2 lut 2016

Rozdział I


od lewej: Walburga Black, Irma Crabbe i Druella Black, 
circa 1950


Teraz, kiedy wszyscy możemy spokojnie wyjść z przykrej roli Anonima i nie ma potrzeby zmieniania niczyich imion, książka nareszcie może zostać dedykowana moim drogim przyjaciółkom: Alanie Thornpike, Dorcas Meadowes, Alice Longbottom i Demeter Brownstone, bez których nie byłabym tu gdzie jestem teraz. Zawsze będę pamiętać długie godziny spędzone nad odcyfrowywaniem moich rzewnych zapisków – za cierpliwość i powstrzymywanie tak wielce należnych chichotów w co bardziej wzniosło-nastoletnich momentach pozostanę dozgonnie wdzięczna. Nie wiem jakim cudem Alice nadała temu tak całkiem nową formę, ale podejrzewam, że odpowiednia ilość wina uleczy każdą dozę kiczu. 

Zyski ze sprzedaży książki zostaną przekazane Klinice Magicznych Chorób i Urazów Świętego Munga oraz Fundacji Złotego Feniksa wspierającej ofiary reżimu Lorda Voldemorta.


Andromeda Tonks






Tom I
    La Bonne Renommée

Alden Rosier, 1949



Wczesne dzieciństwo kojarzy mi się z błogą izolacją od świata zewnętrznego. Ja i moje siostry właściwie nigdy nie wychodziłyśmy z domu, bo i też nie było to konieczne: nasze sukienki dostarczano w eleganckich paczkach pod same drzwi, posiłki przygotowywała służba, pościel chyba prała się sama (a przynajmniej żadna z nas nie potrafiła określić jak to się działo, że w łóżkach zawsze miałyśmy świeżą), do tego wszystkie zachcianki wymagały jedynie odpowiednio błagalnego jęku pod adresem tatusia. Dorastałam zatem w bajce i naiwnym przekonaniu, że wszyscy inni ludzie również są bogaczami i przemawiają z czystym akcentem rodem z pałacowych salonów. O mugolach coś niby wiedziałam, ale nigdy mnie specjalnie nie interesowali — skąd też niby miałabym czerpać obiektywne informacje o ich świecie, skoro jedyne towarzystwo jakie określano odpowiednim dla mnie i moich sióstr było towarzystwem innych dzieci z „porządnych rodzin“?
Nawiasem mówiąc, nigdy nie czułam się wśród nich zbyt dobrze. Większość chłopców ciągnęła nas za warkocze i była delikatnie mówiąc nieprzyjemna — szczególnie kuzyn Evan, syn brata naszej matki. Ten konkretnie skrzywiony bachor lubował się na ten przykład w wydłubywaniu żabom oczu różdżką swojego ojca, by potem ukradkiem podrzucać mi je do kieszeni. Nie cierpiałam go z całego serca i marzyłam o dniu, w którym dostanę własną różdżkę i wypróbuję na nim wszystkie najpaskudniejsze zaklęcia.
Dziewczynki w moim wieku zapamiętałam z kolei jako śmiertelnie nudne. Przemawiały wyuczonymi formułkami, ich sukienki były idealnymi kopiami kreacji ich matek, a do tego zadawały mi zawsze wścibskie pytania z rodzaju: „Ile łazienek posiada wasza letnia rezydencja?“ albo „Dlaczego nie masz mamy?“. Moją jedyną przyjaciółką była moja starsza siostra, Bellatrix. Ona nigdy nie zawracała sobie specjalnie głowy towarzyskimi nakazami. Nie tańczyła, ściągała palcem krem z tortu i śmiała się tak głośno jak tylko miała na to ochotę. Robiła co chciała, bo dobrze wiedziała, że nie miał nas kto strofować. Ciotka Walburga zawsze tolerowała jej wybryki i tylko ją podjudzała, a guwernantce nie wypadało bezpośrednio zwracać panience uwagi. 
Tak, zanim poszłyśmy do Hogwartu przez nasz dom przewinęła się mała armia guwernantek. Ojciec twierdził, że sam nie potrafiłby się nami „zajmować jak trzeba“, a wszystkich obowiązków rodzicielskich „nie możemy przecież zrzucać na jego drogą siostrę, która też ma własną rodzinę“. Kompletna bzdura — gdyby powiedział choć słowo, ciotka zostawiłaby swoich niesfornych chłopców w mgnieniu oka. Nigdy tego nie rozumiałam, bo kuzyn Syriusz był akurat jedynym uroczym chłopcem jakiego znałam, ale ciotka zawsze powtarzała jak brakuje jej córki, której mogłaby przekazać wszystkie swoje cenne rady. Osobiście uważam, że były bzdurne. Chyba tylko Narcyza widziała w nich jakiś głębszy sens. Jak można się domyślić, Cyzia szybko stała się pieszczoszką ciotki. 
