorcas, a Moody podchwycił temat i próbował się przepchnąć w stronę Snape’a, który wciąż mierzył się z Jamesem na spojrzenia i nie przestawał ściskać różdżki. Mój narwany kuzyn dalej się produkował, a dyrektor chyba stracił już wszelką nadzieję we własnych ludzi i opadł na fotel. Postanowiłam zakończyć tę dziecinadę, która i tak trwała już zbyt długo. Ostrym szarpnięciem złapałam Syriusza za kołnierz i usadziłam w fotelu. 
— Zamilcz wreszcie! — krzyknęłam, a gdy próbował jeszcze coś z siebie wyrzucić wycelowałam w niego ostrzegawczo palec. — Dość — powtórzyłam. Odwróciłam się w stronę dyrektora, a profesor McGonagall z niezwykle zmęczoną miną usiadła na kanapie. Jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam na jej twarzy tylu emocji.
— Jak to się w ogóle mogło wydarzyć? — Pokręciła głową. — To jakiś niepojęty obłęd. Wszyscy byliście moimi uczniami! — Przesunęła ręką przed sobą, wskazując po kolei na zebranych w pokoju. — Pamiętam was jako dzieci! Co wam się stało? — Zatrzymała wzrok na Snape’ie, który odsunął się zachowawczo od Jamesa i teraz próbował wyjść, ale nie poszło mu to zbyt sprawnie. 
Gdy tylko dyrektor wstał z miejsca, gotowy podjąć wątek, Potter wyrwał się swojej nazbyt cierpliwej małżonce, złapał Śmierciożercę za szaty i przyłożył mu prosto w już i tak wybitnie haczykowaty nos. Snape zgiął się w pół, a Lily krzyknęła, tym razem z wściekłości i bezradności. W salonie w końcu zapadła upragniona cisza, którą niespodziewanie przerwał czyjś zduszony śmiech. W miarę jak niechciany gość się wyprostował, okazało się, że śmiał się właśnie on. Trzymał zakrwawione palce przy nosie i patrzył na nas z chłodną pogardą, śmiejąc się coraz głośniej. Był to śmiech nieprzyjemny i zimny, który brzmiał bardziej jak pogardliwe powarkiwanie. W końcu Snape zatrzymał swój wzrok na Lily, a następnie wysmarkał całą krew i wydzielinę z nosa na dłoń i najspokojniej w świecie rozsmarował wszystko na uroczej tapecie w różyczki. 
— Więc to tak wygląda nadzieja czarodziejskiego świata… — powiedział drwiąco. 
Jego głos był szorstki i ochrypły, jak gdyby nie używał go zbyt często. Syriusz już chciał się zerwać z fotela, ale powstrzymałam go silnym szarpnięciem. Coś we mnie pękło. Ile bym dała, żeby moja siostra również nawróciła się na właściwą stronę? Jak długo jeszcze miała trwać ta wojna? Skoro Snape wciąż tu tkwił i znosił zachowanie Jamesa ze spokojem, widocznie nie miał już dokąd pójść. Abstrahując od faktu, że ta konkretna zbłąkana owieczka była tu bardzo niechciana, ja ze wszystkich sił chciałam zaufać Dumbledore’owi. Jeżeli faktycznie mielibyśmy kogoś po tamtej stronie… Okoliczności nie były wymarzone, ale co jeśli ten człowiek to nasza ostatnia nadzieja? Nie możemy tego planu ot tak odrzucić. Moje uczucia podzielała najwidoczniej milcząca jak dotąd Alice Longbottom. Podeszła w stronę Snape’a i podała mu chusteczkę, którą on obcesowo zignorował. 
— Mów — rozkazała mu niewzruszenie, a gdy odwróciła się w stronę tłumu nikt nie odważył się pisnąć nawet słowa protestu.
Snape wykrzywił się i wyciągnął kolejnego papierosa z paczki. Zaciągnął się, teraz nie spuszczając wzroku z Lily, która nie wytrzymała tego długo i odwróciła głowę. 
— Czarny Pan doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co robicie. Zna wasz każdy plan i każdy zamiar i jest dokładnie trzy kroki przed wami. 
