Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

1 lip 2016

Rozdział XVII




Teddy Tonks, 1974



Na początku planowałyśmy wszystko we dwie — tylko ja i Alana. Zgodziłam się z jej teorią, że czystokrwiste rody są tu kluczowe, dlatego pomagałam jej jak mogłam w odkryciu dalszych części zagadki, na której tropie już od dawna był jej ojciec. Okazało się, że rozwiązanie znajdowało się tuż pod naszym nosem: Riddle istotnie budował armię. I to dość otwarcie. Powtarzał wszystko, o czym mówił mi wujek Alden — zbierał popleczników wśród czystokrwistych czarodziejów, podjudzał olbrzymy i sukcesywnie, metodycznie przejmował coraz więcej wpływów w Ministerstwie Magii. Czułyśmy, że nie możemy na to wszystko pozwolić. Zbyt wielu czarodziejów kompletnie ignorowało to, co się działo.
W pewnym sensie stałam się agentką dwóch stron wywiadu. Starałam się zbierać informacje o wszystkich podejrzanych klientach, którzy zjawiali się w zakładzie madame Malkin. Z drugiej strony natomiast szpiegowałam razem z Alaną swoją własną przeszłość, próbując przewidzieć, co teraz stanie się z magiczną Wielką Brytanią. Z jakiegoś jednak powodu byłam o wiele bardziej zaangażowana w partyzancką walkę z Alaną, niż z Dumbledore’em. Opowiadałam jej o wszystkim, co uznałam za użyteczne, a ona kierowała mną za pomocą naprawdę trafnych pytań. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziała, ale być może szkoła aurorska nigdy nie była jej pisana. Miała zadatki na naprawdę fenomenalną dziennikarkę.
Pamiętniki, które tak namiętnie spisywałam przez większość życia, okazały się być nieocenionym źródłem wiedzy o magicznych rodach — nie wspominając o mojej skromnej osobie. Przeszłam jeszcze raz przez bolesną podróż dzieciństwa i dorastania, a obrazy z przeszłości na powrót próbowały mnie nękać. Tym razem jednak się nie dałam — tym razem nie byłam sama. Spędziłyśmy niezliczone godziny na nagraniach, a potem na odcyfrowywaniu moich osobistych zapisków. Nie byłam zbyt przychylna temu ostatniemu, wstydziłam się z wiadomych względów, ale Alana okazała się być więcej niż wyrozumiała. Obiecała, że mogłam jej zaufać, a ja podświadomie wiedziałam, że nie kłamie.
— Mogłabyś to wszystko spisać — uznała któregoś wieczora, gdy jak zwykle siedziałyśmy w jej kuchni nad lampką wina i dyktafonem. 
— Nie sądzę, by był to dobry pomysł — odparłam zaraz, ale ona tylko machnęła ręką.
— Dlaczego nie? Pomyśl o tym. To może być sposób, którego tyle czasu szukał mój ojciec. 
— Jaki znowu sposób? — Przesuwałam palcem po brzegu kieliszka, marszcząc brwi w skupieniu.
— Opowiedzenia światu o czarodziejskich rodach. 
— Zapomniałaś, że drogi wujek Cantankerus zrobił to już dawno? — Uśmiechnęłam się złośliwie, za co dostałam od niej kuksańca.
— Nie wymądrzaj się, dobrze wiesz o czym mówię. 
— Nie.
— Uparta oślica.
Prawda była taka, że wszystko, co robiłyśmy mogło wpędzić nas w niemałe kłopoty. Nad Anglią zebrały się ciężkie chmury, a ja nie chciałam się narażać jeszcze bardziej, niż było to konieczne. Mając w pamięci niedawny fatalny protest i atak Śmierciożerców, spodziewałam się zagrożenia i podsłuchów z każdej strony. Jak się okazało — całkiem słusznie.
Nadal śledziłam każdy artykuł w „Proroku Codziennym“, ale coraz mniej miałam na to ochotę. Z dnia na dzień odbyło się w redakcji nocne głosowanie i zwolniono po kryjomu połowę dziennikarzy. Artykuły, które teraz ukazywały się w gazecie, były niczym więcej jak populistyczną papką. Przybywało kłamstw i niedomówień, Ministerstwo chwalono na niemal każdej stronie — do tego stopnia, że jedynym naprawdę jakkolwiek nieprzepełnionym propagandą działem stała się plotkarska kolumna Rity Skeeter. 
Rita była sprytna. Nigdy nie mówiła niczego wprost, ale raz za razem przemycała w swoich artykułach cięty komentarz odnoszący się do obecnej sytuacji. Oczywiście nie pozwalała sobie też na za dużo. Nie chciała dać nikomu pretekstu, by ją zwolnili, a poza tym jej „błyskotliwe“ teorie dość mocno rozmijały się z prawdą… Niemniej jednak, w moim odczuciu, pozostała jedyną dziennikarką, która nie dała się wplątać w pokątną politykę. 
Gdy Eugenia Jenkins wygrała w styczniu drugą kadencję, wszyscy wiedzieliśmy, że system uległ naciskom. Sytuacja stawała się coraz bardziej nieciekawa. Rotacje w Ministerstwie doprowadziły do tego, że władzę zaczęło sprawować coraz więcej czarodziejów wierzących w „czystość krwi“. Co i rusz słyszało się o ustawionych przesłuchaniach, bezprawnych wezwaniach do Wizengamotu i donosicielstwie. Sąsiad donosił na sąsiada, a zastraszani czarodzieje chwytali się każdej gałęzi drzewa genealogicznego, która mogłaby dowieść, że nie są mugolakami. O atakach Śmierciożerców nie mówiło się otwarcie, ale poczta pantoflowa działała całkiem sprawnie. Nasz własny kraj powoli przestawał być dla nas bezpieczny. Niewielu wiedziało, kto za tym stoi, ale nie musieli przecież nazywać niczego po imieniu, by się tego bać.