Wykuła na pamięć chyba każdą radę i regułę jaką jej wpajała. Poruszała się z taką gracją, że mogła przemaszerować po schodach z tacą i serwisem do herbaty ustawionymi na głowie i nie stłuc ani spodeczka. Zanim nauczyła się dobrze chodzić, już tańczyła walca. Umiała haftować, śpiewać, grać na fortepianie i dygała z wdziękiem małej księżniczki. Ciotka od razu zwęszyła w niej wspaniały materiał na owocny mariaż i narzeczonego dla Narcyzy znalazła, gdy mała nie umiała się jeszcze poprawnie podpisać. Ja zawsze twierdziłam, że nie wyjdę za mąż — kuzyn Evan stanowił dla mnie zbyt jaskrawy okaz „młodzieńca z dobrym rodowodem“, nikt też specjalnie się nie kwapił, by mnie swatać. Ojciec twierdził, że moje talenty są po prostu nieodkryte, ale ja miałam cichą nadzieję, że świat młodej kobiety nie kończy się na dyganiu i odpowiedniej intonacji wyrażeń takich jak „Na Merlina!“ czy „To bardzo interesujące, monsieur.
Nawiasem mówiąc, nie potrafiłam sobie nigdy wyobrazić jak wujek Alden mógł spłodzić takiego potworka jak Evan. Brat matki to jedyny krewny jakiego lubiłam — spokojny, nieco mrukliwy i niezwykle małomówny. Większość dzieci się go bała, głównie dlatego, że był bardzo wysoki, chyba najwyższy z rodziny, włosy miał białe jak śnieg, a do tego jedno oko czarne, a drugie niebieskie. Wyglądał jak sam Szatan, ale nie przeszkadzało mi to nigdy. Uwielbiałam wujka Aldena i często chowałam się przed Evanem w jego gabinecie, gdzie pozwalał mi się bawić swoją maszyną do pisania.
Dzieciństwo upłynęło mi zatem na uciekaniu przed nieznośnym kuzynem, płytkich znajomościach, marzeniach o dorosłości oraz jałowych lekcjach etykiety. Niestety podczas rozważań o tym co będzie, mojej uwadze umknął fakt, że pomiędzy etapami dzieciństwa i dojrzałości istnieje jeszcze ten nieszczęsny, pełen niezręczności — bycie nastolatką. To był koszmar. 
Nie przekazano mi w genach charakterystycznych czarnych włosów ani ciemnych, dużych oczu Blacków o romantycznie ciężkich powiekach, które nadawały spojrzeniu wyrazu lekkiej pogardy — Bella dopracowała tę minę do perfekcji, znajdowałam ją też na każdej fotografii naszej matki. Nawiasem mówiąc, to właśnie Narcyza wyglądała jak skóra z niej zdjęta. Te same blond włosy, taka sama trójkątna blada twarz i jasne oczy — co stanowiło pewnego rodzaju tragiczną ironię, bo straciłyśmy ją niedługo po narodzinach naszej najmłodszej siostry. Moja uroda z kolei była jakaś nieudana, co zawsze podkreślała ciotka, a oczy zamiast wyglądać tajemniczo, wyglądały jakbym ciągle zarywała noce.
Także wychowywanie nas pod kloszem sprawiło, że Hogwart był dla mnie prawdziwym szokiem. Tiara nie tylko nie umieściła mnie w Slytherinie razem z moimi siostrami, ale do tego w Ravenclaw znałam absolutnie nikogo. Jedyną dobrą stronę bycia Krukonką stanowił fakt, że znajdowałam się z dala od kuzyna Evana.
W dormitorium mieszkałyśmy w piątkę i muszę przyznać, że nie od razu przypadłyśmy sobie do gustu. Łóżko pod oknem zajmowała Alana Thornpike, blada i wysoka mugolaczka o niezwykle rudych włosach, która od razu nazwała mnie głośno „pieprzniętą arystokratką“ i przez pierwszy semestr powiedziała do mnie może dwa słowa. Obok spała piegowata Demeter Brownstone, która z zasady nie odzywała się wiele, więc nie odebrałam jej milczenia jako osobistego afrontu. Przy drzwiach było łóżko Diany Yaxley, która prawdopodobnie mogła być moją daleką kuzynką, ale nie spotkałam jej nigdy wcześniej w życiu, więc nie miałam pewności i też wstydziłam się ją o to spytać. Obok mnie spała Katia Kafka, niska i chuda dziewczynka o lekko skośnych oczach i małej, elfiej twarzy, a na samym środku byłam ja — kompletnie niearystokratyczna Andromeda Black, zbyt wysoka, zbyt chuda i z szerokimi ustami, które ciotka Walburga zawsze porównywała do kaczego dziobu.