James już brał oddech by coś powiedzieć, ale Lily ścisnęła jego ramię ostrzegawczo. Snape wyłapał z tłumu Dorcas Meadowes, która wciąż patrzyła na niego nieufnie i wrogo. 
— Ty. — Wysunął wyzywająco podbródek. — Wie-…
— Pierdol się — wycedziła, patrząc na niego nienawistnie. — Żaden pieprzony Śmierciojad nie będzie się-…!
— DOŚĆ! — zagrzmiał nagle Dumbledore, wstając z miejsca i patrząc z wyraźną złością po pokoju.
Cisza, która zapadła, należała do tych, które dzwoniły w uszach. Dyrektor spojrzał na Snape’a, który w pierwszej chwili uśmiechnął się lekceważąco, ale zaraz potem całkowicie spoważniał i powtórzył spokojnie:
— Wie kim jesteś. Szuka cię. I nie spocznie, dopóki cię nie znajdzie. 
Próbowała się odezwać, ale natychmiast jej przerwał:
— Wydał na ciebie wyrok. A jeżeli Czarny Pan wydaje na ciebie wyrok, to prędzej czy później dostaje cię w swoje ręce.
Rozejrzał się po pokoju i niedbałym ruchem strzepnął popiół z papierosa na dywan. Spojrzał szyderczo na Lily, która trzymała się ramienia Jamesa tak mocno, że pobielały jej knykcie. Snape zamknął niedopałek w dłoni, a gdy rozprostował palce, papieros zniknął. Przeniosłam wzrok na Dorcas, która spoważniała i chyba po raz pierwszy w życiu zobaczyłam, że jest autentycznie wystraszona. Gdy Dumbledore w końcu przemówił, na nic zdały się jego optymistyczne plany, zapewnienia o wzajemnym zaufaniu i ułożony ton. Słowa nawróconego Śmierciożercy wisiały w powietrzu aż do końca spotkania. Tej nocy sądziłam, że wyszłam z domu Potterów jako ostatnia, ale gdy tylko nałożyłam na siebie płaszcz i zamknęłam za sobą drzwi, tuż przy mnie rozległ się odpychający, zachrypnięty głos: 
— Nie jestem twoją siostrą. Mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę. Jeśli przyjdzie co do czego…
Choć dom chroniły najpotężniejsze zaklęcia znane współczesnym magom i tak wycelowałam w niego różdżkę. Niektórych nawyków nie dało się pozbyć. To zdawało się go rozbawić, bo parsknął czymś, co przypominało śmiech. Dostrzegłam w mroku rozżarzony koniec papierosa, a gdy Snape w końcu wynurzył się z cienia, zapragnęłam, żeby z powrotem się do niego schował. W świetle ulicznej latarni jego blada chuda twarz i czarna szata sprawiały wrażenie, że oto Śmierć we własnej osobie postanowiła przestąpić bramę nicości i przejść się po świecie żywych.
— Jesteście bardzo podobne — zaczął znów z jadowitym uśmieszkiem, patrząc na moją różdżkę jak gdyby była ciekawym zjawiskiem pogodowym, a nie bronią, którą zamierzałam na nim użyć w razie zagrożenia. 
— Nie jesteśmy. — Starałam się brzmieć spokojnie. Na każde wspomnienie Belli nadal reagowałam stanowczo zbyt emocjonalnie.
Kiwnął pobłażliwie głową i podszedł bliżej z tą samą pewnością siebie, którą widziałam wcześniej w salonie Potterów. Przycisnął się całym ciałem do końca mojej różdżki, poważniejąc. Obserwował mnie przenikliwie, jakby czegoś szukał, a należał do niewielkiego grona mężczyzn na tyle wysokich, by móc patrzeć na mnie z góry. Odwrócił się nagle w stronę domu, zupełnie jakby wychwycił jakiś dźwięk niesłyszalny dla reszty śmiertelników. Jednym płynnym ruchem wyrzucił niedopałek w błotnistą kałużę i teleportował się z trzaskiem. Cofnęłam się o krok, chowając różdżkę i nadal czując nieodgadnione obrzydzenie. Gdy spojrzałam w jedyne okno, w którym jeszcze paliło się światło, dostrzegłam sylwetkę Lily. Wydawało mi się, że ona również mnie rozpoznała. Chwilę później gwałtownie zasunęła zasłony.

