24 lip 2016

Rozdział XX

A/N: Siedem tysięcy wejść na bloga! Dziękuję!

Rabastan Lestrange i Augustus Rookwood



Gabinet profesor McGonagall od lat pozostawał taki sam. W kącie, na podwyższeniu, wciąż stało marmurowe popiersie Cycerona, na kominku tykał ten sam staroświecki zegar, a ustawienie opasłych tomiszczy na półkach zdawało się być niezmienne, choć żadnego grzbietu nie pokrywało nawet ćwierć cala kurzu. Nie było chyba niczego, o co wicedyrektor dbałaby bardziej, niż książki.
Moje cykliczne wizyty były raczej krótkie i ograniczały się do wymiany informacji na temat Syriusza, ale mimo wszystko profesor za każdym razem nalegała na herbatę i próbowała wyciągnąć ze mnie informacje o moim nowym życiu. Nie chciałam się nimi dzielić. Nie ze względu na brak zaufania czy sympatii, ale na strach przed zbyt wylewną wymianą informacji, który to, jestem pewna, od jakiegoś czasu przepełniał nas wszystkich.
Kilka dni temu Alice zaręczyła się z Frankiem Longbottomem, przyjemnym facetem, którego poznała w swojej grupie studenckiej. Wszystkie bardzo kibicowałyśmy nieśmiałej Alice, która chyba najbardziej z nas wszystkich zasługiwała na kogoś, kto będzie dla niej dobry. Gdy zebrałyśmy się u Alany by świętować, po niedługim czasie zorientowałyśmy się, że przypadkowe trzaski i inne dziwaczne odgłosy wcale nie dobiegają z radia. Jej kominek był na podsłuchu. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam Alany tak wystraszonej jak wtedy, gdy nasze podejrzenia potwierdził Artur Weasley, którego wezwałyśmy na pomoc. Nie udało mu się dowiedzieć, kto dokładnie mógłby chcieć ją śledzić, chociaż ja miałam na myśli kilku podejrzanych kandydatów.
Dlatego teraz, gdy profesor McGonagall tłumaczyła mi ustalenia dotyczące nowego zadania w Ministerstwie, słuchałam jej tak uważnie. Chciałam pomóc sprawie. Tym razem kwestia Syriusza nie została podjęta nawet raz, bo i też nie musiałyśmy udawać, że wizyta jest jedynie grzecznościowa. Byłyśmy kobietami z misją. Przy odrobinie szczęścia moje ponowne spotkanie z Augustusem Rookwoodem mogło zmienić bieg historii:
— I rozumiesz, że nie możesz się zdradzić ani na sekundę? Nawet jedno słowo może dać mu pretekst, by cię podejrzewać. Może rzucić na ciebie Imperiusa, może… Tak naprawdę za zamkniętymi drzwiami wszystko się może wydarzyć.
Kiwnęłam krótko i stanowczo głową, więc profesor McGonagall, z lekkim wahaniem, wyciągnęła w moją stronę sporą fiolkę z szarawym, błotnistym eliksirem.
— Nie sądzę, żeby zmienił się aż tak bardzo. — Schowałam ją do kieszeni szaty. — Augustus Rookwood-…
— Jest teraz szefem Niewymownych — przerwała mi, z miną jeszcze bardziej poważną niż wcześniej. — Kiedy przekroczysz próg kominka w Ministerstwie, będziesz zdana wyłącznie na siebie. To zadanie wymaga absolutnej kontroli. Musisz nie tylko poruszać się i mówić jak ona. Któryś z nich może też użyć na tobie legilimencji. 
Tym razem tylko kiwnęłam głową, uznając, że słowa są zbędne. Rozumiałam powagę sytuacji. Odkorkowałam fiolkę i wypiłam duszkiem zawartość. Natychmiast poczułam skutki eliksiru wielosokowego. Nieprzyjemne uczucie mdłości i zawrotów głowy sprawiło, że musiałam przytrzymać się biurka profesor McGonagall. Na szczęście była czujna i złapała mnie w porę. Całe moje ciało przeszywały drgawki. Włosy się wydłużyły, nogi skróciły, talia stała się węższa. Gdy wszystkie sensacje ustały, a ja mogłam w końcu ustać samodzielnie, zorientowałam się, że Andromeda Black zniknęła. Dzięki mistrzowskim umiejętnościom Horacego Slughorna, przez następne sześć godzin miałam stać się Dorcas Meadowes.
— Powodzenia. — Profesor McGonagall wręczyła mi jej aurorski uniform i różdżkę, po czym wyszła z gabinetu, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. 
Gdy przebrana stanęłam w jaskrawozielonych płomieniach i wymówiłam głośno i wyraźnie „Ministerstwo Magii“, przed oczami stanęła mi poprzednia podróż, którą odbyłam przez ten kominek. Zamknęłam oczy, starając się jednak o tym nie myśleć, i chwilę później znalazłam się w ruchliwym i szerokim głównym hallu Ministerstwa. Przemykając niepostrzeżenie pomiędzy obcymi czarodziejami i czarownicami dopiero po jakimś czasie zorientowałam się, że część z nich mi się kłania. Tak stanowczo jak tylko mogłam nakazałam sobie spokój.