*

Odkąd ja i Bella zaczęłyśmy szkołę, ciotka Walburga wpadała do nas już tylko na ferie zimowe i w święta — urodziny Narcyzy wypadały właśnie w lutym i ciotka nie opuściłaby ich za nic na świecie. Ja nie znosiłam tych wizyt. Na czas ferii opracowałam w całym mieszkaniu szereg tajemnych kryjówek, o których wiedziała tylko Bellatrix. Niewiele osób na przykład zdawało sobie sprawę, a ciotka na szczęście była w tym temacie kompletnie nieuświadomiona, że jeśli wychylić się odpowiednio daleko z wielkiego okna w głównym korytarzu, można dosięgnąć gałęzi rosnącego przy domu rozłożystego dębu. Drzewo liczyło sobie ponad dwieście lat, więc jego liście i konary stanowiły więcej niż skuteczną kryjówkę.
— Znowu się chowasz.
Wychyliłam się ostrożnie zza liści. Jakaś gałązka wplątała mi się we włosy, a Bellatrix parsknęła na ten widok i oparła łokcie przed sobą.
— Poszła już?
— Tak. — Bella usiadła na parapecie i spuściła nogi poza niego. — Naprawdę nie wiem czemu się jej tak boisz. To nieszkodliwa wariatka. 
— Jest okropna. Cały czas wszystkich rozstawia po kątach. — Złapałam się mocno gałęzi, usiadłam na niej okrakiem i przelazłam przez parapet z powrotem do  domu. — Czemu ona zawsze musi tu przyjeżdżać w ferie? — warknęłam buntowniczo. 
Odłożyłam kolorowy magazyn, który czytałam, do tajemnej skrytki pod obluzowaną klepką podłogową i zasłoniłam ją troskliwie czerwonym dywanikiem. Gdyby ktokolwiek dowiedział się, że kolekcjonuję mugolskie gazety, na pewno wpadłabym w kłopoty. Bella nadal siedziała tam gdzie wcześniej, uśmiechając się tajemniczo. Dlaczego moja siostra zawsze uśmiechała się w ten sposób, tego nigdy nie rozumiałam, choć zazwyczaj okazywało się, że faktycznie za tą urodą jak z okładki kryły się ciemne grzeszki. 
— Wiesz dlaczego — odparła enigmatycznie. — Wszak droga Narcyza dziś przestaje być dzieckiem, trzeba to uczcić!
— Dwanaście lat to jeszcze nie dorosłość…
— No już, już, nie oburzaj się tak. — Złapała mnie za policzek i uszczypnęła mocno. — Twój czas debiutantki dawno minął, powinnaś zrobić miejsca młodszym. — Uśmiechnęła się jak wredny chochlik, a ja odtrąciłam jej rękę ze złością.
— Bella, nie bądź złośliwa!
Zanim moja siostra zdążyła cokolwiek na to odpowiedzieć, z końca korytarza rozległ się dobrze nam znany infernalny wrzask:
— SALAZARZE, DZIECKO, ZEJDŹŻE Z TEGO OKNA! 
Nasz bardzo błyskotliwy lokaj stwierdził kiedyś, że ktoś przed laty musiał nieopatrznie powiedzieć Walburdze Black, by mówiła nieco głośniej, a ona wzięła sobie tę radę zbyt mocno do serca. Zawsze lubiłam Rogera. Odznaczał się wybitnym cynizmem, a jego głos brzmiał jakby trzydzieści osób na raz łupało włoskie orzechy. Donośnym niczym trąby sądu ostatecznego eksklamacjom ciotki towarzyszyła też równie imponująca postura, która od czasu śmierci wuja Oriona była odziana wyłącznie w nadzwyczajne ilości czarnego aksamitu i atłasu. Stwarzało to raczej efekt złowieszczej zasłony okiennej niż misternej i eleganckiej kreacji, ale skoro klientka miała takie, a nie inne zachcianki, to cóż na to mogła poradzić jej biedna stylistka.
Ciotka dopadła do nas co tchu, ale zamiast zająć się Bellą i jej spontanicznym wietrzeniem, złapała moją rękę w swoje krwistoczerwone szpony i wybałuszyła oczy, udręczone zatrważającą ilością tuszu do rzęs.
— Co to ma być?! – oburzyła się, a na mocno upudrowane policzki ze wszystkich sił próbował wpełznąć rumieniec — próżny trud, ilości makijażu ciotki stanowiły barierę nie do przebicia. 
— Ja… — Czułam jak drętwieję i próbuję sobie gorączkowo przypomnieć co też takiego mogłam przeskrobać. W pierwszej kolejności moje myśli pobiegły w stronę schowanego pod podłogą Vogue. Tymczasem Bellatrix ze stoickim spokojem zamknęła okno, przewracając ukradkiem oczami. Poczułam się dzięki temu trochę lepiej, choć tylko trochę, bo paznokcie ciotki wciąż wbijały się w moją skórę.