*

Przez następne tygodnie Zakon starał się odzyskać Departament Tajemnic i przekonać do siebie Ministra Magii, który wciąż uparcie nie wierzył w istnienie zagrożenia. Bartemiusz Crouch, znany z polityki zwalczania ognia ogniem, piął się tymczasem na wyżyny kariery. Część społeczeństwa wierzyła, że zostanie niedługo nominowany na nowego zwierzchnika rządu, choć pojawiało się sporo głosów sprzeciwu. Część Śmierciożerców lądowała w Azkabanie bez procesu, ale znakomitej większości darowano wyroki w zamian za informacje. Od tego pokrętnego systemu wkrótce odciął się nawet sam Alastor Moody, który coraz częściej mówił o emeryturze. Czy taka decyzja zapadła ze względów zdrowotnych czy też politycznych pozostawało bez odpowiedzi.
Snape pojawiał się na spotkaniach i znikał. Nigdy nie zostawał długo, czasem w ogóle nie przychodził. Zazwyczaj szeptał o czymś z Dumbledore’em i zaraz ulatniał się jak dym. Od czasu swojej pierwszej wizyty nie spojrzał w stronę Lily ani razu. James, Peter, Remus i Syriusz nie pozostawali mu dłużni i również udawali, że go nie widzą. Napięcie i atmosfera wrogości przeniknęła Zakon do szpiku. Severus zwykle przynosił same złe wiadomości, choć za jego sprawą zaczęliśmy odczuwać stopniową przewagę. Dzięki nowej wiedzy na temat wewnętrznego kręgu Śmierciożerców, prywatna jednostka aurorska Moody’ego schwytała Igora Karkarowa. Zakłamany Bułgar wił się na przesłuchaniu jak piskorz, a gdy w końcu okazało się, że nie blefuje i faktycznie posiada informacje zdolne osadzić w Azkabanie parę koronowanych głów… Cóż, nikt z nas się nie spodziewał, że pierwsza, która poleci, będzie należeć do Augustusa Rookwooda. Dorcas Meadowes z przyjemnością dokonała oficjalnego aresztowania. 
Oskarżony szef Departamentu Tajemnic dał Ministerstwu podstawę do gruntownego przetrząśnięcia wszystkich stanowisk Niewymownych. Bracia Lestrange i moja siostra stali się oficjalnymi zbiegami poszukiwanymi listem gończym przesłanym aż do czarodziejskiego Interpolu. Szala zwycięstwa zdawała się przechylać na naszą stronę. Cele w Azkabanie zapełniały się z dnia na dzień. Czystki w Ministerstwie i śmiałe akcje aurorskie, które teraz dzięki nowym informacjom organizowano z niemal bezbłędną precyzją, dawały posmak nowego jutra. Voldemort szalał z wściekłości i nadal nie przypuszczał, że ktoś z jego najbardziej zaufanych zwolenników mógłby na niego donosić. Gdy w Halloween Demeter, Alice i Alana stanęły w komplecie na moim progu, nie posiadałam się z radości. Naprawdę uwierzyłam, że wojna chyli się ku końcowi i zadaliśmy dyktatorowi ostateczny cios — do momentu, gdy nie przyjrzałam się uważniej wyrazom ich twarzy, a Demeter nie powiedziała łamiącym się głosem:
— Dorcas.

*

Alice krążyła po kuchni i starała się wszystko zrelacjonować. Alana stała w milczeniu pod oknem i od samego początku nie odezwała się ani słowem. Jeśli chodzi o mnie, po przepłakanej i w większości przemilczanej godzinie pozostała mi migrena, pustka i ucisk w gardle, który nie chciał ustąpić. Ted siedział z Dorą w drugim pokoju i choć robił dobrą minę do złej gry, wiedziałam, że przeżywa to niemal tak samo ciężko jak my.
— Jak do tego doszło? — zapytałam w końcu.
Alice załamała ręce, a łzy ponownie pociekły po jej policzkach. 
— A-… — Usiadła i objęła się ramionami, kręcąc głową i nie mogąc znaleźć słów. — Podobno… Voldemort…
— Zabił ją osobiście — powiedziała Demeter, patrząc bezradnie w przestrzeń. — Za Rookwooda i za Departament Tajemnic.
— Alastor był na miejscu jako pierwszy — kontynuowała Alice łamiącym się głosem. —  Aurorzy donieśli mu o Mrocznym Znaku nad jej domem… Ale było za późno.
Uderzenie wizji powstałych po tej relacji było porównywalne do ciosu prosto w żołądek. 
— Nawet nie znaleźli ciała. — Głos Demeter był głuchy i mroczny. — Wciąż jej szukają. 
— Wiedzą już kto za tym stoi? — zapytałam.
Alana pokręciła głową, a Alice i Demeter spojrzały po sobie. 
— Snape twierdzi, że to Bellatrix — powiedziała w końcu Alice, patrząc na mnie z niepokojem.
— Moja siostra? — palnęłam bez sensu, czując jak głos więźnie mi w gardle.
— A znasz jakąś inną?! — Alana w końcu przemówiła. Jej twarz była zacięta, a dłonie zaciśnięte mocno na parapecie. Milczałam, co chyba rozzłościło ją jeszcze bardziej.
— Usiądź — powiedziałam w końcu, próbując pociągnąć ją na krzesło. Wyrwała się jednak i spojrzała na mnie z wściekłością:
— Ani myślę! Dość mam tego przepychania się z nimi w tę i z powrotem! Tym razem nie mają pojęcia z kim zadarli.
Jej słowa zawisły w powietrzu niczym fatum. Zerknęłam w stronę sypialni, gdzie Ted wciąż siedział podejrzanie cicho. Zatrzymałam spojrzenie na wytartym miejscu w blacie stołu, o które wujek Alden zwykle zapalał zapałkę. Przesunęłam palcem po wyszczerbionym rowku, nadal nie wiedząc, co mogłabym powiedzieć. Demeter nie miała podobnego problemu:
— Alana ma rację. — Odsunęła swoje krzesło z rozmachem. — Jeżeli Ministerstwo nie ma zamiaru nic zrobić z Bellatrix… — zawahała się, patrząc prosto na mnie, choć ja unikałam jej wzroku — … to ja mam parę pomysłów. 
Twarz Alice wyrażała absolutne przerażenie.
— Masz na myśli-…? — pisnęła.
— Starą dobrą zemstę. — Alana wzięła Demeter za rękę.
— Chyba oszalałyście! — powiedziałam stanowczo.
— Ach tak? A co ich powstrzymuje przed tym, żeby znowu wparować ci do domu i tym razem dobrać do twojej rodziny?! — warknęła Demeter. Jej oczy błyszczały, a włosy zdawały się elektryzować i puszyć od kłębiącej w niej furii. — Alana ma rację.
— Dumbledore — odparłam stanowczo. — Dumbledore nie dopuści, żeby-…
— Dumbledore obiecał chronić Dorcas! — wtrąciła wściekle Demeter. — I sama widzisz co wyszło z tej jego ochrony! I tak koniec końców wszyscy musimy radzić sobie sami.
Widziałam, że całkiem nagle doznała olśnienia. Czułam, że nie skończy się to dobrze.
— Nie możemy szukać kryjówki Śmierciożerców na własną rękę — ostrzegłam, próbując być głosem rozsądku. — To samobójstwo!
— A kto mówił o szukaniu? — Alana uśmiechnęła się zarozumiale i przesunęła w palcach różdżkę. Z jej końca trzasnęło parę niebezpiecznych iskier.
— Wiesz gdzie jest Bella? — zapytałam z niedowierzaniem.
— Mam pewną teorię. — Spojrzała na nas zdecydowanie. — Kto jest ze mną?