Nie mogłam zachowywać się ani trochę podejrzanie. Dorcas nie była wystraszoną dziewczynką w ciele kobiety. Zwolniłam więc nieco tempo mojej szaleńczej pogoni w kierunku Departamentu Tajemnic i teraz starałam się kroczyć dumnie, jakby tuż za mną szedł orszak służących i piętnastu wielbicieli — tak przynajmniej zawsze kojarzył mi się jej chód. Odrzuciłam na próbę długie loki na plecy i uśmiechnęłam się szeroko do jakiegoś przypadkowego czarodzieja, który przystanął i przez nieuwagę spowodował mały korek. Zdecydowanym, sprężystym marszem poszłam w kierunku wind, starając się myśleć o tym, o czym myślałaby Dorcas. Paryż? Jej podejrzany stryj Silas? Nie, nie. O tym ostatnim na pewno starała się zapomnieć. Kontrolując swoją mimikę twarzy i starając się nie trzymać rąk w kieszeniach weszłam do zatłoczonej windy, z której zaraz wypadło dwóch mężczyzn, gotowych ustąpić mi miejsca. 
— Dzięki, chłopcy! — Pomachałam im jeszcze, zanim śmignęłam w dół.
Głos w windzie ogłaszał kolejne piętra i przystanki, a ja, starając się enigmatycznie uśmiechać, przybrałam swobodną pozę i oparłam się o ścianę. Im dalej w dół, tym bardziej pusta stawała się moja winda, aż nagle, tuż przed Departamentem Tajemnic, gdy drzwi już-już miały się zamknąć, ktoś wsadził w nie rękę oraz stopę obutą w eleganckie półbuty i odepchnął je na bok. Moim oczom ukazała się znajoma, przystojna twarz, dla której czas był więcej niż łaskawy. Tuż obok, uśmiechając się krzywo, stał Augustus Rookwood we własnej osobie. Wyprostowałam się zaraz, czując na sobie jego wzrok i starając nie dać się nerwom. Wszedł do windy, a gdy zauważył, że odpowiedni guzik jest już wciśnięty, zaczął mi się przyglądać. Wyglądał jakby nad czymś się zastanawiał.
— Czy my-…? — zaczął w końcu, gdy winda zatrzymała się na docelowym piętrze. 
— Dorcas Meadowes. — Moja dłoń wystrzeliła w jego stronę, a on złożył na niej elegancki pocałunek, nagle nabierając pewności siebie. 
Wiedziałam, że nic nie dawało Augustusowi tak dużego poczucia przewagi, jak przeczucie, że kobieta, z którą miał do czynienia jest nim absolutnie oczarowana. Starałam się nie zabrać ręki zbyt szybko, choć zalewająca mnie fala wspomnień była niezwykle silna. Przypomniawszy sobie jednak słowa profesor McGonagall, ze wszystkich sił skupiłam myśli na wieży Eiffla.
— A, tak. Panna Meadowes. 
— Byliśmy umówieni. 
— Oczywiście. Pamiętam. — Puścił mnie przodem i razem weszliśmy do czarnego korytarza, którego odnogi i kręte zaułki zdawały się ciągnąć w nieskończoność. 
Gdy dotarliśmy do właściwych drzwi, po moim kręgosłupie przebiegł lodowaty dreszcz. Wiedziałam, co się za nimi kryje, ale mimo to nie mogłam powstrzymać niepokoju. 
— Wszystko w porządku? — dopytywał się Rookwood, który zdawał się być coraz bardziej zadowolony z siebie. Czy mógł coś podejrzewać? 
— Czemu pan pyta? — Uśmiechnęłam się enigmatycznie, mając nadzieję, że dobrze kopiuję Dorcas. 
Zamiast odpowiedzi nowy szef Niewymownych machnął ręką i ogromne czarne drzwi na końcu korytarza zaraz otworzyły się z hukiem. Weszliśmy do ogromnego, okrągłego hallu o lśniącej, marmurowej posadzce. Mrok oświetlały jedynie pochodnie, których upiorny, bladoniebieski płomień przywodził mi na myśl wody Styksu.
— Zapraszam. — Rookwood położył ręce na moich ramionach i pchnął mnie do przodu, a wrota Departamentu Tajemnic zamknęły się za nami głucho. 
W okrągłym pomieszczeniu nie było nic prócz kilkunastu nieoznaczonych drzwi oraz dwóch postaci w czerni, które rozprawiały o czymś żywiołowo. Nawet obecność Rookwooda nie rozproszyła ich na tyle, by obniżyć ton:
— Chyba nie zdajesz sobie sprawy, co właśnie zamierzasz zrobić! — warknął tubalny bas.
— Czyżbyś mnie nie doceniał? — Przystanęłam, bo natychmiast rozpoznałam ten głos. — A może mam mu powtórzyć, że zgodził się przyjąć w swoje szeregi kompletnego tchórza?
— Lestrange! — Augustus wyminął mnie bez słowa i poszedł szybko w ich kierunku. 
