Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

6 lip 2016

Rozdział XVIII




Grimmauld Place 12




Od czasu tamtej kolacji, Teddy ze wszystkich sił nie chciał dopuścić, żebym znowu zaczęła się izolować od świata, a że doskonale wiedział, że miałam do tego skłonność, postanowił na własną rękę zapełnić mój grafik towarzyski. Tym sposobem w końcu nawet Alana i jej chłopak zostali przez niego zaproszeni na obiad, choć akurat przed tym trochę się broniłam. Miałam wrażenie, że każdy kontakt z Alaną oznaczał dla Teddy’ego niebezpieczeństwo. Jeśli jakimś sposobem dowiedziałby się o tym, co robiłyśmy i co ja robiłam dla Dumbledore’a, to znając jego gryfońską naturę na pewno chciałby się wtrącić. 
Nie pamiętam nawet kiedy przestałam sypiać na zapleczu sklepu madame Malkin, ale jakimś sposobem w ciągu kilku miesięcy moje rzeczy zaczęły samoistnie wędrować do mieszania Teda. Na początku było to kilka sztuk odzieży, potem ze dwie książki, szkolny kufer, który wciąż służył mi za szafę i walizkę, a na koniec… Cóż, ja. Jeśli nawet madame miała ku temu jakieś obiekcje, to nic nie powiedziała. Czasem tylko przyglądała mi się z nieodgadnionym uśmieszkiem.
Teddy uwielbiał mieć wokół siebie ludzi. Zapraszał do nas wszystkich dobrych znajomych i to możliwie jak najczęściej. Kończyło się to na tym, że czasem wracałam z pracy w piątek wieczór i nie mogłam się wcisnąć do własnego mieszkania. Jak udawało mu się zmieścić tylu ludzi na dwudziestu pięciu metrach kwadratowych, i to bez magii, pozostawało zagadką. Nie miałam mu tego jednak za złe — jako gospodarz był w swoim żywiole i nigdy nie wymagał ode mnie pomocy w kuchni. I chwała mu za to, bo obawiam się, że moje umiejętności w tym zakresie ograniczały się jedynie do nalewania wina.
Gdy zrobiło się ciepło, Weasleyowie z wielką chęcią zaczęli urządzać większe imprezy u siebie. Zauważyłam, że Molly niekoniecznie chciała stołować ludzi w domu per se, ale za to jej ogród okazał się być idealnym miejscem do rodzinnych obiadów, które czasem trwały aż do późnej nocy. Molly, podobnie jak Teddy, miała talent do gromadzenia wokół siebie dobrych ludzi. Zanim się obejrzałam, zaczęliśmy wpadać do Nory w co drugą niedzielę, a razem z nami Alana i Jim, których Weasleyowie poznali podczas jednej z legendarnych prywatek Teda. 
Pod koniec czerwca Alana zaczęła odliczać dni do powrotu dziewczyn z Hogwartu. Potem wpadła na szalony plan, by powitać je na peronie, a ja w przypływie lekkomyślnej euforii się na to zgodziłam, kompletnie ignorując przykazaną mi konieczność pozostawania w ukryciu. Być może miałam już dość, a być może zgłupiałam z nadmiaru szczęścia, ale dwudziestego ósmego czerwca, punktualnie o dwunastej, stawiłyśmy się na peronie dziewięć i trzy czwarte, żeby powitać świeżo upieczone absolwentki. Demeter zauważyła nas od razu po wyjściu z pociągu i, ku mojemu zdumieniu, poznała mnie bez mrugnięcia okiem. Nie wyglądała na zachwyconą moim widokiem, a ja też jej się nie dziwiłam. Przez rok nie utrzymywałyśmy ze sobą kontaktu i chociaż miałam ku temu bardzo dobre powody, to niestety nie mogłam ich zdradzić. 
Postawiła przy nas swój kufer i klatkę z hałaśliwą, zaniepokojoną sową, po czym obejrzała mnie od góry do dołu z oskarżycielskim błyskiem w oku. W napięciu czekałam na werdykt.