*

Cmentarz w Dolinie Godryka to jedna z najsłynniejszych nekropolii magicznej Wielkiej Brytanii. Rozległe katakumby i monumentalne grobowce mieściły w sobie pilnie strzeżone sekrety paru stuleci — wszak umarli nie zdradzają tajemnic. Szesnastowieczny zabytkowy cmentarz, obecnie w stanie niemal kompletnej rujnacji, pogrążony był w całkowitym mroku i pełnej ciszy. Pomimo Halloween na ulicę nie wyszło ani jedno dziecko. Mieszkańcy zdawali się przeczuwać najgorsze. W żadnym oknie nie paliły się światła. Gdy teleportowałyśmy się przed zabytkową bramą, miałam wrażenie, że jesteśmy tu pierwszymi gośćmi od dobrych paru lat.
— Jeśli Bellatrix faktycznie się tu ukrywa, to muszę przyznać, że wybrała świetne miejsce — mruknęła Alana, przesuwając dłonią po częściowo nadłamanym nagrobku. — Myślicie, że…wiedzą? O Lily i Jamesie?
Walnęłam ją w ramię, nie chcąc kontynuować tematu. Czy to możliwe, że ktoś doniósł Voldemortowi? Spojrzałam w stronę miasteczka i poczułam, że robi mi się duszno. Tlen zdawał się tu nie docierać, choć może to była tylko moja wyobraźnia. Wokół unosiła się wilgotna nocna mgła, a powietrze było stęchłe i lepkie. Szłyśmy wzdłuż ciemnych, krętych alejek rozpadających się pomników i omszałych mauzoleów, gdy nagle tuż za naszymi plecami usłyszałyśmy kroki i szuranie żwiru. Odwróciłyśmy się wszystkie jak na komendę, wyciągając przed siebie różdżki. Tuż przed nami stał Rudolfus Lestrange, który porzucił swoje zwyczajowe eleganckie garnitury na rzecz powłóczystej śmierciożerczej szaty. 
— Mała Andromeda… — wymruczał, zaraz potem cmokając pod nosem z dezaprobatą i chowając ręce w kieszenie. — Ciebie spodziewałem się tu najmniej. Czyżby życie ci się znudziło?
— Ani kroku dalej, ty śmierciożercze ścierwo! — warknęła Demeter, przerywając ten monolog i bez ostrzeżenia strzelając zaklęciem tuż przy jego twarzy.
Rudolfus uśmiechnął się pobłażliwie i nie poruszył nawet o krok. Wyciągnął różdżkę tak szybko, że tylko Demeter zdołała to w porę zauważyć. Trening aurorski nie poszedł na marne, uskoczyła przed klątwą i od razu posłała w jego stronę Cruciatusa. W oczach Rudolfusa odmalował się czysty szok. Zwinął się na ziemi z bólu, chociaż ze wszystkich sił starał się podnieść i nie poddać bez walki. Widziałam, że nie spodziewał się po niej takich metod. Demeter stała nad nim jednak niczym niewzruszona bogini zemsty, patrząc z satysfakcją na jego cierpienie i nie zwracając uwagi na nasze zszokowane miny. Łamiący się krzyk Lestrange’a przecinał nocną ciszę i był wprost nie do zniesienia.
— Wystarczy — powiedziałam cicho. 
Nawet mnie nie usłyszała. 
— Demeter, przestań!
Odwróciła twarz w moją stronę, a ja cofnęłam się o krok. Jeszcze nigdy nie widziałam u niej takiej zaciętości. 
— Nie — warknęła, podchodząc do niego bliżej. Rudolfus zwijał się na ziemi i krzyczał coraz bardziej desperacko. Gdy przerwała zaklęcie, spróbował złapać oddech, ale ona odpuściła mu tylko po to, by zaraz zaatakować ponownie. 
— Czy myślisz, że któryś z nich kiedyś się wycofał? Myślisz, że nie torturowali ludzi aż do postradania zmysłów?! — Jej głos był podszyty rozpaczą. — Jak myślisz, co zrobili Dorcas?!
