Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

10 kwi 2016

Rozdział X


A/N: Rozdział jest długi i właściwie istnieje szansa, że osoby o słabych nerwach nie powinny go czytać… Starałam się specjalnie dla Was, bo wyjeżdżam w następny weekend, więc nowości nie oczekujcie zbyt szybko. Ale obiecuję nie zaniedbywać bloga zbyt długo! Tak. To tyle. I nie bijcie, proszę… Kłaniam się.

O.



Tom Riddle, circa 1946


Nie wróciłam do domu na resztę wakacji. Pomiędzy mną i wujkiem Aldenem powstała niespisana umowa — dopóki nie napomykałam o powrocie, on również nie poruszał tematu. Przestraszyłam się też tego, co opowiedział mi o Tomie Riddle’u i wszystkich ludziach, którzy należeli do jego wizji nowego „państwa czarodziejskiego“.  Nie mogłam teraz ot tak wrócić i znosić ciotki Walburgi, więc odwlekałam powrót do Londynu tak długo, jak mogłam. Nie byłam w stanie zaakceptować tego, że Bella i Narcyza upodobały sobie mężczyzn, którzy najwyraźniej popierali nowy „czystokrwisty“ reżim obiema rękami i nogami. Cała historia o piętnastolatkach, którzy umieli rzucać Niewybaczalne aż za bardzo przypominała mi o Lestrange’u i tym biednym chłopaku, którego podobno zabił. I chociaż nie byłam już teraz pewna, czy powinnam ufać jakiejkolwiek informacji z ust Augustusa Rookwooda, coś mi mówiło, że niefortunny koniec Harpera Lennoxa wcale nie był wyssaną z palca plotką.
Wujek Alden nie wracał jednak więcej do tematu planowanego przez Riddle’a zamachu na rząd, bo i też sam chyba do końca w te plotki nie wierzył, a ja również nie bardzo chciałam o tym rozmawiać. Przerażało mnie to, bo pachniało aż za mocno wojną i rewolucją — dwiema rzeczami, które jak dotąd znałam tylko z nudnych zajęć z historii magii. Obydwoje z wujkiem Aldenem mieliśmy chyba nadzieję, że jego ponure przeczucia są właśnie tylko tym — ponurymi przeczuciami.
Nie chciałam wracać do rzeczywistości. Nieco wilgotne, słone i pachnące jodem powietrze Dorset działało zbawiennie na moje nerwy. Po dwóch dniach zapomniałam o krzykach ciotki, po tygodniu udało mi się całkowicie wyciszyć. Nigdy nie sądziłam, że życie może być tak pozbawione nerwów, nakazów i krzyków. Wujek Alden zabierał mnie na długie piesze wycieczki po klifach, a przebrani w mugolskie stroje, których miał w przepastnej szafie zaskakująco dużo, zwiedzaliśmy West Bay. Nie było w nim oczywiście za dużo do zwiedzania, ale ja byłam zafascynowana każdym mugolem, którego zobaczyłam — do tego stopnia, że pierwszego dnia wujek musiał mnie niemal ciągle strofować, żebym przestała się gapić.
— Zachowujesz się jak dzikuska — burczał wtedy, a ja naprawdę starałam się zachowywać, jak trzeba.
Niestety nie bardzo mi to wychodziło. Interesowało mnie absolutnie wszystko — mugolskie funty i pensy, maszyny do lodów, telefony, kolorowe stroje, szerokie spodnie z dziwnego niebieskiego materiału, elektryczność, długie włosy i brody u mężczyzn, które bynajmniej nie stanowiły o wieku, a były wyrazem nowej mugolskiej mody, którą dotąd znałam tylko z gazet. 
Pewnego dnia oszalałam dla tego nowego świata kompletnie. Koło południa na deptaku złapał nas deszcz. Usiedliśmy więc w malutkiej lodziarni, czekając, aż się rozpogodzi i wtedy w oko wpadła mi maszyna grająca. Błyszcząca, wielka i świecąca kolorowymi lampkami wydawała mi się czymś kompletnie nie z tej ziemi. Oczywiście znałam gramofony, w domu mieliśmy kilka staroświeckich egzemplarzy, ale nigdy nie widziałam czegoś takiego. Czarodzieje preferowali muzykę na żywo, a to było coś zupełnie nowego. Od tamtej pory przychodziłam do lodziarni co najmniej raz dziennie i z nieustającą fascynacją zmieniałam płyty, odkrywając nowe utwory. Przychodziłam sama, bo wujek Alden nie przywiązywał zbyt wielkiej wagi do tego, co młoda dama szlachetnego pochodzenia powinna, a czego nie. Sam uznał, że nie jestem na tyle głupia, by się zgubić, a poza tym potrzebował dziennie kilka godzin dla siebie, które przeznaczał na pisanie.
W pełni korzystałam z nowego przywileju swobody. Takiego życia i takiej muzyki jeszcze nie znałam. Skrupulatnie zapisywałam w dzienniku nazwy mugolskich zespołów, a każdy brzmiał dla mnie jak dźwięczny gong rewolucji: Bee Gees, Abba, Roy Orbinson, Elvis Presley, Janis Joplin, Nancy Sinatra, Electric Light Orchestra — wszyscy natychmiast stali się moimi nowymi przyjaciółmi i zapragnęłam uzbierać własną kolekcję płyt. Kiedyś. Prawdopodobnie w tajemnicy, tak jak chowałam przed światem moje magazyny Vogue i wszystkie inne skarby. Szczególnie upodobałam sobie piosenkę „Sunshine Superman“, której szybko nauczyłam się na pamięć i nuciłam do znudzenia, dopóki wujek Alden nie kazał mi się „Do jasnej cholery przymknąć, albo zacznę rzucać Jungiem!“ I tak wiedziałam, że by nie rzucił. Freudem może, ale nie Jungiem — byłam świadoma tego, jak cenił sobie jego teorię poetyki snów.
W West Bay było mi zwyczajnie błogo. Po jakimś czasie zrobiliśmy z tego całego „wychodzenia na miasto“ zabawę i zaczęliśmy się przebierać w coraz dziwniejsze mugolskie ubrania — aż nie byłam w stanie policzyć ilości szalonych kreacji, które wujek Alden przez lata zebrał w swojej ogromnej szafie. Stwarzaliśmy coraz bardziej fantazyjne kreacje i pragnę tu zaznaczyć, Drogi Czytelniku, że obecność w życiu piętnastolatki wujka, który przystaje na wszystkie tego typu głupiutkie zabawy jest niezwykle wręcz istotna. 
Mieszkańcy West Bay nigdy jeszcze chyba nie widzieli podobnych dziwolągów — skarpetki wystające z butów, spodnie zakładane na kolejne spodnie, sukienki na bluzy, prochowce, kowbojskie kapelusze, meloniki i niekończące się ilości pstrokatych szalików.  Nauczyłam się, że życie może być całkiem zabawne, jeśli tylko znajdzie się odpowiednie osoby, z którymi można ignorować głupie konwenanse. Szafa wujka Aldena była istotnie pełna skarbów, chociaż on za nic nie przyznawał się, skąd ma tyle rzeczy.
Wyjaśniło się to dopiero pewnego wieczora. Gdy grzebałam w jego bogatym księgozbiorze, nagle przyniósł do kuchni małą, lśniącą walizkę. Z początku myślałam, że to jego maszyna do pisania, ale szybko okazało się, że coś znacznie lepszego. Uprzątnął, to jest — zrzucił na podłogę, niezliczone ilości walających się po stole papierzysk i otworzył tajemniczą skrzynkę.
— Większość z tych rzeczy uszyłem sam. — Spojrzał na mnie badawczo, a ja błyskawicznie zamknęłam książkę i zainteresowałam się imponującą czarną maszyną do szycia — bardzo podobną do Singera, którego znalazłam w pokoju mamy.
— Skoro już i tak położyłaś lepkie rączki na mojej starej maszynie, logicznym byłoby cię chyba nauczyć, jak z niej korzystać. — Uśmiechnął się krzywo i przysunął sobie krzesło.
Na początku wydawało mi się to czarną magią, a nawet czymś jeszcze bardziej skomplikowanym. Magia towarzyszyła mi właściwie od początku życia, a to… Prace manualne to nieznane mi zjawisko — zwłaszcza, że maszyna była elektryczna i wujek musiał poświęcić chyba godzinę, żeby mi wyjaśnić tajniki działania współczesnej mugolskiej techniki. Sama byłam ciekawa, skąd on to wszystko wie, bo teoretycznie powinien być przecież „godnym reprezentantem rodu“. Pozostawiłam jednak ten fakt bez wyjaśnienia. Jeśli chciałby mi o tym opowiedzieć, to przecież by powiedział.
Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy przyszyłam własny rękaw do zszywanego materiału i zacięłam się w palce wielkimi nożycami krawieckimi. Wujek Alden, mimo mojego całkowitego braku talentu, cierpliwie uczył mnie wszystkiego, co wiedział o szyciu, a wiedział całkiem sporo. Z początku wydało mi się to nieco dziwne, że mężczyzna zajmuje się czymś takim, ale gdy sama jako kobieta okazałam się naprawdę mało pojętną uczennicą krawiectwa… Przestałam się skupiać na stereotypach. 
Pomijając mały incydent, gdy nieomal byłabym przeszyła własną rękę zamiast tego, co tworzyłam — i co w efekcie finalnym miało być spódnicą — szło mi wcale nieźle. Po kilku dniach pojęłam technikę cięcia materiału, po tygodniu umiałam już samodzielnie zszywać. Reszta była kwestią praktyki, jak sam stwierdził wujek Alden, wręczając mi niepotrzebne mu stosy ciuchów, na których miałam ćwiczyć. 