*

Pod koniec października do sklepu madame Malkin zawitała osoba, której obydwie spodziewałyśmy się tam już nie zobaczyć. Poznałam ją od razu, gdy tylko weszła — pomimo imponujących rozmiarów czarnego kapelusza i wielkich ciemnych okularów w stylu Jackie O. 
— Więc jak będzie z tym zamówieniem? — Hrabina Oleńska zaczęła powoli zdejmować eleganckie rękawiczki, rozglądając się przy tym dookoła z taką pewnością siebie, jakby była co najmniej współwłaścicielką zakładu.
Zdumiona faktem, że w ogóle się pojawiła, na chwilę zaniemówiłam. Posłała mi jednak kamienne spojrzenie znad okularów i szybko się opamiętałam. 
— Oczywiście! — Ledwo powstrzymałam się, by nie zasalutować. 
W tej kobiecie była siła, która mogłaby spokojnie zastraszyć królową. Pobiegłam na zaplecze i wróciłam po, miałam nadzieję, niedługim czasie, niosąc w dłoniach firmowe, czarne pudełko z wytłoczonym srebrną czcionką logiem sklepu. W środku, zawinięta pieczołowicie w bibułę, znajdowała się zjawiskowa fioletowa suknia, którą madame Malkin zaprojektowała osobiście, a ja w pocie czoła uszyłam; dbając o każdy, najmniejszy nawet szczegół. Obydwie włożyłyśmy w projekt całe serce i umiejętności. Madame Malkin była poniekąd zmotywowana zrobieniem Moody’emu na złość, a ja naprawdę chciałam się wykazać.
W napięciu oczekiwałam werdyktu, a tymczasem hrabina powoli odłożyła okulary i rękawiczki na kanapę i bez słowa poszła do przebieralni. Gdy się z niej wyłoniła, poczułam nagły przypływ dumy. Jeszcze nigdy nie widziałam, by ubranie tak dobrze na kimś leżało. Madame Malkin musiała wykorzystać wszystkie znane sobie sztuczki genialnej modystki. Suknia miała odsłonięte ramiona i część pleców, na które opadała łagodną falą. Była prosta i elegancka, ale jednocześnie, jak każdy projekt mojej szefowej, podkreślała wszystkie atuty sylwetki.
— Miałam zamiar ją założyć na rocznicę mojego męża. — Hrabina obejrzała się krytycznie w dużym lustrze stojącym przy ścianie.
— Rocznicę ślubu? — zapytałam uprzejmie, podchodząc trochę bliżej.
Śliwkowy materiał połyskiwał w pomarańczowym świetle październikowego słońca, które wpadało do środka przez uchylone okno.
— Służby w ambasadzie — wyjaśniła ciężko, a potem westchnęła. — Cóż, teraz to już nieważne. — Przesunęła w zamyśleniu po gładkim materiale, a ja milczałam, mając nadzieję, że doczekam się dalszego ciągu historii. Tak się jednak nie stało. Oleńska wróciła do przebieralni, a gdy stamtąd wyszła, zdecydowanym ruchem wręczyła mi suknię z powrotem.
— Zapłacę czekiem — oznajmiła zimno. 
— Czy suknia się pani nie podoba? — zapytałam nieśmiało.
Zgromiła mnie spojrzeniem. Podeszłyśmy do lady. Hrabina wyciągnęła niecierpliwie dłoń. Zrozumiałam, że chce, bym podała jej pióro i przestała zadawać pytania. Zrobiłam to zaraz i za pomocą zaklęć, których nauczyła mnie madame Malkin, złożyłam suknię z powrotem do pudełka. Zamknęłam je i przesunęłam dłonią po srebrnym logo.
— Czasami tak się dzieje, drogie dziecko, że na przeszkodzie nie staje nam życie, tylko własny upór. — Hrabina oddała mi pióro i czek, uśmiechając się enigmatycznie.
Nie wiedziałam co na to odpowiedzieć, więc włożyłam należność do kasetki pod blatem i zamknęłam ją na klucz. Spodziewałam się po niej wszystkiego, ale nie tak osobistego wyznania.
— Czy… Coś się stało? — zapytałam znowu, gdy zauważyłam, że hrabina Oleńska nadal tam stoi i nie wyraża najmniejszej chęci odejścia. 
— Nie. — Powoli włożyła swoje czarne rękawiczki, nadal się dziwnie uśmiechając. 
— Wydaje mi się tylko, że ten kolor będzie nieodpowiedni na pogrzeb. — Poprawiła kapelusz, po czym wcisnęła mi do ręki wizytówkę. — Proszę ją przesłać na adres mojego hotelu. 
Wpatrywałam się w kartonik jeszcze długo po tym jak wyszła, zastanawiając się, czy przypadkiem Alastor Moody nie miał co do tej kobiety stuprocentowej racji.