Nasza pozostała trójka rozejrzała się w panice na boki, a gdy usłyszałyśmy wokół siebie trzaski teleportacji, zamarłyśmy z przerażenia. Przy nagrobkach materializowali się ludzie w czarnych szatach i białych maskach — najpierw tylko kilku, a po chwili coraz więcej i więcej. Ostatnia pojawiła się moja siostra, która teraz wycelowała różdżkę w stronę Demeter. W ostatniej chwili złapałam ją za nogi i pociągnęłam na ziemię, a śmiercionośna klątwa Bellatrix rozbiła w drobny mak stojący nieopodal pomnik płaczącego anioła.
— Wypatroszę cię! — Bella ruszyła na Demeter z całą mocą, ale zasłoniłam ją własnym ciałem i przyjęłam drugie zaklęcie na siebie. 
Ból i przejmujące zimno rozeszło się wzdłuż moich nóg i kręgosłupa. Upadłam, kątem oka dostrzegając jeszcze jak Alice rusza do walki z dwoma Śmierciożercami.
— Chodź i spróbuj! — krzyknęła Demeter zza moich pleców, odbijając się nogą od nagrobka i skacząc na Bellę całym ciężarem. 
Trafiła ją prosto między oczy oślepiającym zaklęciem, a ja zajęłam się szukaniem Rudolfusa, który na nasze nieszczęście zniknął mi z pola widzenia. Za sobą słyszałam okrzyki jego żony, a przed sobą obserwowałam jak Alana bezlitośnie stosuje Niewybaczalne na pozostałych Śmierciożercach. Mrok cmentarza przecinały iskry zaklęć. Wyczarowana przez kogoś w oddali Szatańska Pożoga nakreśliła na niebie pomarańczową łunę. Nagle tuż przy mnie teleportował się kolejny Śmierciożerca. Jego chuda, wysoka sylwetka wydała mi się dziwnie znajoma. Zaatakowałam go zaklęciami, które bez trudu odbił, choć ja również nie miałam problemu z obroną przed nim. Wydało mi się to co najmniej dziwne, ale nie miałam czasu się nad tym zastanawiać. Był zaskakująco szybki i w końcu zagonił mnie w kozi róg między dwoma pomnikami. Gdy już sądziłam, że to od początku był jego plan, przystawił mi różdżkę do gardła, a zza białej maski rozległ się znajomy ochrypły głos:
On wie o przepowiedni. Musicie-…!
Zanim zdołał wyjaśnić, od strony miasteczka rozległ się ogłuszający dźwięk wybuchu, który przetoczył się echem po całej dolinie. Złapałam się stojącego nieopodal pomnika i dopiero teraz zauważyłam, że to, co widziałam z oddali, to wcale nie była Szatańska Pożoga — płonęło to, co pozostało z domu Lily i Jamesa.
— O Merlinie… — Spojrzałam w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał Snape, ale już go tam nie było.
Zewsząd rozlegały się stłumione krzyki Śmierciożerców, którzy jeden po drugim łapali się za lewe przedramiona. Część z nich z wrażenia wypuściła różdżki, inni zdjęli maski i rozglądali się bezradnie dookoła, najwyraźniej czując coś, czego ja i dziewczyny byłyśmy nieświadome. Niektórzy teleportowali się z cmentarza od razu, nie czekając na dalszy rozwój wypadków.
Zapadła przejmująca cisza, którą znienacka przerwał tylko rozdzierający, pełen zrozumienia krzyk Belli. Odwróciłam się czym prędzej, gotowa by się przed nią bronić, ale żaden atak nie nadszedł. Stałyśmy dokładnie naprzeciwko siebie, każda z nas po dwóch stronach barykady. Kurz opadł, a zza chmur wychylił księżyc, który rozświetlił bladym blaskiem jej wykrzywioną z wściekłości i rozpaczy twarz zwróconą w stronę domu Potterów. Gdy nasze spojrzenia w końcu się spotkały, zdałam sobie sprawę, że bała się tak samo jak ja, choć jej niepokój skierowany był ku zupełnie innej osobie.