— Cześć… — zaczęłam.
— Ani jednej cholernej wiadomości! — Przerwała mi zaraz i wycelowała we mnie palec, którym  za chwilę dźgnęła mnie w ramię. — Ani słóweczka! 
— Demeter, mo-…
— Daruj sobie. — Pokręciła głową, a potem zrobiła coś, czego nie spodziewałam się w ogóle: uścisnęła mnie serdecznie i z całej siły.
Spojrzałam pytająco na Alanę, ale zaraz usłyszałam tuż przy moim uchu:
— Alice puściła farbę.
Demeter za moment przyciągnęła do siebie też Alanę i stałyśmy tak we trzy, dopóki w radosnym pisku nie dołączyły do nas jeszcze Alice i Dorcas, które poznałam tylko po głosach, bo zostałam kompletnie zmiażdżona w grupowym uścisku. Kiedy w końcu się od siebie oderwałyśmy i próbowałam coś do nich powiedzieć, nie mogłam. Głos uwiązł mi w gardle ze wzruszenia. Patrzyłam na nie i zamiast się odezwać, rejestrowałam każdy najmniejszy szczegół, który się zmienił. Żadna nie przeszła aż tak dramatycznej metamorfozy jak ja, ale mimo wszystko rok czasu zrobił swoje. Wszystkie patrzyły na mnie z szerokimi uśmiechami i po raz pierwszy od dawna poczułam się całkowicie kompletna i na miejscu.
Początkowo w ogóle nie przyszło mi to do głowy, ale gdy już się przywitałyśmy, wyściskałyśmy dostatecznie mocno i dziewczyny zajęły się rozmową między sobą, zaczęłam nieco uważniej obserwować wysypujących się z pociągu uczniów. Gdzieś daleko zauważyłam grupkę Ślizgonów i wydawało mi się, że w oddali mignęła mi czupryna znajomych jasnych włosów…
— Daj sobie spokój — powiedziała Alana, gdy tylko zauważyła co robię. 
Wzięła pod lewą pachę klatkę z sową Demeter, a prawą dłoń położyła na moim ramieniu. 
— Teraz my jesteśmy twoimi siostrami — uznała zaraz autorytarnie właścicielka hałaśliwego ptaszyska i popchnęła mnie stanowczo w kierunku barierki prowadzącej na mugolski peron.

*

Nie było na świecie takiej siły, która powstrzymałaby Molly Weasley przed wykarmieniem większości świata i okolic. Alana postanowiła uczcić powrót dziewczyn i spontanicznie zaprosić wszystkich do siebie. Wszyscy naturalnie stawili się u niej z winem, ale Molly przeszła samą siebie i przywiozła dwie tarty z truskawkami. Oczywiście zostały przyjęte nader entuzjastycznie i łapczywie pochłonięte w przeciągu dwóch godzin.
Gdy Artur zaczął z wielkim zaangażowaniem opowiadać Tedowi o swojej nowej pracy w Ministerstwie Magii, a Molly zakrzątnęła się w kuchni, zwalniając Alanę z obowiązków gospodyni, zostałam odciągnięta na balkon przez dziewczyny i przepytana dokładniej niż przez Scotland Yard. Nie mogłyśmy się nagadać do późnej nocy. Wypaliłyśmy niezliczoną ilość papierosów i wypiłyśmy nieprzyzwoite ilości wina. Na szczęście Jim przezornie wyciszył całe mieszkanie zaklęciami, w przeciwnym razie chyba mielibyśmy na głowie wszystkich sąsiadów.