Szycie nie było tylko i wyłącznie nowym zajęciem. Stało się moją własną formą buntu przeciwko temu, czym wszyscy chcieli, żebym za jakiś czas się stała — śliczną laleczką z porcelany, która nie mówi, nie myśli i co rok wyrzuca z siebie czystokrwistych następców fortuny równie czystokrwistego męża. Szycie na mugolskiej maszynie to już w ogóle zajęcie, przez które, gdybym została złapana, mogłabym wpaść w domu w poważne kłopoty. Używanie mugolskich wynalazków to według ojca i ciotki czyn niemal karalny. Mój Singer był staroświecki i nie używał prądu, więc na szczęście będę mogła ćwiczyć na nim w szkole. Do tego czasu musiałam go dobrze ukryć. Gdy rozstawałam się z wujkiem pod koniec sierpnia, obiecałam sobie, że nie spocznę, dopóki nie zostanę mistrzynią krawiectwa.
Kiedy stałam przy kominku z moją torbą, właściwie nie umieliśmy znaleźć odpowiednich słów. Wiedziałam, że zobaczę go w październiku na tym nieszczęsnym balu u Rookwoodów, więc nie rozstawaliśmy się na dłużej. Poza tym nie umiałabym nawet do końca opisać, jak wiele znaczył dla mnie ten pobyt w West Bay. Teraz czułam się jak podwórkowy pies spuszczony ze smyczy, który znowu musi wrócić do budy.
— Zachowuj się, moja mała. — Wujek Alden mrugnął do mnie łobuzersko i wrzucił w płomienie kominka garść proszku Fiuu. Uznałam zatem, że dalsze pożegnania byłyby zbędne.
Domownicy zareagowali na mój powrót z dość umiarkowanym entuzjazmem. Właściwie zachowywali się tak, jakbym nigdy nie wyjechała. Nie było to do końca niekomfortowe rozwiązanie. Z ulgą zanotowałam również brak ciotki Walburgi — najwyraźniej w końcu poczuła się w obowiązku zadbać o swoje własne dzieci.
Obiad i kolację zjadłam tylko z siostrami. Na początku nie zamieniłyśmy ani słowa, chociaż Narcyza ośmieliła się przy drugim daniu i z braku innych tematów zaczęła mi opowiadać o swoim pobycie we Francji. Bella jednak zaraz okazała na to pełnię znudzenia, więc Cyzia zaraz się obraziła i zamilkłyśmy już kompletnie. Gdy chciałam im opowiedzieć o moich wakacjach w West Bay, zorientowałam się zaraz, że właściwie nie mogłam. Znałam ich poglądy na temat mugoli, mugolskiej techniki, strojów… Nie chciałam też za bardzo dzielić się tym, czym podzielił się ze mną wujek Alden i to głównie dlatego, że po pierwsze Narcyza i tak nic z tego by nie zrozumiała, a w każdym wypadku i tak ślepo poszłaby za Malfoyem, który — tego byłam pewna — musiał być w to zamieszany przez bezpośredni związek swojego ojca z Tomem. Poza tym Bellatrix wplątała się w romans z Rudolfusem, którego ojciec to najlepszy kumpel Riddle’a. Jeśli zakochała się w takim człowieku… To chyba wiedziała, w co się pakuje? W głębi duszy byłam więc świadoma faktu, że w każdym wypadku i tak poparłyby tego całego Toma Riddle’a i przerażało mnie to, że właściwie ostatecznie już się od siebie oddaliłyśmy. Jak to się stało? Dlaczego nie mogłyśmy jakoś tego zatrzymać?
Z drugiej strony nie chciałabym wyznawać tych zasad, co one. Pomimo więzi, jaką czułam z Bellą, jej radykalne poglądy co do mugoli i czystości krwi to nie była tylko otoczka na pokaz, pod którą krył się buntowniczy lekkoduch. To wszystko działało raczej na odwrót — jej szalone wybryki to rozpaczliwe wołania ego, które nie chciało dać się zamknąć w złotej klatce. Tyle tylko, że w ogólnym podsumowaniu klatka była dla niej zbyt wygodna, by się z niej wynosić. Co do Narcyzy — nigdy nie byłyśmy szczególnie blisko. Być może przez moją skrytą naturę, być może przez psychiczną władzę, jaką sprawowała nad nią ciotka Walburga. W każdym wypadku, nie miałam jak się z nimi tym wszystkim podzielić, bo nie miałoby to nawet najmniejszego sensu. Milczałam więc i po jedzeniu poszłam od razu do siebie.
Gdy pakowałam szkolny kufer, dokładnie zabezpieczając wszystkie zgromadzone w tajemnicy skarby, usłyszałam pukanie do drzwi. 
— Kto tam? — zapiszczałam cienko i zamknęłam gwałtownie wieko.
Gdy się obróciłam się, ze zdumieniem zauważyłam stojącą w drzwiach Bellę.
— Mogę wejść? — zapytała.
No tak. Zachowanie typowe dla Bellatrix. Gdy już myślisz, że cię zignorowała i na zawsze pozbawiła światła swoich względów, zarzucała z powrotem sieć pod pozorem skruchy, którą pokazywała tylko na tyle, by być wiarygodną. Zamknęła za sobą drzwi i usiadła na moim łóżku. Wyglądała na głęboko zawstydzoną, choć równie dobrze mogła być po prostu niewyspana. Sińce pod oczami odznaczały się wyraźnie na jej bladej twarzy, a wzrok był błędny.
— Wiem, że się od siebie oddaliłyśmy, młodsza siostrzyczko. — Ściągnęła usta i zaczęła się bawić kosmykiem czarnych włosów.
— Byłaś zajęta. Rudolfus chciał cię tylko dla siebie, ja też miałam swoje sprawy — powiedziałam chytrze, wyczekując, czy się przyzna, do kogo pisała te wszystkie listy.
Niestety nie złapała przynęty i dodała, kompletnie ignorując moją wypowiedź:
— Zdarzają się czasem takie rzeczy, które po prostu są… Ważniejsze. Rozumiesz?
Ponownie wzruszyłam ramionami, mistrzowsko udając całkowitą obojętność.  Jeśli uznawała Rudolfusa za ważniejszego od własnej siostry, to ja już zupełnie nie musiałam czuć się winna, że coś przed nią ukrywam. Bellatrix odwróciła się do mnie, świdrując ciemnymi, wielkimi oczami. Wyglądała jakby opiła się kawy i zaprawiła to alkoholem. Tak obłąkanego spojrzenia jeszcze u niej nie widziałam. Złapała mnie za ramiona i powiedziała bardzo powoli, jakby rozmawiała z osobą niedorozwiniętą:
— Jest pewien czarodziej, Andromedo, pewien bardzo, bardzo potężny czarodziej… Nawet nie jesteś w stanie pojąć tego, o czym z nim rozmawiałam. To są sprawy, o których dotąd w ogóle nie miałam pojęcia, a teraz zachodzę w głowę, jak mogłam być taką ignorantką!
— Tak, wiem, że sprawy z Rudolfusem zaszły już dość daleko… — odparłam sceptycznie, ale Bella zaraz mi przerwała:
— Jaki Rudolfus, przestań! — Rozejrzała się, jak gdyby szukając po pokoju wścibskich uszu, które mogłyby podsłuchiwać. 
Zamrugałam kilka razy, zastanawiając się, czy przypadkiem nie podebrała jakiejś whisky z sekretnego składziku Rogera schowanego za portretem Phineasa Nigellusa Blacka.
— Andromedo. Musisz chyba wiedzieć, że coś się szykuje! Krążą plotki, piszą o tym w „Proroku“… Nie wprost, oczywiście, nie, to byłoby zbyt nierozsądne, za wiele jest ludzi, którzy nie mają zielonego pojęcia o tym, co powinni w tej sytuacji zrobić, nie… — Wstała i zaczęła krążyć po pokoju.
— Bella? — Jej dziwaczne zachowanie zaczynało mnie niepokoić.
— On jest tak bardzo potężny, Andromedo. — Odwróciła się do mnie i pokręciła głową, na chwilę tracąc obłęd w oczach i patrząc na mnie prawie że przytomnie. — Potężniejszy, niż jesteś w stanie sobie wyobrazić. — Podeszła do mnie bardzo blisko i ukucnęła przy moich nogach. Patrzyła na mnie tak, jakby właśnie miała mi się zamiar wyspowiadać ze wszystkich niecnych uczynków. — To z nim pisałam przez ten cały czas. Andromedo, koniecznie musisz go poznać! Och, tego się nawet nie da opisać, on-…! — Znów się poderwała i zaczęła krążyć między biurkiem a drzwiami.
— Andromedo, musisz mi obiecać, że pójdziesz go poznać razem ze mną! Na razie jesteś jeszcze za młoda, żeby oficjalnie dołączyć, to zrozumiałe, że nie przyjmuje w swoje szeregi tak młodych ludzi, to byłoby nierozsądne, a przecież-…
— Gdzie pójdę? Bella, mówże jaśniej, zachowujesz się jak lunatyczka! — Dopytywałam się, czując coraz większy strach. Przy kolacji jeszcze się tak nie zachowywała, a teraz miałam wrażenie, że ktoś dosypał jej czegoś do narkotyków.
— Poznać go! — Oczy jej zamigotały i uśmiechnęła się szeroko. — Sama zobaczysz, otworzy ci oczy, jeszcze nigdy nie widziałam takiej charyzmy, z jego każdego słowa aż bije… Potęga!
— I piszesz listy do jakiegoś tajemniczego faceta, którego nawet nie-…
Nie dała mi skończyć. To najwyraźniej miał być monolog:
— Rudolfus mi o nim opowiedział, powiedział, że rozmawiał z nim o mnie!  On zna go osobiście, ma nas sobie przedstawić u Rookwoodów, oczywiście, że ON też jest zaproszony do Rookwoodów, przecież zna Haskella jeszcze ze szkoły… — Paplała bez ładu i składu, a ja miałam coraz gorsze przeczucia. To chyba nie mógł być…? Chyba nie mogła mówić o nim?
Nagle przestała krążyć, zrobiła dramatyczny piruet i odwróciła się do mnie:
— Wyobrażasz to sobie? Rudolfus powiedział, że pozna mnie z samym Tomem Riddle’em!
Czułam, że ściany pokoju zaczynają wokół mnie wirować.
— Nie… — Sapnęłam ciężko.
— Ależ tak! — Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, teraz przypominając diabolicznego klauna. Usiadła znów przy mnie i objęła mnie tak mocno, że wycisnęła cały oddech z moich płuc.
— Zobaczysz, czekają nas zmiany! Cały świat wkrótce się zmieni. Poczekaj jeszcze trochę, gdy tylko go poznasz… Mówię poważnie — nic już nie będzie takie samo!
O tak. W to nie wątpiłam ani trochę.