15 komentarzy:

  1. Z jednej strony cieszę się, że znalazłam Cię teraz, kiedy kończysz to opowiadanie, bo nie muszę czekać na resztę, ale... trochę mi żal. Stworzyłaś cudowny świat, tak piękny i rzeczywisty. Świetnie oddałaś charakter postaci, budując ich przyszłość uwzględniłaś ich przeszłość, a nie, jak niektórym się zdarza, wywróciłaś ich o sto osiemdziesiąt stopni i nawet nie podałaś tego przyczyny. Postacie są żywe, wydają się prawdziwe a nie jedynie postawione i sztuczne. To naprawdę cudowne.
    Piszesz dojrzale i lekko się to czyta. Jednym z wielu plusów opowiadania jest to, że masz naprawdę niewiele błędów interpunkcyjnych. Czasami zgubiłaś przecinek, innym razem go nadużyłaś, ale nie raziło to w oczy. Tak więc chylę czoła.
    Cieszę się, że napisałaś to opowiadanie, bo nie tylko mnie zachwyciłaś, umiliłaś czas, ale także stworzyłaś coś nowego. Jeszcze nigdy nie czytałam o Andromedzie, a przecież postacie drugoplanowe, czy nawet trzecioplanowe, też mają swoją cudowną historię, którą warto poznać. Nawet jeżeli jest ona wymyślona przez nas.
    Nie wiem, co jeszcze napisać, bo pisze odnośnie całego bloga, a nie poszczególnej notki, więc trudno zawrzeć teraz wszystko, o czym chciałabym Ci powiedzieć i co mi się podobało. Bo szczerze mówiąc, nie znalazłam nic, co by mi nie przypadło do gustu. Miałam komentować każdy rozdział osobno, ale nie starczyło mi na to czasu, potem skończyłaś swoją historię i bałam się, że tego nie przeczytasz. Mam tylko nadzieję, że ten post do Ciebie dotrze, bo zasługujesz na słowa uznania.
    O wiem, o czym jeszcze muszę powiedzieć. O tych cudownych zdjęciach, albumach, drzewach genealogicznych. Miała to być biografia i dzięki takim dodatkom stworzyłaś prawdziwy dziennik. Miałam wrażenie, że czytam w prawdziwej, pachnącej drewnem i starością książce, Wyobrażałam sobie pożółkłe stronice, czarną, skórzaną oprawę. To wspaniałe, szczególnie, że czytałam na telefonie. Naprawdę podziwiam Cię za to, że wpadłaś na coś takiego.
    Wielkie wyrazy uznania i duży podziw dla wytrwałości!
    E.M.S.
    PS Jeżeli będziesz miała ochotę i znajdziesz odrobinkę czasu, zapraszam Cię do mojego opowiadania:
    https://naprzeciw-przeznaczenia.blogspot.com/
    Byłabym wdzięczna, gdybyś na to zerknęła i może oceniła. Nie dorównuje Twojemu opowiadaniu, ale może Ci się spodoba ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Jako próżna pisarka mam włączoną funkcję śledzenia komentarzy i pilnie czytam każdy z nich.

      Cieszę się, że opowiadanie wywarło na tobie aż takie wrażenie. Tak rozległy i szczegółowy komentarz jest tego fantastycznym dowodem. Przy pierwszej okazji na pewno zerknę na twoje opowiadanie. Niedługo pewnie znów stworzę coś własnego, jak znam siebie, to pewnie będzie coś z równie wielkim rozmachem co Wielka ucieczka. Mam nadzieję zatem, że do zobaczenia :)


      Jeszcze raz dziękuję,
      O.

      Usuń
  2. Poprostu rewelacja :D Snape bardzo kanoniczny. Końcówka powala. Ukazanie tak jakby perspektyw dwóch sióstr był strzałem w dziesiątkę w samo sendo ich skończonej siostrzanej miłości i relacji. Świetny :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Okej, czas się wreszcie ujawnić.

    Czytałam to opko od samego początku, czekałam na każdy rozdział.
    Na usta (na klawiaturę?) ciśnie mi się parę najważniejszych rzeczy.

    Drzewa genealogiczne, albumy, kuchenne bajzele, zdjęcia i David Bowie.
    To wszystko jest tak bardzo plastyczne, że faktycznie ma się wrażenie czytania wydanej książki.
    A z drugiej strony, według mnie, to mały przerost formy nad treścią.

    Rozdziały pisane tak... można powiedzieć, że nieco chaotycznie.
    Życie Andy jako arystokratki było opisane super hiper dokładnie, ale później nieco gorzej.
    Sam moment Wielkiej Ucieczki zatarł się z innymi zdarzeniami.
    A relacja z Tedem - kiedy oni się pobrali?! Kiedy urodziła się Dora?!
    Podpowiem - w 1973 roku.

    Ogólnie rzecz biorąc - opko zdecydowanie na plus, zwłaszcza, że opisuje życie postaci epizodycznej - w kanonie Andy pojawiła się tylko raz, a drugi raz została wspomniana.
    Opisałaś ją od podstaw - kolejny duży plus, mimo że ja zupełnie inaczej wyobrażałam sobie tę Ucieczkę.

    Od strony technicznej - raz zabrakło akapitu, raz zgubił się przecinek, raz było ich aż zbyt wiele - ale to są malutkie błędy, które nie rzucają się zbytnio w oczy.

    Niektóre rozdziały wywoływały we mnie emocje (ten rozdział, kiedy Andy i Bella idą poznać Toma Riddle'a - odwlekałam ten moment jak mogłam), ale niektóre w ogóle na mnie nie działały.