Od tamtej pory dziewczyny wpadały do nas systematycznie co kilka dni, a że Alana nie chciała nawet słyszeć o trzymaniu przed nimi w tajemnicy naszego wielkiego planu, w rezultacie stał on się planem grupowym. W retrospekcji była to niezwykle trafna decyzja. Szczególnie Dorcas okazała się być nieocenioną pomocą, gdy tylko wyjawiła nam, że posiada pewne bardzo interesujące koneksje…
„Meadowes” było panieńskim nazwiskiem jej matki, a Dorcas używała go odkąd jej rodzice się rozwiedli. Jak się okazało, jej ojciec nazywał się Godfrey Murrish i był bezpośrednim potomkiem ostatniego wodza szkockiego klanu Lachlainn. Nie zdradziła nam jednak nic więcej — ani co zaszło między jej rodzicami, ani też dlaczego w pewnym momencie wylądowała pod opieką swojego niezbyt sympatycznego stryja. Faktem było jednak, że miała możliwość prześledzenia, czy Riddle przypadkiem nie szukał jakichś popleczników daleko na północy. Rzecz jasna każda z nas w międzyczasie popuściła wodze fantazji, wyobrażając sobie, że mamy do czynienia z ostatnią księżniczką Szkotów. 
Dorcas, Alice i Demeter na początku sierpnia otrzymały wyniki Owutemów. Wszystkie trzy dostały się do Akademii Aurorskiej, co uczciłyśmy oczywiście bardzo hucznie. Ja tymczasem wreszcie zakończyłam spisywać dla Dumbledore’a wszystkie spostrzeżenia, notatki i informacje o czystokrwistych, jakie tylko udało mi się znaleźć w „Proroku” i przywołać z odmętów pamięci. Zanim jednak mu je przekazałam, przezornie zrobiłam dwie kopie.
Do września chodziłam, pracowałam i żyłam w ciągłym pośpiechu. Wraz ze złożeniem raportu u dyrektora czułam, jak gdyby właśnie za moją sprawą rozpoczęło się coś, czego nie sposób już odwrócić. Miałam myśli tak kompletnie zajęte szpiegowaniem, wojną i zachowaniem czujności w obliczu niebezpieczeństwa, że gdy, jak co roku, do sklepu madame Malkin zaczęli masowo napływać uczniowie Hogwartu, ledwo mogłam się skoncentrować. Szycie prostych, szkolnych szat okazało się być jednak dokładnie tym, czego potrzebowałam, żeby oczyścić głowę.
W piątek po południu, na sam koniec dnia, do sklepu wszedł drobny chłopiec, na oko jedenastoletni. Był całkiem sam, co na początku trochę mnie zdziwiło, ale szybko uznałam, że być może przykazano mu zrobić przymiarkę do szat, w czasie gdy rodzice nerwowo latali po Pokątnej w poszukiwaniu innych artykułów ze szkolnej wyprawki. 
— Hogwart, prawda? — zapytałam przyjaźnie, gestem przywołując do siebie magiczny centymetr, który zleciał leniwie z jednego z manekinów. 
Chłopiec nie odpowiedział. Zmrużył tylko oczy i spojrzał na mnie bardzo poważnie. Natychmiast poczułam sygnał intuicji, że skądś znam tę twarz.
— Pierwszy rok? — zagadnęłam znowu.
— Tak — odpowiedział w końcu, patrząc krytycznie na centymetr w mojej dłoni. — Nie potrzebuje mnie pani mierzyć. Tu mam swoje wymiary. — Sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął w moją stronę złożoną na pół kartkę.
Gdy ją rozprostowałam, centymetr wypadł mi na podłogę. Była to część osobistej papeterii  wytłoczonej na bardzo drogim, śliskim papierze. Na samej górze, w prawym górnym rogu, widniały inicjały: W.J.B., a bok nich, na środku, dumny herb Blacków. 
— Dobrze się pani czuje? — zapytał bezczelnie chłopiec, patrząc na mnie z powątpiewaniem. 
Czarne włosy opadły mu na czoło, więc odgarnął je za uszy niedbałym gestem. 
— Tak… Tak, przepraszam. Po prostu nie wyglądają mi na aktualne — skłamałam gładko i spojrzałam ponownie na bardzo dobrze mi znane, zamaszyste pismo. Poznałabym je wszędzie. 
On tymczasem, czując się nieco śmielej, wlazł na stołek do przymiarek i rozłożył ręce na boki.