*

Teorie o tym, jakoby życie samotnej młodej kobiety było przepełnione zabawą i luksusem to po prostu stek bzdur. Moja samotność była zwyczajnie… śmiertelnie nudna. Gdy madame Malkin, choć rzadko, szła do domu, by spotkać się z mężem, o którym nigdy nie mówiła, a ja zostawałam sama, czułam się jak jedyny człowiek w Londynie. Zajmowałam sobie czas jak mogłam, nieświadomie odsuwając od siebie wszystkich, na których mi zależało. Wmawiałam sobie, że jakimś sposobem, w większości przez moje pokątne śledztwa, mogłabym ich narazić na niebezpieczeństwo. Nadal pamiętałam o wujku Aldenie i co wieczór miałam nadzieję, że być może Edgar do mnie wróci. Tak się jednak nie stało. Wierna sowa wujka przepadła. Widać spełniła swoją ostatnią misję i upewniła się, że nadal żyję i mam się względnie dobrze.
Alana znosiła moje pustelnictwo ze stoickim spokojem i w wolnych chwilach zajmowała się namawianiem Jima do porzucenia dla niej Ameryki, ale nie wszyscy charakteryzowali się podobną jej cierpliwością. Do życiowej filozofii Teda Tonksa należało zdanie „Jak nie drzwiami, to oknem!“, zatem korzystał z każdej okazji, by wymusić na mnie spotkanie. Byłam mu za ten upór niewymownie wdzięczna. 
— Cholera, Black, musisz przestać się w końcu tak izolować. 
— Przestań, pobrudzisz jej dywan! 
— Ach tak? — Z diabolicznym uśmieszkiem złapał w pałeczki trochę chińskiego makaronu, który jadł prosto z pudełka, i przesunął nimi nad podłogą. 
Przerażona, wyobrażając już sobie oburzenie madame Malkin, przestałam szyć i zatrzymałam maszynę. Widząc grozę na mojej twarzy, Ted wybuchnął śmiechem i wrócił do jedzenia. 
— Wiesz, że mam rację — kontynuował wywód, a ja pokręciłam głową i wróciłam do wykańczania szwów. — Nie masz żadnych znajomych, twoim całym życiem jest praca. Jedyne, co ci zostało z życia to… Cóż, ja. — Uśmiechnął się łobuzersko, a ja przewróciłam oczami.
— Nie jesteś moim życiem, Teddy. 
— No, ale mógłbym być. Gdybyś dała mi szansę. 
Znów oderwałam się od maszyny, wygładzając fałdy materiału i poprawiając jego ułożenie. Zawahałam się, aż w końcu nie powiedziałam nic. Obserwowałam go tylko, jak siedzi na podłodze, wyciągając przed siebie długie nogi i grzebiąc pałeczkami w pudełku z chińszczyzną. 
— Więc… — zaczął, a ja na powrót uruchomiłam igłę, z ulgą zauważając, że zeszliśmy z tematów wymagających emocjonalnego zaangażowania. — Widziałaś jeszcze kiedyś tę sowę swojego wujka? 
— Nie — odparłam głucho, z nieco większą dozą zrezygnowania, niż chciałam po sobie pokazać.
— Już nie wróciła? — Zastanowił się chwilę, po czym wrócił do jedzenia. — Dziwne.
Milczałam, więc po chwili dodał:
— Myślisz, że on naprawdę nie żyje? 
— Teddy… — zaczęłam, ale on był nieugięty.
— Po prostu mówię, że nie znaleziono ciała. Nie wróciłaś tam już nigdy? 
Spojrzał na mnie z zainteresowaniem, a ja ostatecznie zrezygnowałam z szycia i wyłączyłam maszynę z takim rozmachem, że prawie ją uszkodziłam.
— Co to teraz zmienia? Po co mi o tym przypominasz? — zaatakowałam go, na co on tylko poklepał miejsce obok siebie na dywanie.
Stałam chwilę w miejscu, gotowa się kłócić, ale on nie wyrażał ku temu najmniejszej chęci. Podeszłam zatem, ale nie usiadłam, więc pociągnął mnie za rękę i przyciągnął do siebie zaborczo. Nie miałam wyjścia, był dużo silniejszy. Poza tym, niekoniecznie chciałam uciekać. Nie od niego.
— Teleportowałam się stamtąd gdy tylko mogłam. To była jedna… To była chyba już druga czy trzecia najgorsza noc w moim życiu. — Mój głos był matowy i ochrypły. Mówiłam tak cicho, że prawie nie słyszałam samej siebie. — Nie chcę tam wracać. Nie byłabym w stanie.
Teddy przestał jeść. Odstawił pudełko na dywan i objął mnie ciaśniej, opierając podbródek na mojej głowie. Jego broda drapała mnie trochę w skórę, ale nie było to do końca nieprzyjemne.
— Nie chcesz się nawet upewnić?
— Po co? — Pokręciłam głową. — Spalili ten dom doszczętnie, po… — Głos mi się załamał. — Nie ma sensu tam wracać. Nie chcę tam wracać. 
Ted milczał chwilę, aż w końcu zapytał, najwyraźniej nie chcąc odpuszczać tematu:
— Myślisz, że jego żona przejęła tę działkę? 
— I syn. Jestem pewna, że złapali się każdego grosza, banda skurwysynów. — Wzdrygnęłam się na myśl o Evanie. — Zgodnie z prawem dziedziczenia, Lucille jako wdowa dostała siedemdziesiąt pięć, a Evan pozostałe dwadzieścia pięć procent. Nie przepuściliby takiej okazji — dodałam gorzko.
— No proszę. Opłaca się pozbywać mężów — palnął, a ja wyprostowałam się zaraz jak struna, patrząc na niego z oburzeniem.
— Przepraszam, nie-… — zaczął, ale dałam mu gestem do zrozumienia, by był cicho. 
To, co powiedział, zmroziło mi krew w żyłach. 
— Nie. — Teddy domyślił się widać po mojej minie, że zaczynam nad tym wszystkim intensywnie myśleć. Złapał mnie za ramiona i zmusił, żebym spojrzała mu w oczy. 
— Nie — powtórzył stanowczo. — Wiem, o czym myślisz i natychmiast przestań. Lucille nie zleciła zabójstwa swojego męża.
— Skąd możesz wiedzieć? 
Wiem — warknął znacząco. — Znam cię już trochę, Andromedo. To nie jest dobry pomysł. Przestań to roztrząsać, tak mi się tylko wymsknęło-… Co? — Przyjrzał mi się, bo wpatrywałam się w niego teraz wielkimi oczami. 
— Masz absolutną rację — powiedziałam poważnie, na co Teddy jęknął głucho i potarł brodę ręką. — Poza tym, nie przypominam sobie, żebyś mnie kiedyś nazywał po imieniu — dodałam, już nieco bardziej obecnym głosem. 