    I jeszcze jedno.
    Bellatrix.
    Czemu nie Bellatriks?! No czemu? Nikt już nie pamięta, że po polsku to Bellatriks...?
    Ach, jeszcze coś.
    Rodolfus (tak, to Rodolfus) był od swojej żony młodszy o osiem lat, Lucjusz starszy od Narcyzy o rok, siłą rzeczy młodszy od Andy.

    Chyba tyle.
    Podziwiam cię, że chciało ci się bawić się tymi albumami, serio.
    lady Delphie:3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za tak szczegółowy komentarz! :)

      Nie lubię zapisu "Bellatriks", więc go nie używałam. I akurat w polskiej wersji (przynajmniej mojej książki) Rodolphus był Rudolfusem. Nimfadora urodziła się w 73 według Rowling, ale zostało to powiedziane po fakcie. Po zakończeniu serii dała bardzo obszerny wywiad. Szczerze mówiąc nie mogę do końca ufać jej ekspertyzie genealogicznej, bo na przykład według jej drzewa Blacków Cygnus Black miał 13 lat gdy urodziła się Bellatrix ;) Dlatego ja pozmieniałam sobie wiek według własnego upodobania, uważam, że fanfiction to tak plastyczny twór, że naprawdę starczy dla każdego.

      Pozdrawiam!
      O.

      Usuń
  4. czuję się jak taki syn marnotrawny, co to wraca po czasie. przeczytałam na raz rozdziały których nie czytałam i nie komentowałam, bo... no, ważne, że nie komentowałam i smutno mi się zrobiło, jak zobaczyłam, że już koniec.
    dobra, to... chciałabym sklecić jakiś sensowny komentarz, bo wypadałoby, skoro to taki uroczysty moment (serio, zawsze to takie podniosłe wydarzenie, jak ktoś kończy opowiadanie), ale jestem w stanie skupić się jedynie na tym, jak bardzo Snape. postanowiłam więc, że nie będę zgrywać takiej inteligentnej i po prostu napiszę tutaj, że kocham twoją kreację Snape'a na buca, no bo pls, on bucem jest przede wszystkim, a potem idą wszystkie inne cechy charakteru, jakkolwiek okrutnie to brzmi. serduszko skradła mi scena, kiedy dostał w nos, a potem tak malowniczo wzbogacił ścianę domu Potterów o krew. tak bardzo widzę to bawienie się w Pollocka, kiedy po prostu smarkasz na ścianę z przeświadczeniem, że jesteś lepszy od innych. no bo błagam. to jest to co lubię w Sereruśku najbardziej.
    w międzyczasie postanowiłam się skupić także na tym, jak bardzo Bellatrix (swoją drogą nie wiem czy już dziękowałam że zapisujesz to w ten sposób, a nie ,,Bellatriks") wpływa na moje odczucia dotyczące tego opka. no bo czasami bywa tak że czytasz i kochasz bohatera. więc tutaj mi się to przydarzyło jakieś dziesięć razy bardziej, niż jak czytałam oryginał. przy okazji rozbudziłaś we mnie chęć obejrzenia całej filmografii Bonham Carter, która co prawda Bellatrix nie jest, ale zawsze jest to jakieś pocieszenie, choćby na zakochanie się w Bellatrix filmowej. więc no. Bella i Snape.
    i, ech, do końca miałam nadzieję, że wujek Alden jednak sfingował swoją śmierć. byłby wtedy jeszcze fajniejszy, bo to sztuka trudna, wszak tylko Elvis potrafił to zrobić.
    ściskam mocno i obiecuję, że nawet jak mnie nie ma, to jestem, i że czekam na Snape'a, zawsze i wszędzie! <3
    (jeśli są jakieś błędy to przepraszam, jestem zbyt leniwa, żeby sprawdzać)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o, a to o Bellatriks jest nawet wyżej :D

      Usuń
    2. Czekałam na ciebie ;) Już myślałam, że machnęłaś na mnie ręką.

      Zawsze będziemy się zgadzać co do Snape'a. Szczerze mówiąc wiem, że ukradł całe zakończenie, ale wybaczam mu, bo... Bez niego naprawdę żaden mój fanfik się nie liczy.

      Chciałam zrobić szalony i od czapy epilog z Aldenem. Myślałam o tobie. I myślałam o nim. Miałam wizję, że siedzi w Paryżu na balkonie, obok nerwowo pohukuje Edgar, a wyklęty lokaj Blacków podaje mu Proroka Codziennego, wydanie francuskie, z którego Alden dowiaduje się o końcu Voldemorta, potem mruczy pod nosem coś o upartych pannicach. Tyle że... Nie lubię kiedy postaci powstają z martwych. To tylko moja fantazja, a w rzeczywistości takie ożywianie nie robi zbyt dobrze "tworowi" - jak naiwny i tak by nie był :)

      Wmawiam sobie, że teraz napiszę "coś swojego". Ale tak się nigdy nie dzieje. Wracałam właśnie do domu, wysiadłam z autobusu, otworzyłam parasol... Snape znów wychylił się z podświadomości z pretensją, że nie piszę o nim czegoś nowego. Tak więc spodziewaj się mnie wkrótce. Z czymś... Jak zwykle szczególnym.