W mdłym świetle pochodni dostrzegłam Rabastana, który w miarę jak się starzał był coraz bardziej podobny do swojego starszego brata. Gdy jednak druga z tajemniczych osób odrzuciła z głowy kaptur czarnej szaty, ledwo powstrzymałam się przed gwałtowną reakcją. Lśniące czarne włosy, złowrogie spojrzenie i zaciśnięte dumnie usta — moja piękna siostra Bellatrix. Najwierniejsza ze Śmierciożerców, poszukiwana przez czarodziejski Interpol i całą federację aurorską, która teraz stała spokojnie w samym sercu Departamentu Tajemnic. Nie widziałam jej przez siedem lat i myślałam, że jakimś cudem uda mi się uniknąć jej widoku jeszcze przez jakiś czas. Nie zmieniła się zbytnio. Była tak piękna jak zawsze, choć z jej oczu zniknął dawny blask. Teraz były puste i przepełnione nowym, maniakalnym wyrazem. Gdy tylko mnie zobaczyła, ułamek sekundy zajęło jej rozpoznanie z kim ma do czynienia. Wyciągnęła różdżkę, a ja zorientowałam się, że nie miała nawet zamiaru udawać pokojowych zamiarów. Była gotowa do ataku, a ja zrozumiałam, że weszłam prosto w zastawioną przez nich pułapkę..
Nie zamierzałam czekać, aż się zastanowi. Natychmiast ruszyłam do ucieczki i zaklęciem otworzyłam przed sobą drzwi, zanim Augustus czy ktokolwiek inny zdołał mnie powstrzymać. Najwyraźniej Śmierciożercy mieli długą listę niewygodnych osób, których chcieli się pozbyć — dotąd sądziłam, że spośród moich przyjaciółek jestem na niej tylko ja, ale jak się okazało byłam w błędzie. Najwyraźniej Niewymowni wierni Voldemortowi już dawno zorientowali się, kto jest aurorką odpowiedzialną za rozpracowanie ich spisku przejęcia Ministerstwa. Wiedziałam, że zrobią wszystko, bylebym nie uszła z życiem.
— Meadowes! — Rookwood ruszył za mną, a w oddali rozbrzmiał zimny śmiech mojej siostry. 
— Niech ucieka! — zawołała. — Nie zostało jej już wiele czasu! 
Posłała w moim kierunku zaklęcie, które minęło mnie zaledwie o cal. Dopadłam do windy, która jakimś cudem wciąż tam stała i zatrzasnęłam drzwi w ostatniej chwili, wciskając maniakalnie guzik opisany jako „Hall Główny“. Odjechałam do góry dosłownie w ostatnim momencie, zanim dogonił mnie Rabastan. Posłał w stronę szybu klątwę, która uderzyła w windę, ale na szczęście nie dała rady jej zatrzymać. Jeszcze nigdy w życiu nie biegłam tak szybko. Gdy tylko dostałam się do kominka i przetransportowałam z powrotem do gabinetu profesor McGonagall, dyszałam jakbym przebiegła maraton. Padłam prosto w ramiona starszej czarownicy, która natychmiast zaczęła rzucać na kominek zaklęcia zabezpieczające. Gdy ogień wygasł, spojrzała na mnie w panice.
— Co się tam stało? Co się stąło? Andromedo, mów coś! 
Oddychałam ciężko, patrząc na nią z przerażeniem.
— Oni wiedzą — wydusiłam niewyraźnie. — Oni wiedzą! Dorcas-… To była pułapka!
— Wielki Godryku… — Zasłoniła dłonią usta, a ja starałam się uspokoić oddech. 
Zgięłam się w pół i położyłam dłonie na kolanach, teraz dopiero czując, że cała się trzęsę. Nie powinnam już tak reagować. Wiedziałam, że nie powinnam. To nie pierwszy raz, gdy patrzyłam prosto w oczy śmierci, choć tym razem jej wysłanniczką okazała się być moja własna siostra.
— Wracaj do domu — powiedziała nagle profesor McGonagall, przysuwając sobie kawałek pergaminu i pióro. — I to jak najszybciej!
— Słucham? — Podniosłam się, patrząc na nią z niedowierzaniem. 
Spojrzała na mnie surowo i ponaglająco. 
— Wracaj do domu. Na razie nie wiedzą, że to ty i miejmy nadzieję, że się nie dowiedzą. Ja skontaktuję się z Alastorem. 
— To trochę pobożne życzenia, nie uważasz? — Prawie krzyknęłam, czując, że robi mi się niedobrze. Widocznie stres zadziałał negatywnie na działanie eliksiru wielosokowego i teraz odczuwałam tego bolesne skutki. 
— Uspokój się. Nikt nie wie, że współpracujesz z Zakonem. — Podeszła do mnie, kładąc mi opiekuńczo dłoń na ramieniu. — Będziemy cię chronić. 
— Mnie chronić?! A co z Dorcas? To ona potrzebuje waszej ochrony! 
— I zajmiemy się tym. Ale to już nie twoje zmartwienie. 
— Jest dla mnie jak siostra! — Spojrzałam jej twardo w oczy.
— A tymczasem twoja prawdziwa siostra szaleje ze złości i jest realnym zagrożeniem! Wracaj do swojej córki. 
— Jest u Molly — powiedziałam cicho. 
— Więc niech tam zostanie. — Profesor McGonagall wzięła stanowczo moje dłonie w swoje. — Zajmę się wszystkim. Na razie jesteś bezpieczna. 