— Czy ty chcesz mieć ręce JAKIEJŚ WIEJSKIEJ PRACZKI?! — Matrona rodu przeprowadzała dokładną inspekcję stanu moich paznokci i dłoni. — Salazarze, CYGNUS! CZY TY IM NIE KAŻESZ NOSIĆ RĘKAWICZEK?! — Całkiem nagle puściła mnie wolno i z werwą godną armii idącej szturmem na Hastings przemaszerowała cały korytarz. Zatrzymała się tylko na schodach, by kolejny raz wrzasnąć imię swojego brata. Gdzieś w oddali rozległ się brzęk upuszczanej tacy. Szybko spojrzałam na Bellę.
— Roger?
— Coś ty. — Moja siostra machnęła ręką i lekkim krokiem podążyła za ciotką — oczywiście zachowując odpowiedni dystans dla bezpieczeństwa swoich bębenków. — Nowa pokojówka. Roger jest przyzwyczajony. 
— Przyzwyczajony?
— Powiedział mi kiedyś, że od trzech lat jest głuchy na jedno ucho.
— O Merlinie, to wtedy? — szepnęłam. — Kiedy źle ją zaanonsował?
— Blisko. — Bellatrix uśmiechnęła się niecnie i usiadła po damsku na szerokiej poręczy schodów. — Smocza ospa! — To zakrzyknąwszy, jako pierwsza zjechała gładko na sam dół, a ja jak zawsze skora do małpowania jej wybryków podążyłam jej śladem. 
Wylądowałyśmy na dole z wielkim tumultem. Szybko otrzepałyśmy sukienki i weszłyśmy do jadalni jak gdyby nigdy nic, jedynie rzucając sobie konspiracyjne spojrzenia. Długi stół nakryto kremowym świątecznym obrusem haftowanym w delikatne śnieżynki. Narcyza siedziała po prawej ręce ojca, który jak zwykle zasłonięty „Prorokiem Codziennym“ pochrząkiwał co jakiś czas, dając ciotce do zrozumienia, że wcale a wcale nie ignoruje jej nieznośnej paplaniny. Narcyza natomiast słuchała jak urzeczona, chłonąc każdą lekcję matrony rodu Blacków z miną wyrażającą nabożną cześć:
— …i zawsze powtarzałam, że prawdziwą damę można poznać po delikatnych dłoniach. Nasza matka co noc maczała dłonie w parafinie i NIGDY  nie zapominała o założeniu rękawiczek! Do końca życia miała idealnie gładkie ręce, prawda Cygnusie?
— Ehm — zaszeleściła gazeta.
— No właśnie! Dlatego… NO CO TAK DŁUGO! — Rzuciła nam podejrzliwe spojrzenie. — Andromedo, proszę wyjąć tę rzecz z włosów i usiąść wreszcie do stołu!
— Co? — Spojrzałam na Bellatrix, która szybkim ruchem wyjęła liść z moich włosów i niedbale rzuciła go na dywan.
— Cygnusie, zgaś te smrody! — Ciotka niecierpliwym ruchem różdżki transmutowała ojcowską gazetę i fajkę w bukiet ciemnoczerwonych róż, które przekazała Narcyzie.
— Wszystkiego najlepszego, kochanie. — Jej twarz wykrzywiła się w czymś, co zapewne miało być uśmiechem. Zaraz potem klasnęła w pulchne dłonie. — No i gdzie ta beznadziejna dziewczyna?! Cygnusie, naprawdę nie wiem czemu nie sprawiłeś sobie porządnych skrzatów domowych, to nie do pomyślenia!
— Hmm.
— To nieistotne, mój drogi. Dobry skrzat domowy jest niezbędny w szanującym się domu. NA MERLINA, ROGER! — Kolejny ruch różdżki wyczarował ze srebrnego widelca dzwoneczek, którym dzwoniła tak długo, aż do jadalni nie wbiegły dwie zagubione służące, dzierżące talerze i półmiski z jedzeniem. Zaraz za nimi wszedł nasz dostojny siwiejący lokaj w pełnej liberii. Pchał przed sobą posrebrzany stoliczek na kółkach, na którym poukładano okazały stos prezentów. Na samym jego czubku leżał imponujący bukiet słonecznych żonkili — ja i Bella od razu domyśliłyśmy się, kto mógłby przysłać tak ostentacyjny wyraz admiracji.
— Och, tatusiu! Jakie piękne! — Narcyza wystudiowanym ruchem odgarnęła platynowe loki za ucho i złożyła na policzku ojca oszczędnego buziaka.
— Nie dziękuj mi, Cyziu, kwiaty przesyła Lucjusz — chrząknął ojciec, rzucając mi ukradkowe spojrzenie. Ja też nie wiedziałam co myśleć o nieoficjalnych zaręczynach mojej dwunastoletniej siostry z szesnastoletnim dziedzicem fortuny Abraxasa Malfoya, więc milczałam.
— Ach, co za młody gentleman! – ćwierknęła ekstatycznie Walburga.
— Ach, i te szklarnie Malfoyów! Pełne skarbów! — wyzłośliwiała się tymczasem Bella, za co Narcyza z naganą kopnęła ją pod stołem w kostkę. Ojciec z roztargnieniem pogłaskał jubilatkę po policzku, a Bella, korzystając z powszechnego rozgardiaszu, sięgnęła chciwie po bilecik dołączony do kwiatów, który jednak przytomna Cyzia szybko jej wyrwała. Jej blade policzki spłonęły rumieńcem, a ja starałam się zbyt głośno nie śmiać. Udałam, że upadła mi serwetka i zanurkowałam pod stół. Tymczasem służące, instruowane ostro przez Walburgę, w końcu podały przystawki.