— Tak, cóż… — Uśmiechnął się krzywo. — Siedzisz mi na kolanach, uznałem, że możemy sobie mówić po imieniu. 
Kiwnęłam na to głową, ale po chwili znów wróciłam do swoich ponurych myśli. A co jeśli Lucille faktycznie była w to zamieszana? Przypomniałam sobie jej czarne oczy, brak uśmiechu i wiecznie rozgniewany wyraz twarzy. Czy Evan-…? Na tym etapie wiedziałam, że moja rodzina jest zdolna do wszystkiego. W myślach przyznałam Tedowi rację, choć moje pobudki były teraz zgoła inne, niż jego. Musiałam tam wrócić.
— Andromedo, daj spokój…
— Nie — odparłam zdecydowanie. — Za długo siedziałam w mysiej dziurze. Jeśli mają mnie znaleźć, w porządku. Jeśli mam dać się zabić, też mnie to nie obchodzi, ale-…
— Ale co?
Sama już do końca nie wiedziałam, choć słowa jakoś same przyszły mi na myśl. 
—  Muszę go pomścić — powiedziałam cicho. — Albo przynajmniej dowiedzieć się całej prawdy.
Ted się wahał, ale ja nie miałam na to czasu.
— No, na pewno nie pojedziesz tam sama. — Poderwał się natychmiast, gdy wstałam i przy okazji przewrócił pudełko z jedzeniem. 
Rzuciłam mu krytyczne spojrzenie i uprzątnęłam bałagan jednym machnięciem różdżki. Nie bez satysfakcji zauważyłam jego pełen uznania uśmiech. 
— Na szczęście nie będę nigdzie jechać. — Włożyłam różdżkę z powrotem do kieszeni spodni i podeszłam zdecydowanie do drzwi wyjściowych, zgarniając po drodze mój płaszcz.
Ted nie dał na siebie długo czekać. Kiedy tylko zamknęłam sklep, złapał mnie w pasie i pozwolił się ze sobą teleportować. Zamknęłam oczy i pozwoliłam zaklęciu dać się przenieść do West Bay. Morskie powietrze uderzyło w mój nos, gdy tylko dotknęliśmy stopami ziemi. Aportowaliśmy się przy samym domu wujka Aldena, a raczej przy tym, co z niego zostało. Oświetlając sobie drogę różdżką, przeszłam przez mokrą trawę na pomost, oglądając zgliszcza i to, co zostało z tak ukochanego przeze mnie miejsca. Na podłodze leżały zwęglone szczątki mebli i rzeczy, które teraz złączyły się ze sobą w bezładną masę. Nie sposób było odróżnić, co jest czym, zwłaszcza nie w taką pogodę. Tego wieczora West Bay tonęło w strugach deszczu.
Przeszłam przez zwalone drzwi do pokoju, gdzie wciąż stał fotel wujka i tylko nieco nadpalony wielki stół. Książki, które niegdyś zasłaniały całą podłogę i zajmowały niemal każdy kąt, musiały stanowić niezłą podpałkę, bo nie ostał się po nich nawet najmniejszy ślad. Ściskając mocno różdżkę zbliżyłam się do kominka, który jako jedyny wyszedł z pożaru bez szwanku. Podświadomie bałam się, że gdzieś na terenie domu odnajdę zwęglone szczątki, ale na szczęście tak się nie stało. Oparłam dłoń o kominek, czując pod palcami wibracje magii. Ostał się zapewne tylko dzięki założonej w nim sieci Fiuu.
— Tak mi przykro — usłyszałam za sobą głos Teda i prawie podskoczyłam. 
Gniew i żal skłębiły się w moim żołądku w lodowatą bryłę, która ściskała mnie od środka i nie chciała puścić. Teddy chyba to rozumiał, bo nie odezwał się więcej. Podszedł do mnie i położył mi ręce na ramionach. Oparłam głowę o jego mostek i spojrzałam na niego z dołu. 
— Do tej pory nie wierzyłam, że już nigdy go nie zobaczę — powiedziałam cicho. 
Łzy napłynęły mi do oczu i nie hamowałam się już więcej. Schowałam różdżkę i rozpłakałam się w ciemności, wśród zgliszczy i resztek prywatnego chaosu Aldena Rosiera. Teddy trzymał mnie przy sobie bardzo długo i pozwoliłby mi płakać dalej, gdyby nie fakt, że ktoś postanowił nam przeszkodzić:
— Panna Andromeda Black? — zapytał skrzekliwy głos, a ja natychmiast odwróciłam się w jego stronę, ocierając oczy.
Czułam, że Ted również cały się napiął i był gotów do ewentualnej obrony, ale nerwy szybko nas opuściły, gdy zobaczyliśmy, z kim mamy do czynienia. Na pomoście, tuż za nieistniejącym już nierównym płotem i podwórkową graciarnią wujka, stał niski mężczyzna w czarnej pelerynie przeciwdeszczowej. Obok niego znajdował się nieco podrdzewiały rower, do którego miał przyczepioną staroświecką lampę. 
— Nazywam się Allen Poe. Czy mam przyjemność z panienką Black?
Teddy podszedł do niego pierwszy. 
— Co pan tu robi? — zapytał, nieco agresywnie.
— Cóż, mógłbym pana zapytać o to samo — odparł Poe, nieco defensywnie, poprawiając  na nosie okrągłe okulary w drucianych oprawkach. — Pani jest panienką Black, prawda? — zwrócił się znowu do mnie, opierając rower o słupek do cumowania. 
— To ja. — Podeszłam bliżej, przechodząc przez zwalony próg. — Andromeda Black. 
— Ach tak. — Wyciągnął do mnie z entuzjazmem dłoń, którą uścisnęłam bez przekonania. — Wygląda panienka inaczej niż na zdjęciach, ale tak myślałem, że to pani. Tak, przejeżdżam tędy codziennie, zgodnie z instrukcją. Wiedział, że pani wróci. 
— Wiedział? Kto? — Poczułam, że serce zabiło mi mocniej. Czy to możliwe…?
— Nie jestem w stanie pani powiedzieć, jak bardzo się cieszę! — paplał dalej, nie zwracając uwagi na to, co mu odpowiadałam. — Te dokumenty zalegały mi w biurze od miesięcy. 
— W biurze? — bąknęłam.
— Byłem prawnikiem pana Rosiera. Powierzył mi realizację swojego testamentu. 
Musiałam przyznać, że mnie zatkało. Nie wiedziałam do końca jak się zachować, nawet w momencie, gdy pan Poe zaprowadził nas do swojego gabinetu, nastawił dzbanek herbaty i rozpalił w kominku, żebyśmy się trochę rozgrzali. Gonitwa myśli w mojej głowie była nie do zniesienia. Nie wiem, czy dałabym radę znieść to wszystko, gdyby nie było ze mną Teda. Z każdym słowem prawnika wujka Aldena przeżywałam jego śmierć od początku.