*

Kiedy dotarłam do domu, zdążyłam z powrotem zmienić postać. Ściskając już swoją własną różdżkę w dłoni zabarykadowałam się w domu na cztery spusty i czekałam, aż Ted wróci z pracy. Wzięłam długi prysznic i spędziłam cały wieczór przy kuchennym stole, przesuwając bezmyślnie palcami po wyżłobieniach i wyszczerbieniach w blacie, nawet nie próbując opanować gonitwy myśli. Nie wierzyłam w ani jedno słowo profesor McGonagall. Z jakiegoś powodu wiedziałam, że coś tu nie do końca się zgadzało. Jeśli jakimś nadludzkim sposobem Bellatrix poznała, że to nie Dorcas spotkała w Departamencie Tajemnic, Śmierciożercy mogli po mnie przyjść w każdej chwili — ponownie zaatakować dom w West Bay i znów spróbować się mnie pozbyć. 
Wieczór powoli zamienił się w noc. Ted nadal nie wracał, a ja umierałam z niepokoju. Około północy rozległo się pukanie do drzwi. Serce zabiło mi mocniej. Złapałam różdżkę w dłoń i weszłam do hallu. Pukanie powtórzyło się jeszcze raz, a potem przerodziło się w walenie pięścią. Kiedy otworzyłam drzwi, nawet specjalnie nie zdumiał mnie widok Bellatrix na progu. 
— Twoje zabezpieczenia są gówniane, siostrzyczko — powiedziała, uśmiechając się drwiąco. 
Starałam się zachować spokój, ale serce waliło mi jak młotem, a krew szumiała w uszach.
— Co? Myślałaś, że nie wiem, kto stoi za Departamentem Tajemnic? — parsknęła.
Nadal milczałam i widziałam, że zaczyna się niecierpliwić. Nie chciałam jej prowokować, ale też nie zamierzałam dać się wciągnąć w dyskusję.
— Dość już tego uciekania, droga siostro — syknęła, przysuwając się bliżej. — Pora uregulować rodzinne rachunki… Nie sądzisz? — Przycisnęła swoją różdżkę do mojej krtani, przygryzając ostrożnie dolną wargę, zupełnie jakby szukała odpowiedniego punktu do poderżnięcia mi gardła.
Odsunęłam się zaraz i odepchnęłam ją z przejścia, zatrzaskując za sobą drzwi wejściowe. Znalazłyśmy się na podwórku, na którym teraz, zamiast graciarni Aldena, rosła ciemnozielona trawa, pokryta śliską wieczorną rosą. 
— Jeśli masz mi coś do powiedzenia, zamieniam się w słuch — odezwałam się w końcu. 
Bellatrix zacmokała i zacisnęła palce na różdżce.
— Nie bądź nierozsądna, droga siostro… — Na jej bladą twarz padało światło, które wciąż paliło się w kuchni. Gdyby nie zdrowy rozsądek, mogłabym przysiąc, że oczy Belli na chwilę zalśniły demoniczną czerwienią. 
— Wydaje mi się, że ojciec już dawno zabronił ci się tak do mnie zwracać. 
Wybuchnęła szorstkim śmiechem, a potem spojrzała na mnie z niedowierzaniem. 
— Ten stary głupek? Nadal go słuchasz? No, no. Grzeczna dziewczynka Andromeda!
Ani na chwilę nie spuszczałam z niej wzroku, gdy ona tymczasem schowała różdżkę i spokojnie zdjęła z siebie wierzchnią szatę. Pod spodem miała czarną suknię, której krój i bogaty materiał sugerowały, że moja siostra bynajmniej nie żyje w biedzie. Z lekkim wahaniem przewiesiła pelerynę przez oparcie fotela ogrodowego i znów pokręciła głową. 
— Mogłaś mieć wszystko, a wybrałaś brudnego mugola i dom rodzinnego zdrajcy. — Jej głos stał się nagle matowy i pozbawiony wcześniejszych piskliwych nut.
— Ani mi się waż! — Poczułam przypływ gniewu, który Bella albo zignorowała, albo zwyczajnie przeoczyła. — Wujek Alden był moim jedynym opiekunem! Wy całe życie próbowaliście mnie tylko sprzedać! 
— Sprzedać?! — Wydawała się być szczerze zdumiona. — O czym ty bredzisz? 
— Najpierw ciotka! Potem Voldemort! — warknęłam. — Ojciec próbował-…!
— Jak śmiesz wymawiać jego imię! — W jednej chwili pojawiła się przy mnie i zamachnęła, próbując dać mi w twarz. Usunęłam się jednak w porę i jej ręka trafiła w powietrze.
Maska spokojnej damy opadła. Bella patrzyła na mnie teraz z furią i żądzą krwi. 
— Ty zarozumiała idiotko, nie myśl nawet przez chwilę, że Czarny Pan miałby z ciebie jakikolwiek pożytek!
Zaśmiałam się drwiąco, uznając, że dwie mogą grać w tę grę pozorów.
— Więc to tak go teraz nazywacie? „Czarny Pan“? Wielki Merlinie… Jak daleko sięga jego kompleks boga? 
Tym razem nie spodziewałam się ataku i jej bolesna klątwa trafiła mnie prosto w mostek. Zabrakło mi tchu i zaczęłam się dusić, rozpaczliwie otwierając usta i próbując złapać powietrze. Bez skutku. Bellatrix stanęła nade mną, zaciskając usta ze złości i ze spokojem patrząc, jak powoli tracę przytomność. Złapała pełną garść moich włosów i odsunęła mi głowę w tył, zmuszając, żebym na nią spojrzała. 
— Nie myśl, że przyszłam tu na siostrzaną pogawędkę. Już dawno straciłaś do tego prawo. — Przerwała klątwę gestem wyrażającym pełne znudzenie. — Nie przyszłam cię też zabić, bo nie zajmuję się likwidowaniem pomniejszych szkodników. — Rozejrzała się dookoła, wzdychając ze zniecierpliwieniem. 
Puściła mnie w końcu, a ja wyprostowałam się z trudem, rozpaczliwie łapiąc oddech. Przez chwilę patrzyła na mnie obojętnie, by zaraz potem znów schować różdżkę. Była za bardzo pewna siebie i miałam ochotę ją ukarać za ten przerost ego.
— Gdzie jest jego ciało? — warknęłam w końcu. 
— Salazarze, Aldena? Nie wiem! Co mnie to w ogóle obchodzi? — Przewróciła oczami.
Chwilę potem usłyszałam wokół siebie dźwięki teleportacji. Zamarłam, czując lodowaty dreszcz strachu. Szybko jednak odzyskałam odwagę i wyprostowałam się dumnie. 
— Potrzebujesz wsparcia, Bellatrix? — zakpiłam. 
— W przeciwieństwie do ciebie jestem przygotowana na każdą ewentualność. — Uśmiechnęła się łaskawie, niczym księżniczka przyjmująca dary od ludu. 