*

Na nic się zdały długie rozmowy i przekonywania Belli, że Tom Riddle to bardzo zły człowiek, który dąży do rewolucji dla własnych zysków. Każde moje słowo działało na nią zupełnie opacznie. Nie mogłam też zbyt długo jej przekonywać, bo momentalnie wpadała w gniew. Zachowywała się jak fanatyczka, a ja traciłam do niej cierpliwość. 
Rozpaczliwą sowę do wujka Aldena udało mi się wysłać dopiero ze szkolnej sowiarni. Nie miałam do kogo się zwrócić, a czułam, że ktoś powinien o wszystkim wiedzieć. Teraz przynajmniej nie tkwiłam w tym sama. Paradoksalnie w szkole miałam już coraz mniej czasu na to, by myśleć o nauce. Wysłałam do „Proroka Codziennego“ formularz z wnioskiem o prenumeratę i od września zaczęłam przeznaczać część kieszonkowego na codzienną prasę. Nigdy wcześniej nie interesowałam się polityką, a teraz analizowałam gazetę bardziej wnikliwie, niż jakiekolwiek tablice numerologiczne czy wykresy z transmutacji. Szukałam śladów Riddle’a, o których wspominała Bella i szybko zaczęłam zauważać powtarzające się motywy: tajemnicze zaginięcia mugoli, zamachy na szefów pomniejszych departamentów Ministerstwa Magii, niebezpieczne wędrówki górskich olbrzymów, których osady teraz z miesiąca na miesiąc przenosiły się coraz bliżej ludzi oraz irracjonalny prospekt zwiększenia liczby dementorów w Azkabanie.
Prawdziwe wyzwanie czekało mnie jednak w październiku i gdy owej feralnej soboty ojciec stawił się w gabinecie wicedyrektor McGonagall, by nas odebrać, nigdy w życiu jeszcze nie czułam takiego niepokoju przed jakimkolwiek przyjęciem. Nie miałam jednak wyjścia. Musiałam stawić czoła wielkiej imprezie, na którą, jak się zdaje, zostali zaproszeni absolutnie wszyscy — łącznie z samym diabłem.
— Nie jestem pewna, dlaczego właściwie wasz ojciec sądzi, iż jestem w obowiązku dawać wam dyspensę na ten wieczór… Jest to wbrew co najmniej szesnastu szkolnym regułom! — Surowa profesor transmutacji spojrzała z dezaprobatą na nasze wyjściowe sukienki, gdy wszystkie trzy ustawiłyśmy się grzecznie w rządku przed kominkiem, gotowe przejść za ojcem przez sieć Fiuu. 
Bella wyglądała, jakby chciała jej coś odpowiedzieć na tą tyradę, ale Narcyza zgromiła ją spojrzeniem, zanim sama stanęła w zielonych płomieniach i zniknęła. Zatem Bellatrix w końcu nie powiedziała nic i tylko złośliwy uśmieszek nie schodził z jej ust, gdy wpatrywała się przed siebie ze zmrużonymi wyzywająco oczami. Wiedziałyśmy, że ojciec swego czasu wpłacił na rzecz Hogwartu bardzo hojne… „stypendia“, co było powszechną praktyką wśród starych czarodziejskich rodów — utrzymanie sojuszników w każdym rogu ringu to cel nadrzędny. To pozostawiało Dumbledore’a z nieco związanymi rękami, jeśli chodzi o nas trzy. Wszak trudno jest odmówić człowiekowi, którego pieniądze już zdążyło się wydać na renowację całego piętra zamku.
Bellatrix weszła do kominka za Narcyzą i zniknęła w zielonych płomieniach, a ja popatrzyłam przepraszająco na profesor McGonagall i ustawiłam się sama przed tańczącym złowieszczo ogniem. Wzięłam głęboki oddech i sporą garść proszku Fiuu ze stojącego nieopodal szklanego naczynia, gdy nagle wicedyrektor odchrząknęła i powiedziała:
— Panno Black.
Podskoczyłam, prawie rozsypując proszek na dywan. Odwróciłam się do niej, starając się, by moja twarz przedstawiała sobą żywy obraz czystej niewinności.
— Tak, pani profesor?
Profesor McGonagall zdawała się nad czymś głęboko zastanawiać. Poznałam to po tym, jak mrużyła oczy i zaciskała usta nieco mniej, niż zwykle.
— Czy jest coś, o czym chciałabyś mi powiedzieć? — zapytała w końcu, a ja, całkowicie zbita z tropu tym pytaniem, z niewiadomych względów pokręciłam głową. 
— Nie, skąd. Dlaczego pani pyta? 
Wrzuciłam proszek Fiuu do kominka tak zamaszyście, że płomienie buchnęły w moją stronę z całą swoją mocą. Profesor McGonagall splotła dłonie za plecami i wyprostowała szyję, patrząc tak przenikliwie, że czułam, jakby jej chłodne spojrzenie przewiercało mnie na wylot. 
— Rookwood Hall, Wimbledon — powiedziałam głośno, patrząc jej prosto w oczy i ledwo się powstrzymując, by nie wybiec z kominka z powrotem.
Sieć Fiuu zabrała mnie już jednak do znajomej, imponującej biblioteki Rookwoodów.
— No co tak długo?! — Gdy tylko otrzepałam sukienkę z popiołu, Bella zaraz pociągnęła mnie za rękę do uchylonych drzwi. 
— Bella! — krzyknęłam, chcąc się wyrwać, ale ona zdawała się być kompletnie głucha na świat zewnętrzny.
Zza drzwi biblioteki dobiegały dźwięki orkiestry grającej modnego swinga. Śpiewający mężczyzna brzmiał zaskakująco podobnie do Tony’ego Bennetta, a znając już możliwości Georgiany Rookwood wcale nie byłabym zdumiona, gdyby okazało się, że to faktycznie on. Bennett to jeden z niewielu występujących u mugoli muzyk magicznego pochodzenia, którego akceptowała czarodziejska elita. Podejrzewam, że to głównie przez jego międzynarodową sławę.
Bellatrix wciągnęła mnie w tłum elegancko ubranych czarodziei i czarownic, choć „elegancko“ mogło tutaj być paskudnym niedopowiedzeniem. Wszyscy mieli na sobie najnowsze kolekcje najlepszych magicznych projektantów, damy powyciągały największe diamentowe kolie i diademy, mężczyźni nie szczędzili galeonów na oszałamiające fraki. Skoro rocznica ślubu była kryształowa, z niemal każdego sufitu zwieszały się imponujące żyrandole, ze ścian spływały kaskadami ozdobne malutkie kryształy, tworzące wymyślne wzory. Wszyscy pili szampana, a ja czułam się jak na karykaturalnie wystawnym przyjęciu u Gatsby’ego. Zewsząd otaczał mnie blichtr i szyk, nawet krążący po całej rezydencji przystojni kelnerzy wyglądali jak świeżo zdjęci z wybiegu modele Hugo Bossa. 
— Bella, gdzie mnie ciągniesz? — Przeciskałyśmy się przez tłum, a ona rozglądała się wokół, usilnie kogoś szukając. Domyślałam się kogo i szczerze mówiąc wcale nie spieszyłam się, by go spotkać. 