— Jeszcze nigdy nie byłem u prawdziwej krawcowej. Matka zawsze zamawia wszystko ze sklepów — powiedział, uśmiechając się do mnie zadziornie. — Zmierzy mnie pani? — Rozejrzał się znowu po sklepie, nie mogąc na długo skoncentrować się na jednej rzeczy.
Otrząsnęłam się zaraz, złożyłam kartkę na cztery i schowałam do kieszeni swetra, po czym podniosłam centymetr z podłogi i podeszłam do mojego małego klienta.
— Oczywiście. Rozumiem, że potrzebujesz tylko szat dziennych? — spytałam retorycznie, biorąc wymiar i zapisując wszystko w moim notesie.
— A mogę jakieś inne? — Szare oczy rozbłysły mu psotnie, a ja z ulgą zauważyłam, że nie odziedziczył ich po swojej matce. 
Pełna niepokoju wyjrzałam za okno, mając nadzieję, że nie zobaczę jej nigdzie na ulicy. Na szczęście nie zauważyłam tam nikogo znajomego, więc przywołałam do siebie zaklęciem bele czarnego materiału i pudełko ze srebrnymi zapinkami. 
— Z tego co pamiętam, od piątego roku mogą od was wymagać szat wyjściowych. Przynajmniej tak było, gdy ja chodziłam do szkoły — zagadnęłam znowu. — Teraz stój spokojnie — dodałam na wszelki wypadek, widząc, że znów zaczynał się wiercić.
Początkowa nieśmiałość była widocznie tylko pozą, choć mogła też być wywołana przez doskonale mi znajome „środki wychowawcze“.
— Jak ci na imię? — Słowa uciekły z moich ust szybciej, niż zdążyłam się powstrzymać. 
— Syriusz. — Chłopiec spojrzał na mnie z góry, obserwując, jak zaznaczam szpilkami dół jego nowej szaty. — A tobie?
— A-… Andy. — Spojrzałam na niego szybko, zastanawiając się, czy mógł mnie pamiętać. Szczerze w to jednak wątpiłam, ostatni raz widziałam go chyba, gdy miał pięć lat. 
— Teraz stój spokojnie, nie chcę cię ukłuć. — Uśmiechnęłam się, miałam nadzieję, przyjaźnie, a Syriusz posłusznie znieruchomiał.
Skończyłam zaznaczać szwy i zdjęłam z niego szatę. Powiesiłam ją na manekinie i machnęłam różdżką w kierunku kłębka nici i igieł, które momentalnie przyfrunęły we właściwe miejsce. Zaczęły szyć tak, jak im rozkazałam. Syriusz patrzył na to z umiarkowanym zainteresowaniem. Rzucał dużo bardziej chętne spojrzenia wielkim nożycom krawieckim.
— Jak myślisz, do którego domu trafisz? — zapytałam, pozornie obojętnie. 
W środku aż cała drżałam na myśl, że ciotce udało się ułożyć mojego uroczego kuzyna na swoją modłę.
— To sekret. — Uśmiechnął się zarozumiale, a w oczach rozbłysły mu zadziorne ogniki. — Mogę zobaczyć? — Podszedł do nożyc zanim zdążyłam go powstrzymać i podwinął przydługie rękawy kurtki, by móc lepiej dosięgnąć. 
Gdy zobaczyłam ślady na jego skórze, ze wszystkich sił starałam się nie dać po sobie poznać szoku. Podeszłam szybko i ukucnęłam przy nim, powstrzymując go przed dobraniem się do ostrego przedmiotu.
— Skąd to masz? Upadłeś? — zapytałam, doskonale jednak wiedząc, jaka była prawda.
Wzięłam go ostrożnie za nadgarstek, ale on zaraz mi się wyrwał. Na obydwu przedramionach miał ogromne siniaki, różnych rozmiarów i stopnia rozwoju. Niektóre były prawie zagojone, inne całkiem świeże. Wszystkie wyglądały jak ślady po dobrze mi znanych, ogromnych łapskach. 