*

— Śpisz?
W środku nocy usłyszałam, jak drzwi do mojego pokoju skrzypią i ktoś z wybitnie zimnymi nogami pakuje mi się do łóżka.
— Tak! — warknęłam, przewracając się na drugi bok.
— To dobrze, bo ja też nie. — Bella wbiła mi łokieć pod żebra i zabrała całą kołdrę.
— Bella! 
— Tak sobie myślę. — Nakryłam głowę poduszką. — Słuchaj! — Poduszka odleciała w kąt. — Skoro za dwa dni mamy wracać do szkoły, nie widzi mi się jakoś spędzać ich pod okiem drogiej ciotuni. 
Zmarszczyłam brwi i odwróciłam się do niej powoli. Pełen samozadowolenia uśmiech Bellatrix był dobrze widoczny nawet w ciemności.
— No, ale będziesz musiała, niezmiernie mi przykro.
— Niekoniecznie…
Zaciekawiłam się i wychyliłam spod pościeli.
— Co masz na myśli?
— Zaufaj mi.
— O nie!
— Mam plan!
— I to mnie właśnie niepokoi.
— Ty larwo!
— Poczwaro.
Spojrzałyśmy na siebie w ciemności z wyczekiwaniem, aż któraś w końcu parsknęła niekontrolowanym chichotem. 
— No i z czego się tak cieszysz? Wracaj do łóżka, masz przecież swoje.
Bellatrix jednak wciąż patrzyła na mnie z drapieżną przebiegłością. Serce waliło mi szybciej. Czyżbyśmy miały zrobić coś zakazanego? Dotąd najstraszniejszym czynem karalnym jaki zdarzyło mi się popełnić było zostanie w bibliotece po godzinach zamknięcia.
— Jutro ojciec urządza oficjalne przyjęcie z okazji urodzin drogiej Cyzi. — Ukłuła mnie palcem w ramię.
— Au! No przecież wiem! — Rozmasowałam to miejsce energicznie. — I co z tego?
— I jutro się z niego wymkniemy.
— Oszalałaś?! — krzyknęłam, a Bella zasłoniła mi szybko usta dłonią.
— Ćśś! Ciszej! — warknęła szeptem, nasłuchując chwilę. Kiedy zorientowała się, że nikogo nie obudziłyśmy, przysunęła się blisko do mojego ucha:
— Nie będę siedzieć w tym domu wiecznie i czekać aż mnie opchną jakiemuś baronetowi tak jak Narcyzę!
To miało pewien sens i doskonale rozumiałam jej pobudki, niemniej jednak samodzielna ucieczka z domu w bliżej nieznanym kierunku przerażała mnie bardziej niż wyprawa na Antarktydę.
— I co niby zamierzasz? — zaciekawiłam się, bo chociaż brzmiało to równie absurdalnie co mugolska koncepcja kosmitów, byłam skłonna chociaż jej wysłuchać.
— Ćś! Ciszej bądź. Nie powiem ci, dopóki się nie zgodzisz.
— Chyba zwariowałaś! Wpadniemy w kłopoty, to bez sensu.
— Nie idę nigdzie bez ciebie, sama nie dam rady wykiwać Walburgi.
— Od kiedy mówisz na ciotkę po imieniu?
— Od kiedy mi się tak podoba, bo co?
— Nic… 
Siedziałyśmy chwilę cicho, mierząc się na spojrzenia.
— Jutro wieczorem — powiedziała w końcu Bella. — Ty i ja, co ty na to? W ogóle wiesz jak smakuje piwo? Ja nie wiem! A nie zamierzam iść za mąż zanim nie spróbuję.
— Ale Bella, jesteśmy niepełnoletnie, nie możemy…!
— I właśnie dlatego nie zamierzam spędzić reszty życia pod czujnym okiem guwernantek.
— Już od siedmiu lat nie mamy guwernantek.
— Och, Salazarze, wiesz o co mi chodzi! Czemu zawsze wszystko utrudniasz?!
Zastanowiłam się chwilę. To miało sens, muszę przyznać. Kto wie co nas czekało jak tylko skończymy szkołę? Nie wyobrażałam sobie przechodzić z domu ojca prosto do domu męża, a znając ciotkę ona już na pewno knuła jak mnie wypchnąć z domu „odpowiedniemu“ kandydatowi, dzięki któremu Blackowie będą mieli jeszcze więcej wpływów w czarodziejskim świecie.
— Bella, a co z ojcem? — Przyszło mi nagle do głowy.
— Jak wyjrzy zza gazety to może coś zauważy, w przeciwnym razie wątpię. — Spojrzała na mnie i widząc moje powątpiewanie prychnęła jak niezadowolona kotka. Opadła ciężko na poduszkę obok. — Daj spokój! Będzie zbyt zajęty nadskakiwaniem Malfoyom, tym przebrzydłym jaszczurom, nie musi o niczym wiedzieć.
— Malfoyowie?
— A co myślałaś? Cyzia jest zaręczona z Lucjuszem od niemowlęctwa. Ty miałaś wyjść za któregoś z kuzynów, prawdopodobnie Evana…
— Co?! — O nie, tego było za wiele! Nagle opuściły mnie jakiekolwiek wyrzuty sumienia, a Bella chyba się tego domyśliła, bo znowu uśmiechnęła się z samozadowoleniem. Dobrze wiedziała, za które sznurki pociągnąć. —Przemądra Roweno, przecież to nasz brat wujeczny! Obrzydliwe!
— A myślisz, że coś ich to obchodziło? — drążyła temat. — Na szczęście zgarnął tą młódkę Averych, jak jej tam… Kojarzysz ją? Jest rok niżej od ciebie.