— Proszę mi wybaczyć brak wcześniejszego kontaktu, ale pan Rosier wyraźnie mi zabronił. Zresztą, nie pozostawił nawet żadnego adresu, ani numeru telefonu… — Poe grzebał chwilę w biurku, zanim wyciągnął z szuflady gruby folder, który zaczął z namaszczeniem przeglądać.
— Ach, tak… Oto i jest. — Zsunął okulary na czubek nosa i spojrzał na mnie z rozbawieniem, a ja zacisnęłam ręce na krześle. Nie podobał mi się jego żartobliwy ton.
— Nie jestem w stanie pani powiedzieć, ile kilo udało mi się zrzucić dzięki tym codziennym przejażdżkom. Ekscentryczny facet, bardzo ekscentryczny… No, ale cóż. Chyba możemy zaczynać? — Rozejrzał się po pokoju, jak gdyby towarzyszyła nam publiczność, która mogłaby ewentualnie zaprotestować. — Droga panno Black, mam przyjemność poinformować, że wujek zapisał pani absolutnie wszystko.
Ta wiadomość wbiła mnie nieco w fotel. Ted ścisnął mnie za rękę, a mecenas Poe kontynuował:
— Zgodnie z angielskim prawem, bezpośrednim dziedzicem byłby tu syn… — pogrzebał chwilę w papierach — … którego jednak pan Rosier zdecydował się wydziedziczyć na podstawie złożonych przed sądem dowodów. Tak, które w tej sprawie pozostają dla pani niejawne. — Zerknął na mnie współczująco. — Być może to i lepiej — dodał, po czym odchrząknął i wypił resztę herbaty, którą miał w filiżance. — Co za tym idzie, dziedziczy pani wszystko. 
— A wdowa? — zapytałam niemal szeptem, po czym odchrząknęłam i powtórzyłam pytanie nieco wyraźniej.
— Tak, naturalnie zazwyczaj w takim wypadku połowa należy się wdowie, ale pan Rosier dowiódł, że posiada ona dochody i oszczędności znacznie przewyższające jego majątek. W związku z tym otrzymała już swoje dziesięć procent zachówku, a reszta należy do pani. — Podsunął mi wszystkie dokumenty. — Proszę podpisać w zaznaczonych miejscach, parafka na każdej stronie.
Gdy wzięłam do ręki pióro, ręce zaczęły mi drżeć. Przejrzałam wszystkie papiery dokładnie. Wujek Alden zapisał mi nie tylko swoją skrytkę w Banku Gringotta, ale również działkę w West Bay, dom w Toskanii i mugolskie konto oszczędnościowe w funtach. Dotąd nie miałam pojęcia, że dom, do którego co roku jeździliśmy z ojcem i siostrami, tak naprawdę był rodzinną posiadłością Rosierów. Moja mama i jej brat dorastali tam aż do jedenastego roku życia.
Podpisałam wszystko, niepewna tego, co właśnie się działo. Odzyskałam grunt pod nogami, ale oznaczało to, że już nigdy nie odzyskam wujka Aldena. Przez ten cały czas żywiłam cichą nadzieję, że być może ukrywa się gdzieś, być może jakimś sposobem udało mu się umknąć… 
— Jest pani teraz bardzo bogatą kobietą, panno Black. Proszę na siebie uważać, hm? — Prawnik mrugnął do Teda, który skwitował to ponurym milczeniem. Wciąż rzucał mi spojrzenia pełne niepokoju.
Wyszłam z biura pana Poe na nieco miękkich nogach. Ściskałam w dłoniach teczkę z dokumentami i nadal nie wierzyłam w to, co się stało. Teddy zaoferował mi papierosa, którego zaraz przyjęłam i wypaliłam na środku ulicy, nie dbając o to, że wciąż zacinał deszcz. Kątem oka zauważyłam knajpkę, w której stała tak uwielbiana przeze mnie szafa grająca. Poszłam powoli w tamtą stronę, a Teddy podążył za mną bez słowa. Był środek nocy i sklepy oczywiście już dawno zamknięte, ale mimo wszystko przystanęłam przed szybą i zajrzałam do środka. Wnętrze knajpy było dokładnie takie, jakim je zapamiętałam. 
— Wszystko w porządku? — Ted zapytał trochę bez sensu, ale z drugiej strony żadne z nas nie wiedziało do końca, jak ma się w zaistniałej sytuacji zachować.
— On wiedział, Teddy — powiedziałam, przyciskając do piersi teczkę i opierając czoło o mokrą szybę restauracji.
— Co? 
— Wiedział. Wiedział jak to wszystko się potoczy. Dlatego poszedł wcześniej do mugolskiego prawnika. Ich prawo dziedziczenia działa zupełnie inaczej. — Odwróciłam głowę w jego stronę, obserwując go w świetle ulicznej latarni.
Włosy przylepiły mu się do czoła, a koszula do ciała. Gdyby nie płaszcz, prawdopodobnie trząsłby się tak samo jak ja. Obydwoje byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Być może moglibyśmy załatwić ten problem jednym zaklęciem, ale żadne z nas jakoś na to nie wpadło. 
— Nie sądzę, żeby-… — Ted zmarszczył nos, jak zawsze, gdy się z czymś nie zgadzał. 
— Pomyśl o tym logicznie. Wydziedziczył Evana sądownie — to pewnie dlatego gnojek tak bardzo mnie ostatnimi czasy nienawidził. Powierzył swoje sprawy mugolskiemu prawnikowi i dowiódł, że ciotka Lucille ma większy majątek od niego, a co najważniejsze, sporządził tylko jeden ważny testament — testament zgodny z mugolskim prawem, nie magicznym.
— I zapisał ci wszystko.
— I zapisał mi wszystko — powtórzyłam grobowym głosem, nadal opierając się o szybę, jak gdyby była moją ostatnią deską ratunku. — On wiedział, Teddy. Wiedział, że to wszystko skończy się jego śmiercią, że mój ojciec zachowa się jak skurwiel, wiedział, że go dopadną, jeśli będzie mi pomagał, a i tak mi pomagał i przez ten cały czas nawet się nie zająknął-…! — Głos znowu mi się załamał.
Tym razem Ted przytulił mnie od razu, nie czekając na żaden sygnał z mojej strony. Staliśmy razem w deszczu, a ja płakałam w jego już i tak przemoczoną koszulę, dopóki nie poczułam znajomego szarpnięcia teleportacji. 