— Nie twoja sprawa! — warknął, odsuwając się ode mnie.
Wyprostowałam się, patrząc na niego współczująco. 
— Nie powinna ci tego robić — powiedziałam stanowczo, czując jak wzbiera we mnie gniew i dawny ogień. 
Oczy rozszerzyły mu się ze zdumienia. Zanim się obejrzałam, wziął nogi za pas i wybiegł ze sklepu. Drzwi trzasnęły za nim tak mocno, że prawie urwały wiszący nad progiem dzwonek. Nie goniłam go. Usiadłam na kanapie i próbowałam się uspokoić, jednocześnie ściskając w dłoni różdżkę. Spojrzałam na igłę z nitką, które wciąż tańczyły w powietrzu przy niedokończonej szacie. 
Czekałam, aż ciotka Walburga lub może któryś ze służących zjawi się w sklepie, ale nikt nie przyszedł. Przesiedziałam tak z pół godziny, aż w końcu uznałam, że muszę coś zrobić, bo inaczej chyba wybuchnę. Uszyłam więc płaszcz i drugi zestaw szat według pobranych wcześniej wymiarów, a w głowie powoli formował mi się plan. Zamierzałam dostarczyć je osobiście. 
Przez resztę dnia miałam ściśnięty żołądek, a dawne krzywdy i upokorzenia dzieciństwa nieustannie stawały mi przed oczami. Stłumione i zapomniane lęki odżyły na nowo, ale tym razem nie pozwoliłam im się stłamsić. Zamierzałam się bronić i nie miałam zamiaru dopuścić, by ciotka ośmieliła się wyrządzać podobne krzywdy swoim własnym dzieciom. Wieczorem spakowałam szaty Syriusza w pudełko, nałożyłam płaszcz i niewiele myśląc, nie mówiąc nikomu dokąd idę, teleportowałam się na Grimmauld Place. 
Ulica była jak zwykle cicha i z niewyjaśnionych względów spowita mrokiem i tajemniczymi cieniami, choć paliły się przecież wszystkie uliczne latarnie. Przeszłam powoli wzdłuż żeliwnych płotków, odliczając numery budynków. Gdy stanęłam pomiędzy numerem jedenastym i trzynastym, podeszłam bliżej ceglanej ściany łączącej obydwa budynki. Wiedziałam, że dostęp do rezydencji został mi już dawno odebrany, ale choćby moja rodzina nie wiadomo jak chciała, nie mogli zabrać mi możliwości zdobycia ostatniego, najbardziej prymitywnego z kluczy. Wyciągnęłam z kieszeni zwinięty wcześniej nóż do listów madame Malkin i, zacisnąwszy zęby, nacięłam skórę na wewnętrznej stronie lewej dłoni, którą zaraz przycisnęłam do muru, mamrocząc pod nosem inkantacje.
Magia krwi nie należała do moich ulubionych. To tego rodzaju uroki, które balansują  na granicy pomiędzy białą i czarną magią, ale w tym wypadku czułam się usprawiedliwiona. Gdy oderwałam dłoń, obydwa budynki zadrżały. Zbiegłam szybko na chodnik, obserwując jak tuż przed moimi oczami materializuje się dawno przeze mnie nieodwiedzana rezydencja pod numerem dwunastym. Rzuciłam na krwawiącą wciąż dłoń zaklęcie bandażujące i bez wahania weszłam na ganek. Nacisnęłam zdecydowanie mosiężną klamkę w kształcie węża i weszłam do środka. W korytarzu paliło się tylko jedno światło. Cały dom zdawał się być uśpiony. Przeszłam szybko obok obrzydliwych memorabiliów w postaci urżniętych głów skrzatów i skierowałam się do salonu na górze. Po drodze nie minęłam ani jednego służącego, co wydało mi się nieco dziwne, choć nie zastanawiałam się nad tym zbyt długo. Miałam tu do załatwienia o wiele ważniejszą sprawę. Oświetlając sobie drogę różdżką, weszłam na spiralne schody i stanęłam przed czarnymi, podwójnymi drzwiami prowadzącymi do prywatnego saloniku ciotki Walburgi. Weszłam do środka jak do siebie, uznając, że na grzeczności nie ma tu już miejsca.