Zatrzymałyśmy się przed dużymi, podwójnymi drzwiami z lakierowanego ciemnego drewna, w które Bellatrix zapukała autorytarnie i nie czekając na odpowiedź nacisnęła ozdobną klamkę w kształcie gryfa. Teraz przestała już gnać jak oszalała gazela, jej krok stał się stanowczy i dumny. Weszłyśmy do utrzymanego w staroświeckiej atmosferze gabinetu. Przy ścianach stały regały pełne ksiąg wyglądających więcej, niż podejrzanie, w szklanych gablotkach znajdowały się artefakty, które w niczym nie przypominały standardowych przedmiotów, które większość mogłaby trzymać w domu. Gdzieś w rogu dostrzegłam Rękę Glorii, a skórzany abażur małej lampki podejrzanie nie przypominał mi skóry jakiegokolwiek bliżej rozpoznawalnego zwierzęcia. Prawie spodziewałam się zobaczyć na nim wytłoczoną swastykę albo symbol Grindelwalda.  
Na środku gabinetu stało ogromne biurko, o które teraz jedną ręką opierał się Abraxas Malfoy, w drugiej dłoni dzierżąc szklankę whisky z lodem. Za nim stał ogorzały nieogolony mężczyzna o dzikim spojrzeniu i z niedokładnie zawiązanym krawatem, który przypominał mi drapieżnika gotowego do ataku w każdej chwili. Przy wysokim suficie szybował przyciężki obłok dymu z cygar, a większość zebranych z lubością się nimi delektowała. Właściwie, co zauważyłam z pewną konsternacją, kiedy zamknęły się za nami drzwi gabinetu, obecni tu byli sami mężczyźni. I do tego wszystkie oczy natychmiast zwróciły się na nas. Czułam się trochę zaszczuta, a tymczasem Bella dumnym krokiem przeszła przez pokój, witając się kolejno z ojcem, krewnymi i wujkami — skrupulatnie ignorując Rudolfusa Lestrange’a, któremu wyraźnie się to nie spodobało, bo oczy aż mu zaiskrzyły z zazdrości. 
Gdy rozejrzałam się po zebranych, dostrzegłam wśród nich nazbyt wiele znajomych twarzy. W rogu, rozprawiając z Rabastanem Lestrange’em przyciszonym głosem, stał Cantankerus Nott — siwiejący, chudy mężczyzna o orlim nosie i wiecznie zaciśniętych ze złości ustach. Nieopodal zauważyłam grzebiącego przy barku jego syna, Coriolanusa Notta, który, co niedziwne, już się nieco chwiał na nogach. Był tam również młody Lucjusz Malfoy. Z usłużnym uśmiechem przymilał się do przystojnego, bardzo wysokiego mężczyzny o lodowatym spojrzeniu i rozczochranych ciemnych włosach. Zauważyłam w nim podobieństwo do braci Lestrange, więc domyśliłam się, że to musiał być ich ojciec, Duncan. Przy oknie stał Haskell Rookwood i wujek Alden, wyłamujący się z generalnego klubu palaczy cygar i zaciągający się swoimi ulubionymi papierosami. Gdy tylko mnie zobaczył, rzucił mi zaniepokojone spojrzenie, ale nie zrobił też nic ponad to. Niedaleko niego stał Michael Avery z ojcem, a kuzyn Evan, który nawet nie zaszczycił mnie najmniejszym skinięciem głowy, próbował zainteresować sobą Rudolfusa Lestrange’a. Nie miał żadnych szans, bo ten oczywiście zignorował go natychmiast, gdy tylko zobaczył Bellatrix. Nieopodal mojego ojca stał Augustus Rookwood, próbujący roztaczać wokół niego swój urok osobisty. Ja tymczasem stałam wciąż na środku, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, dopóki nie zauważyłam, że ojciec przywołuje mnie do siebie. Z ulgą usunęłam się z widoku i to w samą porę, by stać się świadkiem najdziwniejszej sceny, jaką dotąd widziałam:
— Ach. Oto jest i ona… — Gdzieś spod ściany rozległ się zimny głos, od którego aż przeszły mnie ciarki. — Piękna Bellatrix Black.
Nie zauważyłam go dotąd — być może to półmrok panujący w gabinecie, być może dym z cygar, a może on zwyczajnie nie chciał być widziany? Do Bellatrix przysunął się właśnie ktoś, kogo poznałam nawet bez konieczności przedstawiania i po kim w ogóle nie spodziewałabym się bycia mrocznym i potężnym, to jest — do momentu, gdy nie zobaczyłam jego twarzy. Kiedy wyszedł z cienia i lepiej mu się przyjrzałam, wrażenie było w każdym calu tak straszne, jak opisywał to wujek Alden. Jeśli nawet Tom Riddle był kiedyś przystojny, teraz mogłam jedynie doszukiwać się po tym śladów. Chociaż nie mógł mieć więcej niż czterdzieści lat, wyglądał starzej, a przynajmniej było w nim coś takiego, co sprawiało wrażenie przechodzenia przez straszliwą i wyniszczającą chorobę. 
Ciemne oczy wyglądały na jeszcze większe w zapadniętych oczodołach, a czarny garnitur, opinający jego szczupłą sylwetkę, nosił ślady wielu przeróbek — prawdopodobnie był wiele razy zmniejszany. Jedyne, co pozostało w nim z przystojnego młodego mężczyzny, którego opisywał wujek Alden, to włosy. Ciemne, falowane i opadające nieznacznie na oczy odwracały nieco uwagę od ogólnie upiornego wrażenia, jakie sprawiał.
— Jak miło mi cię w końcu poznać osobiście. — Tom Riddle mówił bardzo powoli, zupełnie jakby przemawiał do ciemnego ludu z jakiegoś podium. Z wdziękiem pocałował moją siostrę w rękę, ani na chwilę nie spuszczając z niej wzroku. Jego mina bynajmniej nie wskazywała na przyjemność, wyrażała raczej głód. Tak właśnie musiał wyglądać głodzony tygodniami wilk, który napotkał na swojej drodze baranka.
Bellatrix uśmiechnęła się oszczędnie, wytrzymując to spojrzenie i przyglądając mu się z przejmującą fascynacją. Tom nie wypuszczał jej szczupłej dłoni ze swojej — kościstej, bladej i przypominającej rękę Kostuchy. Zgromadzeni w gabinecie mężczyźni wciąż milczeli, słuchając w napięciu, czy Tom powie coś jeszcze. Nie powiedział. Na chwilę oderwał wzrok od mojej siostry i przeniósł swoją uwagę na mnie. Gdy tylko nasze oczy się spotkały, ze wszystkich sił starałam się nie pokazywać, jak bardzo się boję. Jeśli jeszcze miałam wątpliwości, że to, o czym rozmawiał ze mną wujek Alden, było fikcją, teraz nie miałam już żadnych. Oto rzeczywiście człowiek, który absolutnie mógł przejąć Ministerstwo Magii i przymusić wszystkich do porządku zaawansowaną czarną magią. Byłam tego pewna. Tak gwałtowna transformacja w wyglądzie nie zachodzi przecież samoistnie. Od razu zwietrzyłam działania magii krwi, której skutki dotąd mogłam oglądać tylko na rycinach w zakazanych książkach najczarniejszych odmętów biblioteki Blacków.
— Hmmm… — Riddle oblizał powoli usta. — Jest z nami i druga siostra. — Zbliżył się do mnie powolnym krokiem, a ja ostatkiem sił powstrzymałam się, by nie drżeć. Nagle zrobiło mi się bardzo zimno. Jego lodowaty głos był cichy, nie mógł być dużo głośniejszy, niż ton zwykłej konwersacji, a mimo to dudnił w moich uszach niczym największy dzwon katedry.
— Andromedo. — Stanął przede mną, a ja poczułam na ramieniu dłoń ojca. Na początku myślałam, że chce mnie chronić, ale potem zorientowałam się, że popycha mnie do przodu. Zszokowana i pozostawiona bez większego wyboru, wyciągnęłam do niego rękę, którą on ujął niespiesznie. 