      Ściskam mocno! <3
      O.

      Usuń
  5. Hej;) Pamiętam, że byłam tu kiedyś, chyba nawet skomentowałam rozdział, a dziś wpadłam jeszcze raz, żeby zobaczyć co słychać. I patrzę, a tu końcowy rozdział! ;O Stąd moje pytanie, ruszasz niebawem z jakąś nową historią? ;)

    Pozdrawiam!
    sila-jest-we-mnie.bogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak znam siebie to na pewno :) Na razie mam luźny pomysł. Jak tylko napiszę kilka rozdziałów na pewno umieszczę tutaj informację. Dziękuję, że wpadłaś!

      Usuń
  6. A ja się generalnie gniewam, bo nie myślałam, że to się tak szybko skończy. A do tego w najciekawszym momencie, gdy oto zaczęła się wojna i miałaś takie pole do popisu! Bo poza Potterami przecież byli jeszcze Longbottomowie, którzy powinni porządnie dostać po zadach i jeszcze Alastor... I w ogóle pół Zakonu do wycięcia w pień. Ja żądam jeszcze przynajmniej trzech odsłon, które pięknie zakończą historię Andy, o tak! Tym bardziej, że Snape jak zwykle zaostrzył mi apetyt i wiedząc o jego pojawieniu się, po cichu liczyłam, że będzie go więcej i nieco namiesza.

    Za szybko, za szybko... Nagana!

    A tak na poważnie, cieszę się, że powstało to opowiadanie. Zdecydowanie wypełniło pewną poważną, uroczo snobistyczną i arystokratyczną lukę w kanonie. Spokojnie można to opakować w okładki i wydać jako uzupełnienie Pottera (zamiast historii edukacji magicznej w USA i jakichś poronionych sztuk teatralnych; Dżoana, do Ciebie mówię!).

    Dziękuję za tragiczne i melodramatyczne chwile z siostrami Black. Na pewno zobaczymy się na kolejnym Twoim blogu :)

    Pozdrawiam,
    M. Szalona

    OdpowiedzUsuń
  7. Jedno z najlepszych opowiadań jakie czytałam. Potrafiłaś niesamowicie oddać klimat tamtych lat, a Andromeda jest taka nie banalna. Dziękuję i pozdrawiam
    Natalia

    OdpowiedzUsuń
  8. Och, mamo, jestem zła i niedobra, i komentuję dopiero teraz, gdy wreszcie udało mi się doczytać do końca. Sama nie wiem, czemu tak zwlekałam, bo, jak zauważyła moja przedmówczyni, jest to jedno z najlepszych ff, jakie miałam okazję przeczytać, a wierz mi - trochę ich było.

    Po pierwsze - w końcu jest nasz kochany Sever. Czekałam na niego z utęsknieniem, bo malo kto pisze go tak dobrze jak Ty. Pojawienie się Huncwotów dużo mniej mnie ucieszyło, nigdy zbyt mocno za nimi nie przepadałam. Za dużo kiepskich ff James/Lily na początku mojej przygody z blogowaniem. I nie rozumiem, skąd przekonanie, że oboje byli nadzwyczaj ładni? Czy było o tym coś w książkach? Bo o ile pamiętam, Harry urodą nie powalał, a nie odziedziczył jej chyba po sąsiadach.

    Po drugie - Andy. Ładnie się rozwinęła, choć w ostatnich rozdziałach czas płynął dla mnie jakby za szybko. Rozumiem, że sens historii leżał w wojnie i relacji Andy z siostrami, ale jakoś za mało mi w tym było jej życia rodzinnego. Aczkolwiek muszę przyznać, że zakończyłaś w idealnym momencie - dalsza część jest nam znana na tyle, że nie potrzeba kolejnego punktu widzenia.

    No i oczywiście bezzwłocznie zaglądam na nowego bloga. Jesteś wyjątkowo płodną autorką, wiesz? ;p

    Całuski,
    Bea

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Naprawdę dziękuję, to bardzo wiele dla mnie znaczy :)

      Jak dla mnie dobrzy Huncwoci to martwi Huncwoci. Zwłaszcza Lily. Nie znoszę jej serdecznie. Podła sucz.

      Właśnie za każdym razem, gdy starałam się zajrzeć w jej życie rodzinne, przypominałam sobie, że kompletnie się na tym nie znam, stąd kompletna ucieczka przed tematem… Cóż.

      Hehehe, kolejne rozliczenie z Severusem ;) Zapraszam, zapraszam serdecznie. Chociaż nie wiem, czy nie będzie to już rozliczenie ostateczne i moje odejście z wielkim hukiem. Ale zobaczymy. Dziękuję, że czytasz! <3

      Ściskam mocno,
      O.

      Usuń