W wysokim, staroświeckim kominku trzaskał ogień, który był tu jedynym źródłem światła. W salonie panował złowróżbny półmrok, ale pomimo to od razu dostrzegłam ciotkę. Siedziała w największym fotelu, jej opasłe cielsko spowite było jak zwykle w absurdalne ilości czarnego welwetu i satyny. Obracała w grubych palcach różdżkę, patrząc z zamyśleniem w ogień. 
— Tak myślałam, że się w końcu zjawisz, ty mała gówniaro — powiedziała, a ja na dźwięk jej głosu aż się wzdrygnęłam. 
— Jak mnie nazwałaś, stara? — Podeszłam do niej szybko, kładąc na stoliku pudełko z szatami Syriusza. 
Nie poświęciła mu ani jednego spojrzenia, a ja też nie oszukiwałam się już więcej, że przyszłam tu tylko po to, by dostarczyć szaty. Nadal patrzyła tam, gdzie wcześniej, choć teraz na jej ustach tkwił złowróżbny uśmieszek. 
— Jeszcze będziesz mnie błagać o litość — wymruczała z zadowoleniem, odwracając się powoli w moją stronę. — Ale usiądź, nie jesteśmy przecież zwierzętami. — Cały czas patrzyłam na jej różdżkę, czekając tylko, aż uczyni nią nawet najmniejszy gest.
Wiedziałam, że przed Imperiusem nie uchroni mnie nawet najmocniejsza tarcza, ale nie zamierzałam się poddać bez walki. Gdy tylko dostrzegłam, że próbuje rzucić zaklęcie, natychmiast wyczarowałam wokół siebie barierę ochronną. Ciotka zdawała się uznać to za ogromnie zabawne, bo skrzeknęła paskudnie i uderzyła się otwartą dłonią w udo, stukając obcasami butów w dywan.
— A to ci dopiero! Przyszła przygotowana! — ćwierknęła, po czym już otwarcie posłała w moją stronę dwa uroki, jeden po drugim.
Pierwszy mnie drasnął, ale przed drugim udało mi się uchylić. Lewe ramię zapiekło mnie żywym ogniem, a gdy zobaczyłam jątrzące się rozcięcie, zapłonął we mnie gniew, o jaki wcześniej siebie nie podejrzewałam. Przyszłam tu w jednym celu i choć tłumaczyłam sobie, że kierują mną szczytne pobudki, wiedziałam skrycie, że chodzi o słodką, od dawna zasłużoną zemstę. Jeśli miałam to przypłacić którąś ręką, byłam na to więcej niż gotowa. 
— Nie myśl sobie, że twoje nędzne zaklęcia zrobią na mnie jakiekolwiek wrażenie. — Ciotka wciąż świdrowała mnie pełnym zadowolenia wzrokiem, podnosząc się teraz powoli z fotela i robiąc krok w moją stronę.
Podłoga jęknęła pod nią głucho, a ja nie dałam jej nawet szansy, by powiedzieć cokolwiek jeszcze. Podniosłam różdżkę i zaatakowałam ją serią najpaskudniejszych klątw, jakich kiedykolwiek udało mi się nauczyć. Z niechęcią przyznaję, że zręcznie odparowywała moje ataki, choć nie bez wysiłku. Domyśliłam się, że spodziewała się stawić czoła małej, przerażonej dziewczynce, którą już dawno przestałam być. 