— Jestem oczarowana — wymamrotałam niemal szeptem.
Jego ręce były jeszcze zimniejsze od moich, a spojrzenie, które mi posłał — pełne pogardy. Wtedy właśnie przypomniałam sobie o tym, o czym mówił wujek Alden i spanikowałam. Tom Riddle był doskonałym legilimentą. Tom Riddle nie tylko nie potrzebował do tego celu różdżki, ale i nie musiał się specjalnie wysilać. Przerażona wyszarpnęłam rękę i cofnęłam się o krok, pewna, że zna już moje wszystkie sekrety i najbardziej osobiste myśli, a to oznaczało, że nie tylko ja jestem w niebezpieczeństwie, ale i wujek Alden. Nie patrzyłam nawet w jego stronę, w obawie, że jeśli nawet Riddle nie zaczął grzebać w mojej głowie, teraz mógł się czegoś domyślić. Starałam się rozpaczliwie myśleć o czymkolwiek innym. W końcu niezręczne milczenie przerwał Augustus Rookwood, który ruszył w moją stronę i wziął mnie pod ramię.
— Wyglądasz blado, przyniosę ci coś do picia. 
— Nie dotykaj mnie! — Wyszarpnęłam się stanowczo i rozejrzałam z wyraźnym oburzeniem po twarzach mężczyzn zgromadzonych w gabinecie. 
Wszyscy nadal milczeli. Stali na swoich miejscach niczym terakotowa armia i byli albo zbyt zaskoczeni moją impertynencją, albo za bardzo bali się reagować bez aprobaty Riddle’a. Jak grupa dorosłych czarodziejów mogła w ogóle trząść się przed jednym facetem, który opanował trochę więcej sztuki magicznej, niż oni! Chyba, że bardzo chcieli należeć do jego obłąkanego kultu i bali się rozjuszyć swojego przywódcę…
— Mulciber. — Riddle uśmiechnął się lodowato, a Bellatrix posłała mi spojrzenie pełne absolutnego obrzydzenia. — Odprowadź panienkę Black z powrotem do sali. Wyraźnie nie czuje się najlepiej.
Stojący dotąd nieopodal drzwi barczysty mężczyzna z kędzierzawą czarną brodą ruszył natychmiast w moją stronę, ale ja pognałam w kierunku wyjścia zanim w ogóle ktokolwiek się do mnie zbliżył. Nie dbałam nawet o to, by zamknąć za sobą drzwi gabinetu. Przeciskałam się przez tłum gości, biegnąc w bliżej nieokreślonym kierunku, dopóki nie trafiłam na drzwi prowadzące do korytarzy dla służby. Przecisnęłam się przez nie możliwie jak najdyskretniej. Z oddali dobiegały mnie odgłosy głośnych rozkazów, przekleństw i trzaskania naczyniami. Musiałam się znaleźć niedaleko kuchni. Podkradłam się bliżej i właśnie w tym momencie prawie zderzyłam się z pokojówką niosącą stertę świeżo wykrochmalonych ręczników. Krzyknęła i byłaby prawie je wszystkie rozsypała, gdybym w porę nie ruszyła jej pomóc. Rozpoznałam w niej pokojówkę, która kilka tygodni temu podawała mi herbatę, gdy przyszłam odwiedzić Rookwoodów. Nie mogłam sobie przypomnieć jej imienia.
— Och, panienko! — krzyknęła. — Jest panienka bardzo zagubiona. Przyjęcie odbywa się tam! — Wskazała znajdujące się za mną drzwi. — Zaraz panienkę zaprowadzę, proszę pozwolić… — Była z jakiegoś powodu bardzo wystraszona, zupełnie jakbym miała wybuchnąć gniewem, że w ogóle śmie się do mnie odzywać. Zdziwiło mnie to i zaraz zaczęłam się zastanawiać, czy w ten sposób Georgiana Rookwood trzyma reżim wśród własnej służby — wzbudzając postrach.
— Nie. Nie, dziękuję, nie chcę tam wracać. Chcę się schować. — Pokręciłam głową ze zrezygnowaniem. Dziewczyna wyglądała tymczasem jakby wpadała w poważną panikę, a ja zorientowałam się, że nie mam prawa zrzucać na nią swoich problemów związanych z diabolicznym czarodziejem, który prawdopodobnie doprowadzi do zagłady mugoli i przejmie kontrolę nad całą magiczną Anglią. Co tam. Toż to żaden dramat.
— Panienko… — zaczęła znowu, a ja machnęłam ręką.
— Przepraszam. Pójdę już. — Odwróciłam się w kierunku drzwi, a dziewczyna pospieszyła, by otworzyć je przede mną. Zatrzymałam się, patrząc na nią z niedowierzaniem. Była taka młoda. Naprawdę nie mogła mieć więcej, niż siedemnaście lat. Dlaczego otwierała przede mną drzwi i co różniło mnie od niej na tyle, że to ona musiała to robić, a nie ja?
— Dziękuję — powiedziałam szybko i wmieszałam się w tłum. 
Zgarnęłam z tacy przechodzącego kelnera lampkę szampana i krążyłam chwilę bez celu, popijając z niej raz po raz i nie wiedząc kompletnie, gdzie się podziać i co teraz robić. Nagle tuż przede mną, jak spod ziemi, wyrósł Augustus Rookwood. 
— Andromedo! — Podszedł do mnie natychmiast i zrobił ruch, jakby chciał mnie objąć, ale ja w porę się odsunęłam. Patrzyłam na niego gniewnie, a on przez chwilę stał jak osłupiały, zanim zrobił urażoną minę i zapytał z teatralnym zdumieniem:
— Co się stało? Czemu się ode mnie odsuwasz?
— Czemu cię to w ogóle dziwi? — Napatoczył się całkowicie przypadkowo, więc tak się złożyło, że zaczęłam wyładowywać całą złość na nim. — Jaki masz w tym interes, żeby się do mnie przysuwać?
— Interes? — Zamrugał, a ja prawie mu uwierzyłam, gdyby nie to, że gdy minęło mi już wcześniejsze zauroczenie i teraz zaczęłam zauważać, jak bardzo sztuczny jest cały jego sposób bycia. 
— Żegnaj. Mam nadzieję, że matka znajdzie ci odpowiednią żonę z dużo większą fortuną, niż moja. — Wcisnęłam mu do ręki mój kieliszek i uciekłam od niego tak szybko, jak mogłam. 
Początkowo rozżalona i wystraszona, teraz byłam pełna niewypowiedzianej wściekłości. Przepchnęłam się przez tłum, kierując się w stronę biblioteki i modląc się, by na kominku wciąż było trochę proszku Fiuu. Nie zamierzałam zostać tu ani chwili dłużej, a już z pewnością nie w obecności Toma Riddle’a, w którego szpony wpadła moja siostra, a własny ojciec ma zamiar w nie wepchnąć również mnie. Chciałam wrócić do Hogwartu i jak najszybciej zapomnieć o Rookwoodach i spotkaniu mrocznej sekty w gabinecie Haskella. Gdy wspięłam się po schodach najciszej jak można, po drodze mijając jakieś rozchichotane damy w imponujących sukniach prosto z Paryża i diamentowych naszyjnikach sięgających pępka, zobaczyłam, że drzwi biblioteki są uchylone. Zdziwiona podeszłam bliżej, ale powstrzymałam się przed ich otworzeniem, gdy usłyszałam dochodzący ze środka znajomy znienawidzony głos:
— … i jest to sytuacja absolutnie nie do pomyślenia! Cygnusie! Chyba nie każesz mi tego z siebie wyciągać, mów szybciej! Co tam się działo?