— O fu, zaręczyli go z czternastolatką?!
— Nieoficjalnie. Ale nie narzekaj, mi miał się dostać kuzyn Coriolanus, ale on też poleciał na ślicznotkę od Malfoyów.
— Przecież on jest w wieku wujka Aldena!
— Cudny, co? A do tego pije. Najbardziej lubię jak ciocia Elizabeth stara się to ukryć: „Ach nie, skąd! Cory miał ciężki dzień w Ministerstwie!“ — zapiszczała słodko, a zaraz potem zmieniła wyraz twarzy na zacięty i warknęła przez zęby: 
— „Cory, odłóż tę butelkę, ja cię ostrzegam! Będziesz spał na strychu z tymi swoimi przeklętymi dogami!“
Zachichotałam w poduszkę.
— Zawsze wiedziałam, że powinnaś być aktorką.
— Prawda? Ale nie zostanę.
— Taka dola arystokracji. — Uniosłam rękę do czoła w teatralnym geście tragicznej kontemplacji.
— A ja pieprzę taką arystokrację! Nie chcę być czyjąś żoną! — Bella usiadła i walnęła pięścią w materac. — Chcę być bogata! Chcę rządzić. Chcę być Ministrem!
— Bella! — Zaśmiałam się i też usiadłam. — Co w ciebie nagle wstąpiło? Kobiety nigdy nie były Ministrami… A przynajmniej o żadnej nie słyszałam. — Zaczęłam w myślach przetrząsać wszystkie znane mi fakty z zajęć z Historii magii.
— Bo Binns woli nawijać o goblinach i innych paskudztwach. — Bella się skrzywiła. — Sam wygląda jak goblin, do tego bardzo nieżywy.
Zachichotałam, ale zaraz potem znów poczułam, że winnam być tu głosem rozsądku.
— Przestań się boczyć, nie jesteś już dzieckiem. Nie zostaniesz Ministrem i miejmy nadzieję, że żadna z nas nie będzie musiała wychodzić za kuzynów. Coś, co musimy to po prostu jakoś przełknąć ten jutrzejszy bal i tyle.
— No, z tak negatywną postawą to na pewno nikt jeszcze Ministrem nie został — odburknęła, ale widziałam, że się uśmiecha.
— Och nie. Jakoś przeżyję ten zawód i brak makulatury do podpisywania.  Zresztą, i tak całkiem szybko pewnie wybiorą Dumbledore’a.
— Co roku im odmawia, raczej wątpię. 
Zamilkłyśmy na chwilę, więc uznając rozmowę za zakończoną położyłam się z powrotem i nakryłam kołdrą.
— Dobranoc, Bello.
— Aha.
Ale wiedziałam, że nie miała najmniejszego zamiaru spać, a przynajmniej jeszcze nie przez jakiś czas. Wymknęła się z powrotem do swojego pokoju, a ja nasłuchiwałam czujnie, bo po drodze wpadła na ojca. To dziwne. Zwykle o tej porze siedział w gabinecie. Wstałam i ukradkiem uchyliłam drzwi, podsłuchując. Ojciec stał przy otwartym oknie i nie zważając na mróz uparcie pykał swoją fajkę. Bella podeszła do niego i oparła się o parapet.
— Moja siostra wciąż mnie strofuje o tę fajkę — mruknął ojciec.
— To jej się nie dawaj.
— Łatwo ci powiedzieć. — Zawahał się chwilę i pogłaskał Bellatrix po policzku. Odsunęła się odruchowo, wzbraniając przed dotykiem. Zmieszał się wyraźnie i milczeli chwilę, stojąc tyłem do mnie.  
— Bellatrix. Jutro na przyjęciu chciałbym ci przedstawić kogoś ważnego — powiedział w końcu ojciec, a Bella parsknęła drwiąco. Moje serce znów zabiło szybciej. Więc mojej siostry wizja małżeństwa też miała nie ominąć.
— Zostanie moim mężem?
— Hm… Khm. Być może. — Zgasił fajkę i postukał nią o parapet, wysypując resztki tytoniu za okno.
— A co jak mi się nie spodoba? — Zadarła buńczucznie głowę.
— Małżeństwo nie jest zależne od upodobań, Bello. — Ojciec wytarł cybuch fajki o swoją piżamę i zamknął okno.
— I co? Ile ma lat? Jak się nazywa?
— Jutro, Bello.
— Ale-!
— Późno już. Powinnaś już dawno spać. 
— Nie jestem już dzieckiem!
— Jest północ — wyjaśnił cierpliwie i ruszył w stronę swojego pokoju. — Dobranoc.
— A co jak będę pełnoletnia? — zawołała za nim, a on się zatrzymał i westchnął głęboko. — To już za rok!
— Wtedy twój mąż…
— Będzie mnie zaciągał do łóżka?
— Bellatrix! — Po raz pierwszy od dawna w jego głosie usłyszałam taki gniew.
— Dobranoc, ojcze. — Odwróciła się na pięcie i chwilę potem usłyszałam trzask drzwi jej pokoju. 
Ale nawet we własnym łóżku Bella nie spała. Słyszałam przez ścianę jak przewraca się z boku na bok, niewątpliwie snując swoje wielkie plany. Ja też nie mogłam spać. Bella nawet nie zdawała sobie z tego sprawy, ale to właśnie ona zasiała we mnie pierwsze ziarno buntu, które już niedługo miało wydać pierwsze plony. 