Zakapturzone postacie w czarnych szatach i trupich maskach zaczęły okrążać mnie ciasnym kręgiem, a ja starałam się nie dać po sobie poznać jak bardzo się boję. 
— Uznałam, że dam ci ostatnią szansę i porozmawiamy najpierw w cztery oczy-…
— Cóż za zaszczyt! — parsknęłam i sparodiowałam przed nią dygnięcie. — Wierna suka Voldemorta przyszła do mnie z wizytą! Chyba się nie pozbieram.
Twarz Bellatrix stężała w maskę furii, a wśród Śmierciożerców podniósł się pomruk, który Bella uciszyła jednym, natychmiastowym ruchem ręki.
— Zamknij swój parszywy ryj! — Wycelowała we mnie różdżkę, a ja nie drgnęłam nawet o cal. Jeżeli miałam ginąć, zamierzałam ginąć z godnością. 
— Rozczarowałaś mnie, siostro. Rozczarowałaś nas wszystkich — warknęła, okrążając mnie teraz niczym lwica ofiarę. — Były ci pisane wielkie rzeczy, a ty odrzuciłaś to wszystko! I to w imię czego?
— W imię tego co słuszne, ty zaślepiona kretynko!
Bella pokręciła głową.
— Jak zwykle robisz z siebie ofiarę, gdy tymczasem niczym się nie różnisz ode mnie. 
— Nie jestem tobą! — krzyknęłam stanowczo, zaciskając palce na różdżce. 
— Ach tak? A co na to biedna cioteczka Walburga? — Bellatrix zaśmiała się perliście i odrzuciła głowę do tyłu. — O tak, słyszałam o twojej wizycie na Grimmauld. Jesteś krwią z mojej krwi i nic tego nie zmieni!
Przerwałam tę tyradę, strzelając w jej kierunku klątwą, od której tylko jakimś cudem uskoczyła. Któryś ze Śmierciożerców postanowił zareagować, ale byłam szybsza i unieruchomiłam go kolejnym zaklęciem. Kiedy już myślałam, że wszyscy się na mnie rzucą, Bella stanęła pomiędzy nami, wyciągając obie ręce na boki.
— Stop! — krzyknęła. — Nie tak sobie tego życzył! Zabierzemy się za nią powoli. Spokojnie! — Jej twarz wykrzywiła się w grymasie wściekłości. — Jest sama i bezbronna, a jej głowa należy do mnie i tylko do mnie, rozumiemy się?!
— Nie jeśli ja mam tu coś do powiedzenia, Bellatrix!
Rozpoznałam ten głos i wiedziałam, że oni również. Serce przepełniła mi nadzieja i wstąpił we mnie duch walki. Śmierciożercy odwrócili się w kierunku zbocza za domem, a część z nich cofnęła do pomostu, rozglądając w lekkiej panice. Za chwilę w obydwie strony poleciały ich przypadkowe klątwy, ale trafiły wyłącznie w ciemność.
— Nie! Nie rozpraszać się! — zdążyła tylko krzyknąć Bella, gdy nagle zewsząd rozległy się nowe trzaski teleportacji. 
Alastor Moody znalazł się tuż obok mnie i w ostatniej chwili osłonił magiczną tarczą, bo jeden ze Śmierciożerców już gotował się do rzucenia bardzo podejrzanych zaklęć. Wszędzie wokół domu i na pomoście aportowali się członkowie Zakonu, gotowi stanąć do walki z ludźmi Voldemorta, którzy nie pozostawali im dłużni i zaraz przestali się mną interesować. Bellatrix zawyła złowieszczo, zaczynając wydawać rozkazy.
— Jak…? — zapytałam Moody’ego, a on uśmiechnął się krzywo.
— Przecież nie zostawiłbym cię samej. A teraz wstawaj! — Przerwał zaklęcie i się rozejrzał. — Gdzieś tu widziałem twoją szaloną przyjaciółkę. Nie pozwól jej się w nic wpakować. — Pokazał mi palcem odpowiedni kierunek. 
Na końcu pomostu Dorcas rozbrajała właśnie trzech przeciwników na raz. Alastora rozpierała na ten widok niemal ojcowska duma. Ku mojemu przerażeniu Bellatrix gdzieś zniknęła, a gdy znów mignęła mi przed oczami, walczyła na wzgórzu z nikim innym jak moim porąbanym partnerem życiowym i całkowicie szalonym ojcem naszego dziecka, który zamiast dostosować nastrój do powagi sytuacji śmiał się czołowej Śmierciożerczyni prosto w twarz. Wyrwałam się i pobiegłam w jego stronę, wiedziona instynktem, choć słyszałam za sobą krzyki i protesty aurora. Gdy dotarłam na szczyt, usłyszałam jak Ted woła:
— Więc jesteś Bellatrix! Co za spotkanie! — Uskoczył przed klątwą i posłał w jej stronę strumień czerwonych iskier, które ona odbiła silną magiczną tarczą. 
— Miło mi cię poznać, Bellatrix! Jestem Ted-…! — Uchylił się przed kolejnym zaklęciem i podciął jej nogi kopniakiem. — …twój szwagier! — Teleportował się z trzaskiem i chwilę później znalazł za plecami Belli, silnym szarpnięciem łapiąc ją za włosy i rzucając nią o ziemię. 
— O, pardon! Więc nie wszystkie nosicie peruki? — Wyszczerzył się bezczelnie, a moja siostra zawyła niczym strzyga i uniosła się kilka cali nad ziemią, kumulując w różdżce złowrogo wyglądającą energię o barwie głębokiej purpury. 
— PADNIJ! — Sekundę później dopadłam do Teda i złapałam go za kark, ciągnąc za sobą na ziemię. 
Zaklęcie Bellatrix wypaliło potężną dziurę w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu stał. 
— Rodzina w komplecie! Jak miło — warknęła, znikając w chmurze czarnego dymu i zaraz pojawiając się tuż za mną. 
Przystawiła różdżkę do mojego gardła i wpiła paznokcie w ramię. 
— Żegnaj się z nią, szlamo! — warknęła do Teda, który uśmiechnął się krzywo i nie opuścił różdżki.
— Rozejrzyj się — odparł spokojnie. — To koniec. 
Rzeczywiście, błyski zaklęć ustały, a Frank Longbottom wystrzelił w powietrze snop pomarańczowych iskier, który rozświetlił całe niebo i zamienił się w ogromnego feniksa. Część ocalałych Śmierciożerców natychmiast uciekła na ten widok, a tymczasem Dorcas, umorusana ziemią i krwią, która miałam nadzieję nie była jej własna, podeszła do Bellatrix i odchrząknęła znacząco.
— Załatwimy to po dobroci czy zamierzasz się szarpać? 
Nie usłyszała jednak żadnej odpowiedzi, bo moja siostra z rykiem wściekłości teleportowała czym prędzej w sobie tylko znanym kierunku. 