— Nie wiem, co jeszcze miałbym ci powiedzieć. Dziewczyna najwyraźniej nie wytrzymała presji, nigdy nie sądziłem, by mogła zostać jedną z jego ludzi… Ależ nie patrz tak na mnie, Walburgo, ma dopiero piętnaście lat! Jest jeszcze szansa.
Przysunęłam się do drzwi najciszej jak mogłam. W pogrążonej w półmroku bibliotece stała ciotka Walburga, a jedynym źródłem światła był dogasający kominek. Na kanapie przed nią siedział ojciec, wyprostowany jak struna. Gdy zaczął się niespokojnie rozglądać, przylgnęłam zaraz do ściany, teraz już tylko nasłuchując.
— Nie musi przecież brać czynnego udziału w jego kampanii, ale nader wszystko musi go przecież popierać! Jak inaczej mamy wygrać tę beznadziejną walkę? — Usłyszałam, ze ciotka opadła na kanapę, która jęknęła pod jej ciężarem. Czyżby właśnie rozmawiali o mnie? Nadstawiłam ucha.
— Nie wiem już sama — sapnęła ciotka. — Może to nawet i lepiej, że jest taka bezmyślna. W ogólnym politycznym rozrachunku pozostanie w miarę neutralna, gdyby miał się nią zainteresować kandydat niższej rangi.
— Nie mówisz chyba o…?
— Cygnusie, na Salazara, nie wiem już naprawdę, komu mogłabym z czystym sumieniem wepchnąć tę krnąbrną dziewuchę! 
Ojciec zdawał się w ogóle nie zważać na jej słowa, w ogóle mnie nie bronił i jedyne, na co było go stać, to pełne rezygnacji westchnięcia. Poczułam się zdradzona w całej linii.
— Jeśli trzeba będzie się do tego uciec, być może skorzystamy z propozycji drogiego Toma… — ciągnęła swój wywód ciotka. — Mówił, że Dołohow trzyma w garści którą część Rosyjskiej Federacji Magicznej…? — zapytała słodko.
— Walburgo, to bez sensu, nie uciekajmy się do środków ostatecznych, jeszcze jest czas, dziewczyna ma posag i pozycję społeczną! — próbował się wtrącić ojciec, a ja czułam, że coraz bardziej wzmaga się we mnie gniew. Czy właśnie rozprawiali o tym, jak najlepiej mnie sprzedać?!
— No, nie na długo! Po tym jej wystąpieniu nie byłabym już nawet zdumiona, gdyby drogi Tom w ogóle wycofał się z poparcia dla naszej rodziny!
— A czy to przypadkiem nie my dajemy mu wsparcie finansowe?
— Czepiasz się szczegółów! — warknęła, a ja przysunęłam się bliżej, znów zaglądając ukradkiem do biblioteki.
— Właściwie to mi przypomina, że przecież… — W tej właśnie sekundzie, jednym szybkim ruchem, o który w życiu nie podejrzewałabym kogoś o jej gabarytach, wyciągnęła z falban czarnej sukni różdżkę i wycelowała nią w mojego ojca. Zanim w ogóle zdążył coś zrobić, powiedziała nonszalancko:
Imperio!
Cofnęłam się o krok i zasłoniłam usta obiema rękami, by nie krzyknąć. Na szczęście cały korytarz przy schodach pogrążony był w mroku, więc nie miała szans mnie zauważyć. A nawet jeśli — była zbyt zajęta tym, co teraz wyprawiała.
— Tak właśnie sądziłam, że zaklęcie nieco wywietrzało… — mruknęła pod nosem. — I skoro mowa już o wsparciu finansowym, pamiętasz chyba o mojej miesięcznej pensji?
— Pamiętam — powiedział ojciec tępo, nagle uśmiechając się łagodnie. Prawie spodziewałam się po nim merdania ogonem.
— Naprawdę nie wiem, czemu muszę się uciekać do takich środków, Cygnusie, ale skoro już od tylu lat tak dobrze idzie nam cała ta zabawa, po co przerywać teraz? — Westchnęła z samozadowoleniem i usadowiła się wygodniej na kanapie. — Dość mam tej jałowej dyskusji, więc słuchaj uważnie: Andromeda nie wyjdzie za Augustusa Rookwooda, bo nie pozwolę, żeby ta mała dziwka miała wygodniejsze życie ode mnie. Masz ją oddać temu zidiociałemu Ruskowi i nie obchodzi mnie, co będzie z nią wyrabiał, bylebym miała ją z głowy, czy wyrażam się jasno? — Nagle jej głos zmienił się w pełne wrogości warczenie, a ja czułam, że serce bije mi tak mocno, że za chwilę chyba wyskoczy mi z piersi.
— Tak.
— Z większym szacunkiem, proszę.
— Oczywiście, Walburgo — powiedział obojętnie ojciec.
— Świetnie. Co do jej posagu… Odpuść sobie. Drugą część oddaj Bellatrix, pewnie Rudolfus niedługo się oświadczy. Albo lepiej — daj go mi. Tak. Bellatrix już i tak jest ustawiona, drogi Tom był nią zachwycony! Kochany braciszku, nie rób takiej miny, śmiem twierdzić, że dwie udane córki z trzech to w ogólnym podsumowaniu całkiem niezły wynik. No! A teraz pamiętaj, zachowuj się jak gdyby nigdy nic! Powtórzymy naszą sesję jak zwykle za tydzień. — Schowała różdżkę i poklepała ojca po policzku. — I zejdź mi już z oczu, muszę pomówić z drogą Rochelle. 
Z trudem udało mi się usunąć w cień, gdy usłyszałam jej ociężałe kroki. Wcisnęłam się tak daleko w ciemny korytarz, jak tylko mogłam, nadal trzymając obie ręce na ustach, by nie usłyszała nawet mojego przyspieszonego oddechu. Zeszła z trudem po schodach, a chwilę później zobaczyłam, jak z biblioteki wychodzi również ojciec, patrząc przed siebie nieco nieprzytomnym wzrokiem. Czy to dlatego nigdy z nami nie przebywał? Czy to była cała tajemnica jego wiecznego roztargnienia? Ile pieniędzy ukradła mu już jego zazdrosna siostra i czy pozbyła się też mojej matki, by utorować sobie drogę do spadku?
Cała spocona wślizgnęłam się do biblioteki, gdy tylko obydwoje zniknęli mi z oczu. Spanikowana wrzuciłam do dogasającego kominka garść proszku Fiuu, modląc się, by płomienie jeszcze na chwilę zadziałały. Gdy tylko szmaragdowy ogień roztańczył się w kominku na nowo, weszłam do niego czym prędzej, niemal krzycząc nazwę jedynego miejsca, które teraz wydawało mi się jedyną bezpieczną przystanią:
— Hogwart, gabinet profesor McGonagall!
Muszę przyznać, że nie przemyślałam tego do końca, bo gdy niemal zaryłam zębami w dywan przed kominkiem profesor transmutacji, przestraszona nauczycielka aż zrzuciła z biurka wszystkie klasówki, które poprawiała. Spojrzała na mnie zszokowana, a ja wcale jej się nie dziwiłam. Musiałam wyglądać jak siedem nieszczęść.
— Panno Black! — wykrzyknęła, podsuwając z powrotem na miejsce prostokątne okulary. — Dlaczego… Czy…? Nie spodziewałam się… Na Merlina, usiądź! Wyglądasz jakbyś zobaczyła bogina! — Zaraz poderwała się z fotela i podsunęła mi krzesło, na które osunęłam się bez życia. Wpatrywała się we mnie badawczo, aż w końcu ja odezwałam się pierwsza, głosem martwym niczym echo ze studni:
— Jest coś, o czym musimy porozmawiać. Natychmiast.