*



[transkrypcja nagrania z dnia 11.02.1971]

[…]

I nie zachowałaś żadnych wspólnych zdjęć?

Nie.

Nawet tych z dzieciństwa?

Po co? Nie jesteśmy już dziećmi. 

Nie masz z nimi kontaktu?

Dzisiaj moja młodsza siostra kończy szesnaście lat, ale pamiętam o tym tylko z sentymentu.

Nie wysłałaś jej nic?

Wiem, że pali moje listy. Po prostu to wiem. Chciałabym, żeby tak nie było, ale przecież wraz z urodzeniem człowiek dostaje też wolną wolę, nie tylko tytuł arystokratyczny. Jeśli dokonała takiego wyboru, ja muszę go uszanować.

Dla niej tytuł jest wszystkim? 

Nie wiem. Teraz będzie miała okazję być na drzewie genealogicznym dwóch najbogatszych rodów w Anglii, na pewno nie jest nieszczęśliwa.

Myślisz, że wiedzą o twojej książce?

Mam nadzieję, że wiedzą.







Andromeda i Narcyza Black, 1966

13 komentarzy:

  1. Ach, ta końcówka jest taka lovely. <3 Nie wiem, czy dopisałaś ją później, czy wczoraj ją przegapiłam, ale bardzo mi się podoba. Klimaty z serii drama to moje klimaty. xD Relacje sióstr są bardzo ciekawe, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, jaki los je czeka. Generalnie opowiadanie zapowiada się pogodnie i beztrosko, ale wiem, że to w głównej mierze przykrywka. :P Drama = <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Borze zielony, widzę Bellatrix jako Ministra Magi na fotelu, z koroną na głowie i wydającą polecenia wszystkim wokół. Tak.
    Ten pozorny spokój i fluff to tylko pozory, tak? Nie wiem, czy się cieszyć, czy zacząć się martwić o Bellatrix. :P
    Ta końcówka jest mocno feelsowa, boli. To mi się podobało chyba najbardziej z całego rozdziału. Drama zawsze okay.
    A tak jeszcze wracając do poprzedniego komentarza, to Jessica Jones jest świetna, chociaż na końcówce troszkę się zawiodłam. Tak czy inaczej rozumiem twoją fazę <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fluff jest po to, żeby wszystkich zmylić hehe. Bella jako James Moriarty, taaaak, widzę to! Być może nagnę kanon jeszcze bardziej…? Tymczasem weszłam na wyższy szczebel choroby psychicznej – tworzę część drugą i ustalam soundtrack, który będzie się sukcesywnie pojawiał w linkach po lewej stronie. Hails!