*

Cały weekend spędziłam w mieszkaniu Teda, nie do końca wiedząc, co ze sobą począć. Krążyłam z kąta w kąt i nie chciałam nawet spojrzeć w kierunku dokumentów, które dostałam od pana Poe. Zalegały na stole kuchennym i nie zostały dotknięte przez żadne z nas przez bite dwa dni. Gdy Teddy wrócił z pracy w niedzielę i zastał mnie nadal pogrążoną w beznadziei i zawiniętą pod jego kołdrą, zdarł ją ze mnie bezceremonialnie i zarządził, że wychodzimy.
— Niby gdzie? — burknęłam, patrząc na niego jednym okiem. 
Drugie przysłaniała mi zmierzwiona grzywka.
— Wychodzimy. Odkładałem to już dostatecznie długo, a moi znajomi chcą cię w końcu poznać — uznał autorytarnie i rzucił mi moje ubrania. — Wstawaj. 
— Jacy znajomi? Co odkładałeś? — prychnęłam, siadając niechętnie. — Wstydzisz się mnie?
Uniósł sugestywnie jedną brew, dając mi do zrozumienia, że jest raczej odwrotnie.
— Jesteś niedorzeczny. — Zaczęłam się ubierać i wygładziłam włosy przed lustrem. — Czemu ich jeszcze nie poznałam? — powtórzyłam pytanie, ale zostałam zignorowana. — Nie chcę nigdzie iść.
Poszedł do łazienki, ignorując moje protesty. Zaraz potem usłyszałam szum wody, więc chcąc nie chcąc postanowiłam umyć zęby przy zlewie kuchennym. Po drodze znalazłam jego porozrzucane po podłodze ubrania, o które prawie się potknęłam. Ted miał tendencję do rozbierania się tam gdzie stał i pozostawiania za sobą ścieżki. Wzięłam leżącą na stoliku różdżkę i posłałam złożone w równą kostkę szmaty na krzesło w kuchni, mając przynajmniej jako-takie poczucie utrzymania porządku. 
Gdy Teddy ubrał czystą koszulę i oznajmił, że jest gotowy do wyjścia, nadal nie miałam pojęcia dokąd idziemy. Podał mi płaszcz i kazał sobie zaufać, a ja musiałam przyznać, że ciekawość przynajmniej na chwilę zastąpiła moje czarne myśli. Aportowaliśmy się razem w sam środek pola. Wokół rozpościerały się nieskończone połacie bieli. W przeciwieństwie do Londynu i West Bay, wszystko pokryte było śniegiem. Gdzieniegdzie rosły zdziczałe drzewa owocowe, teraz pozbawione liści, sugerujące, że niegdyś musiał tu być potężny sad.
— Gdzie jesteśmy? — zapytałam, wdychając mroźne powietrze.
— Devon.
West Country?!
Teddy parsknął śmiechem i przygarnął mnie do siebie, otulając swoim płaszczem.
— Czasem jesteś straszną snobką. 
— To dlatego jeszcze nigdy mnie tu nie zabrałeś? Bo myślisz, że boję cię zadupia? — Zaśmiałam się głośno i zgarnęłam z ziemi garść śniegu, którą zaraz posłałam w jego stronę. 
Uchylił się zwinnie, ale nie pozostał mi dłużny i za chwilę posłał śnieżkę prosto w moją twarz. Nie mogłam się uspokoić ze śmiechu i za wszelką cenę próbowałam go trafić, ale moje wysiłki szły na marne. Gdy przeszliśmy przez pole, obydwoje byliśmy zziajani i mokrzy od śniegu.
— Powiesz mi wreszcie co to za miejsce? — zapytałam, gdy w końcu wśród zasp odnaleźliśmy drogę.
— Nie. Podziwiaj widoki. — Uśmiechnął się z samozadowoleniem i wziął mnie za rękę.
Kilka jardów szybkiego marszu przez polną ścieżkę zaprowadziło nas na szczyt niewysokiego wzgórza. Gdy spojrzałam w dół, moim oczom ukazała się piękna dolina, która wyglądała jak z wyjęta z pocztówki. W samym jej środku stał mały domek, ogrodzony płotem. Miał dwa dołączone do niego piętra, które wyglądały nieco chwiejnie i na moje oko musiały zostać przytwierdzone magią. Nieopodal znajdowała się stodoła i duży staw, teraz skuty lodem, przy którym rosło parę powykręcanych drzewek. Drzewka te mogły mieć coś wspólnego z jabłoniami, choć wcale nie musiały.
— Kto tu mieszka? — zapytałam, kiedy już zeszliśmy na dół i Ted otworzył przede mną furtkę.
— Zobaczysz.
Podeszliśmy do drzwi wejściowych. Poprawiłam nerwowo włosy, a Teddy zapukał. W domu rozległo się szuranie i nawoływania. Chwilę później otworzył nam roześmiany czarodziej o niemożebnie rozczochranych rudych włosach i przyjaznych niebieskich oczach.
— Ach, to wy! — zakrzyknął, po czym uściskał serdecznie Teda, a zaraz potem mnie. — Wejdźcie, wejdźcie! — Pociągnął nas za sobą do środka i zamknął drzwi. 
Przyjął nasze płaszcze i szaliki, a my staraliśmy się wytrzepać cały śnieg z butów. Rozglądałam się przy tym z ciekawością, próbując wywnioskować, kim są ludzie, którzy tu mieszkają. Wnętrze domku było przytulne i bardzo swojskie. Z kuchni dochodziły pobrzękiwania garnków i cicha muzyka, w której rozpoznałam mugolskiego swinga. 
— Więc. To musi być Andromeda. — Rudy czarodziej wziął moją dłoń w swoje i potrząsnął energicznie. — Merlinie, bardzo mi przyjemnie. Nazywam się Artur, Artur Weasley. Być może pamiętasz mnie ze szkoły?
— Nie, bardzo mi przykro. Nie kojarzę. — Uśmiechnęłam się niepewnie, zerkając na Teda, który nie spuszczał ze mnie wzroku.