Koniec tomu pierwszego

5 komentarzy:

  1. Nooo! <3 Lovely, ja i moje psychozy jesteśmy zachwycone obrotem sytuacji. Riddle taki śliski, Bella taka opętana, a Walburga taka zła, że samemu diabłu mogłaby widły ukraść [i wsadzić]. Jak dla mnie to impreza przednia. Ciekawe czy ojczulka jeszcze uda się wyciągnąć spod wpływu tej jędzy. McGonagall to the rescue! Jeśli ktoś ma pomóc, to na pewno ona i zjadacz dropsów.
    PS. A fe, Dołohow, a fe.

    OdpowiedzUsuń
  2. Od któregoś momentu tak bardzo nie chciałam tego czytać do końca, że pod pretekstem zrobiłam chyba ze 3 herbaty. Jest źle, paskudnie, czarno. I o ile klimat jak najbardziej pasuje, kocham Bellę i Śmierciojadów, to gdzieś tam z tyłu głowy kołacze się myśl, że... że to całe urokliwe zło wybuchnie prosto w twarz biednej małej Andy, która wkrótce straci WSZYSTKO. Dom, siostry i cały świat, jaki zna. Fakt, że nie było to ani cudowne, ani przyjazne miejsce, ale w każdym razie...
    Tom cudownie oślizgły – taki, jaki powinien być, ale jeszcze z bonusem, bo widać, że czarna magia zjada go od środka. A w fanfikach zawsze jest albo hot i boski, albo przemieniony w element animalistyczny i groteskowy. Ty w idealnych proporcjach wyważyłaś „kuszący” i „obleśny”.
    Cała ta scena skradania się przez tłum gości do tajnego pokoju pełnego upiorów przebranych za arystokratów jest jak z horroru. Aha, i zabieraj stamtąd wujka! Albo zrób z niego dwulicowego potwora-hipokrytę. Wuja akurat może zrobić wszystko i nic mnie nie zdziwi.

    Czuję, że teraz będzie RUN, RUN, RUN...
    A potem dużo fajnych rzeczy, więc wiernie czekam :)

    Ukłony,
    Szalona

    OdpowiedzUsuń
  3. Zachwyty pewnie nieadekwatne, bo komentuję na bieżąco.