      Usuń
  3. Blog został dodany do Katalogu Euforia.
    Pozdrawiam, Białko :>

    OdpowiedzUsuń
  4. Zapraszam : )
    http://katalogzwyobraznia.blogspot.com/
    http://kochamczytacblogi.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Cześć , dzięki za zgłoszenie do katalogu.
    Twoje opowiadanie znalazło się u nas.
    Etykieta " Wywiad " jest zamieszczona tylko dla wywiadów u jednej adminki z załogi.
    Pozdrawiam. : )

    http://kochamczytacblogi.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej! Szczerze mówiąc, jestem w lekkim odrętwieniu umysłu, oczywiście jest to spowodowane Twoją wstrząsającą opowieścią! W razie gdybyś zastanawiała się, czy to dobrze, czy nie, mówię od razu, że bardzo dobrze. Kurczę, szczerze mówiąc, to nie spotkałam się z takim opowiadaniem NIGDY. Brawa dla autorki! Jak blogosfera długa i szeroka, to statystycznie na każdy jej metr przyda jedno fanfiction HP. Także językiem piaskownicy mówiąc, dokonałaś jakiegoś przełomowego cudu! Jestem mega zaintrygowana Twoim tworem i mam nadzieję, że ten specyficzny nastrój opowiadania będzie się rozwijał. Na koniec dodam tylko, że drzewa geologiczne są genialnie wykonane, dobra robota! I jeszcze jedno, te stare fotki mnie trochę przerażają. :D

    PS. Może miałabyś ochotę wejść i przeczytać początek mojego nowego opowiadania? Mimo, że jest o całkiem odmiennej tematyce, to może jednak przypadnie Ci do gustu. Kath Lewis chce opowiedzieć Ci historię o samotności, biedzie, niełatwych wyborach i trudnej miłości pośród gruzów starej rzeczywistości. Zapraszam do zostawienia swojej opinii w komentarzu.

    Pozdrawiam Xx
    http://oczy-w-ogniu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, to bardzo miłe, dziękuję ci! :) Oczekuj nowego rozdziału wkrótce, mam nadzieję, że uda mi się utrzymać intrygujący klimat. Z miłą chęcią zajrzę do ciebie oczywiście.

      Usuń
  7. Powiem szczerze, że unikam HP jak ognia. Nie lubię tego, nie jestem też fanką magii i zaczynając czytać twojego bloga nie miałam pojęcia, że jest o tematyce HP. Pewnie dlatego w ogóle tutaj weszłam:D Ale jak już zaczęłam czytać to tak mi się jakoś spodobał twój styl, że nawet jak przeczytałam słowa "Syriusz" i "Hogwart" to postanowiłam doczytać. I przebrnęłam! Nie z trudem, a z przyjemnością. Co prawda niektórych rzeczy nie rozumiem, nie wiem kim jest główna bohaterka i czy była w tej prawdziwej wersji HP, ale to mi w niczym nie przeszkadza;D Spodobało mi się, naprawdę, a to wszystko to zasługa tego jak piszesz,w jakim stylu, jak kształtujesz swoje postacie i jak budujesz zdania. Widzę, że wkładasz w to masę pracy, albo wręcz przeciwnie - masz niebywały talent. Dla mnie ten rozdział bezsprzecznie wygrała ciotka. Śmieszy mnie i to bardzo;D Natomiast kwestia małżeństw z obowiązku, jest dla mnie przerażająca. Nie zdziwię się jeśli bohaterka teraz jednak odważy się na tą ucieczkę. Chyba, że ciekawość każe jej zostać i przekonać się kim ma być ten przyszły mąż. Ja bym chyba zobaczyła, oceniła, a potem zwiała;D

    Pozdrawiam i życzę dużo weny, bo dryg już masz! ;)
    A w wolnej chwili zapraszam też do siebie;)

    sila-jest-we-mnie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za ciepłe słowa, cieszę się, że pomimo awersji do HP jednak opowiadanie cię wciągnęło :) Andromeda Tonks (de domo Black), główna bohaterka, to siostra Bellatrix i Narcyzy, Narcyza potem została żoną Lucjusza i matką Dracona. Postaci są jak najbardziej kanoniczne, tak samo Walburga Black, matka Syriusza i Regulusa. Wprowadziłam tylko kilku krewnych z czystokrwistych rodzin, którzy są postaciami oryginalnymi, będzie ich się trochę pojawiać, ale mam nadzieję, że wejdą gładko do fabuły i bez zgrzytów :) Niedługo wstawię 2 rozdział, także bądź czujna ;)

      Pozdrawiam i dziękuję,
      O.

      Usuń
  8. Zastanawiam się czy umieszczenie Andromedy w Rawenclow to zabieg celowy czy przypadek. W końcu należała do Slytherinu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Celowy. Szczerze mówiąc w niektórych miejscach gwiżdżę na kanon, siódmy tom należy do części, które właściwie radośnie ignoruję.

      Usuń
    2. Końcówka mnie zaskoczyła i zachwyciła! Dzięki czemuś takiemu nie jest nudno. Budujesz podwaliny pod charakter Belly. Przecież nie od tak została najwierniejszym sługą Voldemorta. Musiała mieć jakieś powody.

      Usuń