— Ależ, nic się nie stało! Właściwie nie mogłaś pamiętać, byłem dwie klasy wyżej. I w Gryffindorze. Ty chyba w Ravenclaw?
— Tak — zawahałam się i spojrzałam szybko to na jednego, to na drugiego. — Więc stąd znacie się z Teddym? — zapytałam, kątem oka widząc, że Ted rzucił Arturowi porozumiewawcze spojrzenie.
— Poniekąd — wybrnął zgrabnie Weasley, a potem jak gdyby się otrząsnął i szybko pokazał nam ręką drogę do kuchni. — Ale zapraszam, nie stójmy tak w progu. Wejdźcie, wejdźcie!
Kuchnia przepełniona była zapachem ciasta i pieczeni. Przy kuchence uwijała się śliczna kobieta, na której plecy opadała kaskada imponujących rudych loków. Gdy się do nas odwróciła i zauważyła Teda, natychmiast oderwała się od kuchni i rzuciła mu się na szyję. 
— Merlinie drogi, jak ja cię dawno nie widziałam! — zakrzyknęła.
— Molly, widziałaś mnie w zeszły weekend — jęknął, podczas gdy ona złożyła na jego policzkach soczyste buziaki. 
Poczułam drobne ukłucie zazdrości, ale nie trwało ono długo, bo za chwilę to ja stałam się ofiarą uścisków i powitań. 
— Jesteś wreszcie! — zawołała Molly, uśmiechając się do mnie szeroko. — Ted tyle nam o tobie opowiadał, że czuję się jakbym znała cię od dawna.
— Opowiadałeś o mnie? Niby kiedy? — zapytałam, ale on zawzięcie unikał mojego wzroku. 
— Siadaj, siadaj. Wyglądasz jakbyś przemarzła do szpiku kości! — Molly posadziła mnie przy dużym, dębowym stole, na którym po chwili pojawiła się pieczeń i garnek ziemniaków z koperkiem. 
Molly i Artur byli naprawdę uroczą parą. Przez cały wieczór udało mi się zapomnieć o złowrogich dokumentach, które wciąż leżały na stole u Teda. Trójka byłych Gryfonów zabawiała mnie anegdotkami na temat swojego Domu, a mi również udało się dorzucić coś od siebie. Ravenclaw nie był w końcu aż tak sztywny.
Gdy po kolacji Ted i Artur wyszli na papierosa, zaproponowałam Molly, że pomogę jej pozmywać. 
— Ciasto było naprawdę pyszne — powiedziałam, sprzątając talerze ze stołu. 
— Dziękuję, kochanie. To rodzinny przepis. — Molly przejęła ode mnie naczynia. — Ależ zostaw to, w końcu jesteś gościem! 
Przycupnęłam więc na krześle i obserwowałam, z jaką łatwością i stanowczością uwijała się w kuchni. Po kilku minutach i paru zręcznych zaklęciach gąbka sama namydlała talerze, a ścierka wycierała te opłukane do sucha. Te następnie same wędrowały do odpowiednich szafek. 
— Zatem. — Molly nastawiła imbryk na herbatę, posyłając mi tajemnicze spojrzenia spod rzęs, gdy sypała susz do sitka. — Kiedy w końcu pozwolisz mu się sobie oświadczyć?
Szczerze mówiąc trochę mnie zatkało. Otworzyłam i zamknęłam usta, a zadowolona z siebie Molly usiadła obok mnie. 
— Nie mówi o nikim innym od dwóch lat. Mogłabyś się w końcu nad nim zlitować, kobieto.
Zamrugałam szybko i przełknęłam ciężko ślinę, czując jak pocą mi się dłonie. Nie znosiłam rozmawiać o takich sprawach.
— Nigdy nie sądziłam, że będzie-… Nie w związku z tym, że ja jestem-… Byłam. Że pochodzę-… — Język zaczął mi się plątać, a Molly zaśmiała się serdecznie i położyła dłoń na mojej.
— Wybacz mi, kochana, czasami wtrącam się w nie swoje sprawy. Artur mówi, że to się jeszcze pogorszyło odkąd pojawił się Bill. 
— Bill?
— Nasz syn — powiedziała z wyraźną dumą i wstała, by nalać herbaty do filiżanek. — Za tydzień skończy trzy miesiące. 
— Nie wyglądasz… To znaczy… Gratuluję. — Odchrząknęłam nerwowo, a Molly posłała mi spojrzenie pełne ciepła.
— Kochana jesteś. Cóż, nie mogę powiedzieć, żebyśmy dokładnie tak to sobie zaplanowali, ale jesteśmy szczęśliwi. — Podała mi herbatę i wróciła na swoje miejsce. — Bill był kompletną niespodzianką. Najpierw odkładaliśmy wesele ze względów finansowych, a potem… Cóż, chciałam mieć bajkowy ślub odkąd byłam małą dziewczynką, nie wyobrażałam sobie sukni z brzuchem. — Mrugnęła do mnie, a ja zajęłam się swoją filiżanką, nie wiedząc co powiedzieć. 
Mi podobne marzenia były całkowicie obce, choć zastanowiło mnie to, co Molly powiedziała o względach finansowych. Czy nie mówiła, że nazywa się Prewett? Znałam tę rodzinę, przynajmniej ze słyszenia. Z tego co wiem, byli całkiem majętni. Co do Weasleyów, nie mogłam nic powiedzieć, ale sądząc po tym, gdzie mieszkali, nie mogli być prominentni. 
Molly ciągnęła temat ślubów i idealnego wesela w samym środku lata, a ja zaczęłam układać w głowie wszystkie fakty. Jeżeli ona i Artur dopiero niedawno skończyli szkołę, mieli nieplanowanego syna i mieszkali w miejscu, które wybitnie nie przywodziło na myśl bogactwa, rachunek był prosty. Wybrała życie, które nie zgadzało się z wizją rodziców.
Przynajmniej teraz już wiedziałam, dlaczego Ted chciał mnie z nimi poznać. Ja i Molly Prewett miałyśmy ze sobą o wiele więcej wspólnego, niż początkowo sądziłam. 