*

— Więc wykorzystaliście mnie jako przynętę?! 
— Dzięki tobie złapaliśmy większość wysokich rangą Śmierciożerców i-…
— I to ma mnie niby pocieszyć?! A co gdyby Dora tam była?!
— Moja droga, spokojnie, wiedzieliśmy-…
— Nie będę spokojna dopóki nie usłyszę odpowiedzi! Rzuciliście mnie wilkom na pożarcie, tak czy nie?
— Poniekąd, ale musisz mi zaufać, przez cały czas Zakon miał cię na oku, chcieliśmy jedynie-…
— Chcieliście jedynie co?! 
Stałam na środku gabinetu dyrektora i wykrzykiwałam wszystko, co od dawna miałam na myśli. Nie dość, że okazałam się ofiarą wystawioną na żer, to jeszcze teraz znowu nie mogłam wrócić do domu. Zdaje się, że Ted miał rację i West Bay jest po prostu miejscem przeklętym. Dzięki wszystkim bogom, że Dora wciąż pozostawała pod opieką Molly, bo inaczej chybabym zwariowała ze strachu.
— Usiądź. — Alastor podsunął mi krzesło, które ja zignorowałam. 
— Nie ma nawet mowy. Nie będę siadać dopóki ktoś mi nie wyjaśni jak to wszystko przebiegło. I dopóki ktoś nie dopilnuje, że Syriusz jest bezpieczny! 
— Syriusz? — Profesor McGonagall zmarszczyła brwi.
— To chyba oczywiste, że będą chcieli go zwerbować — wycedziłam. — Gryffindor czy nie, Walburga teraz już nie odpuści. 
— Młody już od września z nią nie mieszka! — prychnął Moody, na co wicedyrektor zmroziła go spojrzeniem. 
— Że co proszę?! — Teraz nie było już żadnej siły, która powstrzymałaby mnie przed rozkręceniem awantury. — Czy nikt z was tu nie jest w stanie mówić sobie prawdy?! Przecież po to przychodzę do ciebie co miesiąc, kobieto! — zaatakowałam profesor McGonagall, która nic na to nie powiedziała. 
— O takich rzeczach właśnie chciałam, żebyś mi mówiła! — krzyknęłam znowu, łapiąc się za głowę. 
— Przez wakacje mieszkał u Potterów — powiedziała w końcu, cedząc wyrazy.
— Kto to niby są Potterowie? — prychnęłam.
— James Potter — wyjaśniła. — To jeden z jego przyjaciół z Gryffindoru.
— Potter… — mruknęłam pod nosem. — Potter, Potter… No dobrze, Potter, no i co! Czemu niby wszystko przed sobą zatajacie? Jak ta organizacja ma pracować, skoro nie umiecie się komunikować nawet między sobą?!
Zorientowałam się, że gdzieś już słyszałam to nazwisko, do tego w niezbyt pochlebnym kontekście. Potterowie byli czystokrwistą rodziną znaną z… Bardzo nieortodoksyjnych metod wychowania i oddzielania grubą kreską swojej historii od reszty „starożytnych rodów“. Mafalda Potter to jedna z pierwszych czarownic współczesności, która demonstracyjnie odcięła się od czarodziejskiego świata i postanowiła żyć wśród mugoli jako jedna z nich. Nic dziwnego, że Syriusz przyjaźnił się z kimś takim jak James. Na całe szczęście okazało się, że młody Black najwyraźniej wyrósł na człowieka tak odmiennego od reszty rodziny, jak to tylko możliwe. Co nie znaczy, że nie wpadnie przez to w kłopoty. Usiadłam w końcu na podsuniętym krześle i spojrzałam po zebranych głównodowodzących Zakonu. 
— Tym bardziej będzie na ich celowniku — powiedziałam, a rozpacz była w moim głosie już dobrze słyszalna. — Będą go widzieć jako zdrajcę krwi. Będą go ścigać. Zrobią z nim to, co teraz robią ze mną! 
— Nie panikuj. — Ted położył mi ręce na ramionach.
— Zajmiemy się tym — zapewniła Dorcas. 
— O nie! Ty na pewno nie będziesz się niczym zajmować! — wybuchłam znowu, podrywając się na równe nogi. — Musisz się schować i to tak daleko jak tylko się da. Jesteś w niebezpieczeństwie. Przeze mnie i całą tę głupią akcję z Rookwoodem już wiedzą kto rozpracował ich plan. 
— Nie możesz się obwiniać za całe zło tego świata! — Dorcas posłała mi jeden ze swoich firmowych uśmiechów. — To nie jest tylko twoja walka. Wszyscy jesteśmy w to zamieszani i wiemy jakie ryzyko się z tym wiąże. 
Rozważałam chwilę jej słowa, aż w końcu kiwnęłam głową. Dumbledore zrobił minę jak gdyby mu ulżyło, ale spoważniał gdy tylko powiedziałam:
— W takim razie trzeba Syriusza uświadomić natychmiast. — Ruszyłam w kierunku drzwi i już położyłam rękę na klamce, ale Ted mnie powstrzymał.
— Jest trzecia w nocy. — Odsunął mnie stanowczo na bok. — Nie będziesz go przecież budzić o trzeciej w nocy, żeby wyjaśniać mu tajniki wojny. — Ton ostatniego zdania był właściwie w połowie pytający. 
Patrzył mi długo w oczy, starając się wyczytać jakąkolwiek zapowiedź kolejnych czynów. Byłam jednak zbyt zajęta planowaniem, żeby zwracać na niego uwagę. 
— Nie ma sensu opowiadać im o wojnie — dodała profesor McGonagall zatroskanym tonem. — Jeszcze nie teraz. 
To ostatnie rozwścieczyło mnie na nowo. 
— Na Merlina, to są dorośli ludzie! Nie są przecież idiotami. Czy poważnie myślicie, że moje pokolenie siedziało potulnie na tyłkach i wkuwało astronomię? Czytaliśmy gazety! Baliśmy się tak samo jak wy! — Podeszłam do dyrektora, patrząc na niego z nowym ogniem. — Dobrze wiedzą o istnieniu Śmierciożerców. My nie wiedzieliśmy i prawdopodobnie dlatego większość moich kolegów się nimi stała. Dali się ponieść tym jego bajkom o wielkości. Teraz mamy szansę to zmienić. 
Patrzyłam na niego wyczekująco i bardzo długo, a on rozważał moje słowa, by w końcu powiedzieć:
— Nie. Przykro mi, ale nie. To zbyt lekkomyślna decyzja. Nie możemy zrzucać na nich tego ciężaru. 
Starałam się powstrzymać emocje i nie wybuchnąć na nowo. Jego racje były całkowicie bez sensu, wiedziałam to, ale wiedziałam również, że dalsza dyskusja była bezcelowa. On już podjął swoją decyzję, więc jeśli coś miało się zmienić, musiałam załatwić to sama. Odsunęłam się zatem i kiwnęłam krótko głową. 
— Rozumiem — skłamałam.
Gdy jakiś czas później pożegnałam się ze wszystkimi i wyszłam z gabinetu razem z Dorcas i Tedem, cała nasza trójka wiedziała, że nie zamierzałam siedzieć cicho. 
— Co teraz zrobisz? — zapytał Ted, gdy wyszliśmy z zamku.
— Po pierwsze muszę się skontaktować z madame Malkin. — Zerknęłam w stronę Dorcas, która wyszczerzyła do mnie zęby i zasalutowała żartobliwie. 
— Zajmę się tym, pani kapitan. Coś jeszcze? 
— Naprawdę musisz się ukryć. — Starałam się brzmieć tak stanowczo, jak to tylko możliwe. — Rookwood wie, że go nakryłaś. 
— Nie boję się Rookwooda — prychnęła. 
— A powinnaś, bo jest teraz najlepszym przyjacielem Rabastana. Lestrange’ów nie należy lekceważyć. 
— A co ty dalej zamierzasz? — zapytała, najwyraźniej chcąc zmienić temat.
— Posprzątać rodzinne brudy. Znowu.
W moim mniemaniu Syriusz pozostawał jedynym Blackiem, który potencjalnie mógłby chcieć utrzymywać ze mną kontakty. Był również jedynym, co łączyło mnie z przeszłością, a jednocześnie nasze losy splatały się w tak wielu miejscach, że nie mogłam dopuścić, by skończyło się to dla niego tragicznie.