    Jakie toto ładne, to na początku rozdziału? CO to za pan, jak się nazywa, gdzie mieszka? Jeśli tak miałby wyglądać młody Voldzio, to ja bardzo, bardzo gorąco popieram i wspieram wszelkie kampanie promocyjne typu ,,Dołącz do złoli" o ile na ulotkach będzie twarz Riddle'a. och, jaki strasznie śliczny. nie wiem czy na fali uwielbienia powinnam to czytać, ale.

    wujek, wujek! <3 jest cudowny, za każdym razem coraz bardziej mnie zdobywa, podbija serduszko, ogółem no. założę mu fandom. będziemy wyszywać koszulki i usiłować szyć z marnym skutkiem, ale wujek będzie dumny z samej definicji bycia wujkiem. bo in chyba ciągle jest dumny tylko to jest ten typ który kochasz dlatego że nic o nim nie wiesz. tak jak jest, jest cudownie. chyba że dasz mu jakieś super moce. wtedy go rozwijaj do woli.

    o, o, Bella! wiem, że ona jest zła, że nie powinnam jej lubić - w ogóle nie powinnam lubić żadnego Śmierciożercy - ale nie umiem. jest zbyt charyzmatyczna, nadal zbyt zakręcona i buntownicza, bardzo się z nią utożsamiam (damn, jak to brzmi w kontekście tego, co robi!). i jakoś tak wyszło, że nie umiem jej znielubić. nie wiem, czy to źle, ale w tym zabieraniu na przyjęcia, poznawaniu tajemniczych osób i tak dalej jest coś okropnie pociągającego. no i ta potęga, o której mówi Bella - jak tu się oprzeć!

    och, McGonagall! czy będziej jej więcej? och proszę, proszę, niech będzie jej dużo! tak bardzo ją kocham, jejku. proszę. :D

    brr, pochłonęłam całą scenę przyjęcia jednym tchem. jest straszna, ale znowu - jest coś okropnie pociągającego w eleganckich strojach, wychowanych mężczyznach i chociaż wszystko jest przerysowane, to wiele bym oddała, żeby znaleźć się w takim cywilizowanym towarzystwie przez kilka godzin. no bo błagam, jak tu nie kochać przystojnych mężczyzn, w dodatku połowa z nich traktuje kobietę jak królową (no, z początku...). I znowu Voldek. nie mogłam powstrzymać wizji pana z pierwszego zdjęcia, więc odbiór sceny nie do końca adekwatny do tego, jaka miała być, bo nawet w myślach skupiałam się na tym bezimiennym. tak czy owak, cholernie współczuję Andy, że jest pod taką presją. i jeszcze sprawa z ojcem, słabiutko to wygląda.

    o, moja ukochana pani profesor! z tym większą niecierpliwością wyczekuję kolejnych rozdziałów, bo jeśli to już ten czas, to oznacza, że już całkiem niedługo, w przeciągu kilkunastu rozdziałów, zacznie się era Snejpa i intryg! entuzjazm zdecydowanie nieadekwatny, ale to oznacza więcej soundtracku i zdjęć, więc musisz zrozumieć.

    weny i weekendów zajętych pisaniem, a nie się tak włóczysz! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przesyłam dużo uwielbienia za tak cudowny komentarz! <3

      Skończyłam się szlajać, zaczęłam pisać i układać i knuć i szaleć nad dalszą częścią. Soundtrack już jest!

      Tom Riddle to Tom Riddle ;) czyli nieznany model Vogue z lat chyba 70. Nie wiadomo jak się nazywa — niestety. Znaczy… Tom Riddle. Hehe.

      Era Snejpa nadchodzi! Ale zanim… Czeka nas jeszcze era Wodnika ;) hint hint! Nowy rozdział pewnie jak zwykle w niedzielę.

      Ściskam!

      Usuń
  4. No dobra, wiem, mam mały poślizg. Ale na swoją obronę mogę powiedzieć, że zawaliła mnie ostatnio nauka i masa innych - rzecz jasna, niecierpiących zwłoki - rzeczy. Ale jestem. I skomentuję najpierw tu, zanim przejdę do świeżutkiego rozdziału (swoją drogą, bardzo nie w porę, bo już się ucieszyłam, że wyjdę na prostą, kiedy wyświetliło mi się powiadomienie).

    Jak zwykle zacznę od Belli, bo mi się w trakcie czytania nasunęła jedna myśl, chyba nawet trochę bardziej odnośnie poprzedniego rozdziału niż powyższego. Właśnie sobie uświadomiłam, że jestem zaskoczona. Nie wiem dlaczego, ale ugruntowałam w sobie przekonanie, że małżeństwo Belli i Rudolphusa nie było jakimś wielkim love story, ale mirażem, do którego została zmuszona, którego nie chciała, gotowa poświęcić życie swojemu panu. Albo, inaczej, dopiero po ślubie zaczęła wyznawać poglądy męża z taką zapamiętałością, że aż go w tym przewyższyła. Nie wiem, skąd we mnie taki pogląd. Może dlatego, że Rudolphus zasadniczo nie występuje w sadze jako odrębna jednostka? Czy on się kiedykolwiek pojawił, nie licząc zdjęcia w "Proroku"? Bella zawsze była pupilkiem Voldemorta, ale o jej mężu wiadomo tylko tyle, że był, siedział, uciekł. Koniec pieśni. Ale... Nie wiem, co jest bardziej przerażającą wizją - że mogła zostać wciągnięta w tę fanatyczną sektę przez obłąkanego męża, czy raczej wersja przedstawiona przez Ciebie... Brrr... Zawsze było jasne jak słońce, że musiała mieć od zawsze co do tego skłonności.

    Wujek Alden jest... specyficzny. W sumie za bardzo nie wiem, jak go skomentować, bo w zasadzie pełni w Twoim opowiadaniu rolę, która zwykle przypada raczej kobietom. Swoją drogą, bardzo mu to pasuje, a mnie zastanawia... No zastanawia. Ale pewnie to jeszcze rozwiniesz, więc nie będę się wygłupiać ze swoimi teoriami ;p

    Ło borze szumiący! Wprawdzie ostrzegałaś, że Walburga zrobi się paskudniejsza, ale tego to ja się nie spodziewałam. Ło matko i córko, ale heca. No dobra, podejrzewałam, że ta kobieta nie mogła być aniołkiem, w końcu Syriusz nie zwiał z domu bez wyraźnego powodu, ale i tak wprawiło mnie to wszystko w stupor. Niezły zwrot akcji, nie powiem. Po prawdzie też trochę podziwiam Walburgę i jej wytrwałość w dążeniu do celu. A zwłaszcza pieniędzy. Ale chyba bardziej mnie to obrzydza.

    Jeśli chodzi o Voldemorta, to całkiem zgrabnie go przedstawiłaś. Wyszedł bardzo autentycznie, łącznie z wpatrzonymi w niego jak w obrazek wyznawcami. Krótki fragment, ale bardzo wiele mówiący.

    I na koniec Andy. Powiem tak, mistrzynią konspiracji to ona nie jest. No dobra, wcale tego nie wymagam. Jest w tym bardzo naturalna - chyba bardziej by mnie zdziwiło, gdyby dała radę udawać, że jest równie zachwycona jak siostra. I tu nie chodzi nawet o jej wiek - Andy jest po prostu nieprzygotowana do stania się częścią wielkiej intrygi. Ale, jak widać, zaczyna już coś łapać.

    Oczywiście jak zwykle o czymś zapomniałam, ale musisz mi wybaczyć.

    OdpowiedzUsuń