Jej krzyki i kolejne ataki tylko podsycały we mnie złość. Za chwilę zaklęcia stały się coraz mocniejsze, a sposób walki bardziej nieuczciwy. Ulubiony fotel ciotki poszedł w drzazgi, a ona miotała się po salonie, starając się trafić we mnie jakąkolwiek klątwą. Znacznie przewyższała mnie znajomością czarnomagicznych uroków, choć przy jej tuszy na nic się to zdało. Byłam znacznie zwinniejsza i szybsza, ale niestety również lekkomyślna. W swojej zaciętości nie doceniłam przeciwnika i gdy już myślałam, że miałam ją w garści, ciotka posłała w moją stronę zaklęcie unieruchamiające. Zatrzymałam się tuż przy kominku, z dłonią wyciągniętą prawie nad ogniem. Czułam coraz większe gorąco, aż w końcu płomienie zaczęły parzyć moją rękę do tego stopnia, że upuściłam w nie różdżkę. Moje stopy były niczym przytwierdzone do podłogi, nie mogłam ruszać żadną kończyną, ale niestety mogłam krzyczeć. Czułam swąd palonej skóry i niewyobrażalny ból, który przewiercał mnie na wskroś.
— Myślałaś, że przyjdziesz tu i wykonasz na mnie swoją żałosną zemstę?! — warknęła ciotka, podchodząc coraz bliżej, choć teraz utykała na jedną nogę. — Popisałaś się ostatni raz, głupia dziewczyno, a teraz skończysz jak cała reszta twojej skrzywionej linii! — Teraz nie mogłam zrobić już nic. 
Krzyczałam z bólu i resztkami sił powstrzymywałam się, by nie zacząć błagać, by mnie uwolniła. 
— Twoja bezużyteczna matka i ten przeklęty pedał, jej brat! — Kontynuowała ciotka. — Aż żałuję, że nie mogłam dopaść cię wcześniej. Zawsze byłaś zgniłym jajem, zawsze! Odkąd tylko zaczęłaś chodzić przynosiłaś hańbę tej rodzinie! Mój żałosny brat powinien był wyrzucić cię na bruk już lata temu! — Pieniła się, a ja teraz już tylko jęczałam, nie mogąc wydusić z siebie żadnej innego dźwięku.
Moja ręka paliła się żywcem, a ja nie mogłam się nawet ruszyć. Ciotka zbliżyła się do mnie jeszcze o krok, ale nie widziałam jej wyraźnie, bo łzy zasłoniły mi pole widzenia. I nagle, w ostatnim przypływie przytomności, zauważyłam, że opuściła różdżkę, nieuważnie łamiąc ciągłość zaklęcia. Natychmiast złapałam wolną ręką co tylko znalazłam najbliżej siebie, teraz już prawie przestając czuć tą dłoń, która smażyła się żywcem w kominku. Posłałam prosto w głowę ciotki pierwszy przedmiot, który udało mi się chwycić. Ciężki, antyczny zegar jej nieodżałowanego męża trafił ją w sam środek czoła. Ciotka runęła z łoskotem na podłogę, a ja w końcu uwolniłam się spod działania zaklęcia. Kolana się pode mną zgięły i padłam na dywan, bojąc się choćby nawet spojrzeć w stronę niemal całkowicie poparzonej dłoni. 
Dyszałam ciężko, drżąc jeszcze z bólu, ale mimo wszystko ostatkiem sił stanęłam na równe nogi. Znalazłam się przy niej w kilku krokach i z całą swoją mocą nadepnęłam na jej różdżkę, która złamała się z trzaskiem. Oszołomiona wciąż ciotka teraz zawyła ze złości, ze względu na nadwagę nie mogąc się samodzielnie podnieść. Machała bez sensu wszystkimi kończynami, przypominając mi obrzydliwego karalucha, którego miałam nieopanowaną chęć rozdeptać.
— Jesteś niczym i już zawsze niczym pozostaniesz, słyszysz mnie?! — wydarła się, próbując zetrzeć z oczu krew, która lała się z rozcięcia na jej czole. 
Straciłam wszelkie zahamowania. Bez namysłu nachyliłam się do niej, łapiąc pełną garść jej włosów i zamierzając porządnie za nie szarpnąć. Ku mojemu zdumieniu, wszystkie zostały mi w dłoni. Spojrzałam na nią z góry, czując nagły przypływ adrenaliny. Parsknęłam z niedowierzaniem i cisnęłam jej świetnie zrobioną i niewątpliwie bardzo drogą perukę prosto do kominka, a ciotka zawyła jak zraniona bestia, potrząsając obrzydliwie łysą głową. Wróciło we mnie trochę siły, choć prawa ręka bolała tak niemiłosiernie, że ledwo trzymałam się w pionie.