*

W następny weekend przewidziano wycieczkę do Hogsmeade, a ja zamierzałam skwapliwie skorzystać z tej okazji. Wiedziałam, że poproszona o pomoc madame Malkin na pewno mi nie odmówi, choć zapomniałam o pewnym drobnym mankamencie w moim planie…
— Musiałaś — burknęłam, paląc nerwowo papierosa, którego mi zaproponowała. 
Stałyśmy na środku głównego placu. W jego centrum mieściła się stara studnia, do której w dawnych czasach mieszkańcy wioski wrzucali niewierne żony. Uznałam to za bardzo wymowny szczegół, zwłaszcza w związku z tym, że mijający nas studenci płci męskiej obrzucali Ariadnę bardzo niedwuznacznymi spojrzeniami — słusznie, bo jak zwykle nie podarowała okazji, by się pokazać. Jej szczupłą i nienaganną figurę opinała krwistoczerwona suknia. Na nosie spoczywały ogromne, modne okulary przeciwsłoneczne, a platynowe loki opadały swobodnie na ramiona. Stałam przy niej w prostym czarnym kostiumie i czułam się nie przymierzając jak służąca z orszaku.
— Nie bądź dzieckiem. — Rozdeptała niedopałek czubkiem czarnych czółenek, rozglądając się ze znudzeniem wokół. — To który to ten twój siostrzeniec?
— Kuzyn. Nie jest moim siostrzeńcem, moje siostry póki co nie-…
— Nieważne. — Uśmiechnęła się pod nosem. — Wszystkie te wasze zawiłości rodzinne, nigdy tego nie zrozumiem. Moi rodzice mieli jedno dziecko. Jedno w zupełności wystarcza. 
— Ale… Ty i Alan nie-…?
— Ja i Alan na pewno nie — przerwała mi gniewnie, zsuwając okulary na czubek nosa i posyłając mi rozdrażnione spojrzenie. 
Odwróciłam szybko wzrok i wtedy dostrzegłam grupkę studentów, która wyglądała bardzo obiecująco. W samym środku stał wysoki Gryfon o niemożebnie rozczochranych czarnych włosach i kwadratowych okularach na nosie. Opowiadał coś żywiołowo pięknej rudowłosej dziewczynie, która wyglądała na nieco znudzoną i była co jakiś czas odciągana za rękaw przez swoje koleżanki. Obok chłopaka w okularach stał drugi, również całkiem przystojny, gdyby nie fakt, że jego nos i policzek przecinała długa, bladoróżowa blizna. W pewnej odległości od nich stał pulchny blondyn, a za nim… Rozpoznałam go od razu. Syriusz. Czarnowłosy, muskularny i wyglądający na dużo starszego niż był w rzeczywistości. Różnił się bardzo od tego chłopca, którego spotkałam siedem lat temu w sklepie madame Malkin. Teraz, śmiejąc się pod nosem, obserwował jak jego kolega schyla się do błotnistej kałuży i celuje grudą błota w stojącego nieopodal Ślizgona zajętego czytaniem jakiejś tajemniczo wyglądającej książki.
Pociągnęłam Ariadnę za nadgarstek i wskazałam jej mojego kuzyna. Tym razem ściągnęła okulary całkiem i wpatrzyła się z zainteresowaniem w Gryfonów. 
— No nie. — Uśmiechnęła się tajemniczo i schowała okulary do czarnej kopertówki. — Nie mów mi, że ten beznadziejny chów wsobny zdołał wyprodukować takie coś.
Gdy zobaczyłam błysk w jej oku, skrzywiłam się i odchrząknęłam stanowczo. 
— Ma siedemnaście lat! — warknęłam. — Jest moim małym kuzynem!
— Nie napinaj się tak. — Wyprostowała się, poklepała mnie protekcjonalnie po ramieniu i posłała mi zalotne spojrzenie numer dziesięć. — Ja to załatwię. Lepiej żeby stara kocica cię nie zobaczyła. 
— Kto? — zapytałam, ale nie uzyskałam żadnej odpowiedzi, bo ona już szła w stronę Gryfonów akurat w momencie, w którym pulchny chłopak trafił Ślizgona błotnistą kulą prosto w głowę. Wszyscy wybuchli śmiechem i nie zauważyli nawet, gdy Ariadna do nich podeszła. 
— Przepraszam! — Stanęła plecami do poszkodowanego dokładnie w momencie, gdy on już-już wyciągał różdżkę. 
Kiedy tylko ją zobaczył, wymamrotał jakieś paskudne przekleństwo i poszedł czym prędzej przed siebie, uznając najwyraźniej, że zemści się za tę zniewagę kiedy indziej i bez świadków. Tymczasem moja była szefowa zaczęła roztaczać swój urok, który zdołał przyćmić nawet gryfońską rudowłosą piękność. Nie mogłam dosłyszeć, co dokładnie mówiła, ale uznałam, że jej plan się powiódł, bo chwilę później Syriusz spojrzał z politowaniem na zahipnotyzowanych kolegów, zaoferował jej swoje ramię i poprowadził główną ulicą Hogsmeade. Uznałam, że nie będę komentować jej metod, skoro okazały się tak skuteczne. Obserwowałam ich ukradkiem, widząc, że kierowali się do Trzech Mioteł. Starając się zachować odpowiednią odległość, poszłam za nimi. Syriusz był od niej wyższy nawet pomimo imponujących szpilek. W ogóle nie wyglądał na chłopca. Byłam pod wrażeniem tego, jak szybko płynął czas. Poczekałam aż zajmą stolik i dopiero wtedy odważyłam się zbliżyć. W pierwszej chwili mnie nie zauważył, a gdy przysiadłam się obok madame Malkin nie wyglądał na zadowolonego.
— Co to ma być? — parsknął, patrząc to na mnie, to na nią. 
Milczałam, więc Ariadna postanowiła przejąć inicjatywę:
— Proszę, poznaj. To moja była uczennica i twoja kuzynka.
— Że…? — Syriusz wpatrzył się w mnie uważnie, by ku mojej uldze rozjarzyć się zaraz promiennym uśmiechem.  — A niech mnie! — powiedział cicho. — To ty! 
— Andromeda — dodałam, to się uśmiechając, to poważniejąc i nagle nie wiedząc, która reakcja będzie odpowiednia. 
— Tak, wiem. — Wydawał się być oczarowany i jednocześnie coraz bardziej zdziwiony. — Jesteś bohaterką mojego dzieciństwa. 
— Słucham?
— Oprócz ciebie matka nienawidzi bardziej chyba już tylko mugoli. — Mrugnął do mnie. — Ale nie zdołała się pozbyć wszystkich twoich zdjęć. Wiem kim jesteś. Jak mnie znalazłaś?
— Cóż, nie było to trudne — wtrąciła Ariadna, a ja posłałam jej zniecierpliwione spojrzenie. 
— Dobrze, już dobrze! Zorganizuję sobie jakoś czas. Wy pogadajcie. — Zabrała torebkę, a Syriusz rzucił jej nieco tęskne spojrzenie, choć zaraz przeniósł swoją uwagę na mnie.
— Co tu robisz? 
— Przyszłam cię… Jest coś ważnego, co musimy obgadać.
Milczał chwilę, obserwując mnie dokładnie i zastanawiając się nad czymś, a ja stawałam się coraz bardziej nerwowa, gdy nagle powiedział:
— To ciebie wtedy widziałem? U madame Malkin?
— Tak. — Ucieszyłam się, że mnie poznał. — A to właśnie Ariadna Malkin. — Wskazałam na nią, gdy już wychodziła. 
— Co? Niee… — Uśmiechnął się protekcjonalnie, a potem wychylił, by dojrzeć ją jeszcze w drzwiach. — To nie ona.
Spojrzałam na niego pytająco, a on pokręcił głową. 
— Pracują tam dwie starsze panie. Jej nigdy tam nie widziałem, a przecież bym zapamiętał. — Mrugnął do mnie łobuzersko, a ja z trudem opanowałam mimikę własnej twarzy.
— Mogłaby być twoją matką! — prychnęłam z oburzeniem, które on całkowicie zignorował.
          — Raczej ciotką. Albo bardzo seksowną kuzynką. — Wyciągnął się na krześle, podkładając ręce pod głowę. — Więc. Przypuszczam, że nie przyszłaś tu na wspominki. Gdzie się ukrywałaś? I czemu naprawdę? Wiesz, że jesteś zakazanym tematem? Całe dzieciństwo spędziłem na odkrywaniu twojej tajemnicy! Gdzie byłaś tyle czasu?
Wyprostowałam się odruchowo i nieco spoważniałam.
               — A ile mamy czasu?






Syriusz Black, 1979

3 komentarze:

  1. Och i ach, Andy na prawdziwej akcji, aż szkoda, że tak szybko się to skończyło. Mam nadzieję, że jeszcze ją do czegoś zaangażujesz, żeby się nie marnowała dziewoja!

    Starcie z siostrunią było oczywiście epickie. Bellatrix to taka sucz, że chyba przerosła kanon. Jest zimna, okrutna, zwariowana i bezwzględna, a przy tym nadal piękna i pociągająca. Brawo, bo nie zrobiłaś z niej jakiegoś przerysowanego dziwoląga. Wejście Alastora również było takie mrau, super hero i w ogóle. Ted Tonks i jego autoprezentacja szwagierce również bezbłędna:

    „— Miło mi cię poznać, Bellatrix! Jestem Ted-…! — Uchylił się przed kolejnym zaklęciem i podciął jej nogi kopniakiem. — …twój szwagier! — Teleportował się z trzaskiem i chwilę później znalazł za jej plecami, silnym szarpnięciem łapiąc ją za włosy i rzucając nią o ziemię”.

    Jak się cieszę, że Dumbledore i Zakon to taka organizacja dupków, jak to sobie zawsze wyobrażałam. Nie lubię go. Naprawdę i bardzo. Uważam, że obie wojny mogłyby się potoczyć zupełnie inaczej, gdyby nie te ciągłe manipulacje i kręcenie się w kółko. O poleganiu na wróżbach i przepowiedniach nie wspomnę.

    To na koniec jeszcze tylko...
    Syriusz!
    Snape! <3

    Wyrazy miłości,
    M. Szalona

    P.S. Akapit się zgubił. „Raczej ciotką” mówi pewnie Syriusz.

    „— Mogłaby być twoją matką! — prychnęłam z oburzeniem, które on całkowicie zignorował. — Raczej ciotką. Albo bardzo seksowną kuzynką. — Wyciągnął się na krześle, podkładając ręce pod głowę”.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się, że pokazałaś spotkanie Teda z Bellatrix i jej "rozmowę" z Andromedą. Dobrze, że nie zatarła się w opowiadaniu po zerwaniu kontaktów z Andy. Czekam na kolejne takie wątki.
    Bardzo ciekawi mnie też jak rozwinie się relacja kuzyn kuzynka między Andy a Syriuszem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz! Cieszę się, że się podoba. Niestety obawiam się, że znając temperament najstarszej siostry Black, następne starcie Andy/Bellatrix będzie... Że tak powiem nieco bardziej krwawe. Wydaje mi się, że znudziła jej się zabawa w słowa.

      Usuń