— Jeśli jeszcze kiedyś przyjdzie ci do głowy choćby tknąć któregoś z twoich chłopców, to wiedz, że dowiem się o tym — wycedziłam przez zaciśnięte zęby, starając się powstrzymać drżenie głosu. — Jeśli myślisz, że pozwolę ci im robić to, co robiłaś ze mną, to obiecuję ci tu i teraz, że gorzko tego pożałujesz. Nie będzie miejsca, w którym cię nie znajdę, ani takiej dziury, w którą mogłabyś się wcisnąć.
Świdrowała mnie chwilę rozwścieczonym spojrzeniem, aż w końcu wykrzyknęła, obryzgując mnie śliną:
— Zniszczę cię, ty głupia dziwko! Słyszałaś?! ZNISZCZĘ! — Nadal próbowała bezskutecznie się podnieść, na szczęście bez rezultatów.
— Nie możesz mi zrobić nic, czego już byś nie zrobiła — odparłam, siląc się na spokój.
Przemaszerowałam zdecydowanie przez salon i jedną ręką otworzyłam niezdarnie podwójne drzwi, za którymi jak się okazało zebrała się przerażona służba. Patrzyli na mnie wielkimi oczami, a ja zastanawiałam się, czy w ogóle wiedzieli kim jestem. Być może najstarsza z pokojówek, choć jeśli nawet mnie poznała, to nie dała tego po sobie poznać. Nie obawiałam się, że coś mi zrobią, bo wiedziałam, jak źle traktowała ich ciotka Walburga. Właśnie dlatego teraz zamiast jej pomóc, wpatrywali się tylko na przemian we mnie i w jej obrzydliwą, łysą głowę, która obracała się to w lewo, to w prawo, próbując dojrzeć to, co było za nią. 
— Pomóżcie mi, durnie! NATYCHMIAST! 
Żadne z nich specjalnie się nie kwapiło, a ja, pewna swego, przeszłam pomiędzy nimi i czym prędzej zbiegłam po schodach do hallu. Wypadłam na świeże, nocne powietrze, teraz przyciskając do siebie okrutnie poparzoną prawą rękę i nie wiedząc nawet, jak mam sobie poradzić bez różdżki. Z braku lepszej alternatywy, poszłam prosto przed siebie.










Koniec tomu drugiego



3 komentarze:

  1. Biedny Syriuszek. I aua, aua, biedna Andy.
    Umówić ją na rozmowę z Nikim? Mogliby powymieniać wrażenia i maści. xD
    I jeszcze różdżkę straciła! W każdym razie liczyłam na to, że po prostu starą jędzę wykończy. Czemu walnęła ją tak słabo? Czemu nie poprawiła? Andromedo, zawiodłam się na tobie. Miałaś taką perfekcyjną okazję na wzięcie odwetu na tej głupiej rodzinie i ją odpuściłaś. (Chociaż w sumie to idzie do druku, może po prostu próbuje się tu teraz wybielić. :P)
    W obliczu tych zdarzeń musi ograniczyć wino i zacząć trenować pojedynki, bo ciotka na pewno jeszcze się o nią upomni.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czemu nie zabrała różdżki ze sobą? Z tego co zrozumiałam upadła jej koło kominka, wcale nie została zniszczona. Świetnie się czyta, mam nadzieję że następna cześć już w przyszłym tygodniu
    Rawnef

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Khm ;) "Czułam coraz większe gorąco, aż w końcu płomienie zaczęły parzyć moją rękę do tego stopnia, że upuściłam w nie różdżkę."

      Następna część wkrótce, wielkiej przerwy nie będzie, ale muszę poukładać napraaawdę dużo wątków.

      Ściskam mocno,
      O.

      Usuń