Molly Weasley (née Prewett), circa 1975



4 komentarze:

  1. Awww jaka ładna Molly!
    I jeszcze piękniejszy Ted.
    Śmiesznie z tym testamentem. Z jednej strony Alden postąpił fajnie i pomysłowo, a z drugiej nie wiem, czy to jest Andy w ogóle do szczęścia potrzebne. Wiadomo, bardziej to sprawiedliwe, ale pewnie siłą rzeczy ściągnie na nią też niepotrzebną uwagę i zagrożenie. A przecież ona już jako-tako sobie życie ułożyła i bez tego. Do rodzinnej nienawiści dochodzi teraz jeszcze czysta zawiść. Ale załóżmy, że wujaszek jednak wiedział co robi i odpowiednio to wszystko zabezpieczył. :P
    LOL dla Molly, która oświadcza Teda za niego. Tej kobiety nic nie powstrzyma.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyznam szczerze, że jestem zaskoczona trochę tym rozdziałem. Ciekawi mnie motyw, że można w mugolski sposób wydziedziczyć czarodzieja - wydaje się to cokolwiek nieprawdopodobne. No ale wujek Alden i jego zabezpieczenia "wszelkowypadkowe" akurat mnie nie dziwią. Ten to zawsze wyglądał na takiego, który planuje dziesięć posunięć na przód.

    Ted jest uroczy w tym swoim zakochaniu, ale Molly przebiła wszystko! To znaczy - Andy chyba jeszcze nawet sama nie do końca pojęła, że ona i Ted są tak właściwie parą, a ta już planuje ich ślub i gromadkę dzieci. Pięknie Ci to wyszło. W ogóle uwielbiam Weasleyów i ich podejście do życia, to ciepło i tę życzliwość, z którą przyjmują każdego jak członka własnej familii. Moim zdaniem doskonale to oddałaś.

    Pozdrawiam ciepło,
    Bea

    PS Przepraszam, że tak krótko, ale mózg mi się grzeje z gorąca :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz! Jak zwykle trafiasz w sedno ;)

      Alden Rosier byl gotowy na wszystko, wydaje mi sie, ze poniekad zaplanowal tez wlasna smierc. Boli mnie bardzo, ze musial tak skonczyc, ale coz, show must go on. Niestety.

      Nie przejmuj sie, ja od jakiegos czasu codziennie mam migrene z tego upalu. Niemniej jednak bedzie pisane, bo sesja w koncu za mna, a juz za chwilke pojawi sie... Ktos z dawna wyczekiwany ^^

      Pozdrawiam,
      O.

      Usuń
  3. Muszę przyznać, że wolałabym, aby wujek Alden przeżył i okazał się prawdziwym Uberczarnym Lordem, Który Naprawdę Pociąga za Sznurki. Do myku z testamentem też mam mieszane uczucie, bo całkiem podobał mi się wątek Andy, która całkowicie odcina się od swojego dawnego życia i zaczyna całkiem na nowo, na własny rachunek. A tak znowu ma forsy jak lodu i po krótkich wakacjach w prawdziwym życiu wraca na stanowisko małej czstokrwistej księżniczki, tylko fortuna płynie z innego źródła. Serio, wolałabym mrocznego i żywego wujka. To byłoby bossskie!!!

    Molly oficjalnie nie polubię nigdy. Kto to widział tak ludziom w życiu mieszać?! Dobrze, że biedna Andy nie zadławiła się herbatą, ja bym się na pewno udławiła. I biedny Teddy
    Nie, nie, Molly! Spadaj produkować następne dzieciaki, zostaw Andy w słodkiej nieświadomości, nie ma co przyspieszać spraw.
    Ach, ale jaka śliczna ta Molly! Czyżby Doktor Who i laska, która teraz etatowo występuje jako Lily na każdym blogu jily (odkąd Lindsay Lohan przeszła na emeryturę)? No i motyw muzyczny Molly absolutnie przecudowny!

    P.S. Ponieważ ja zawsze znajdę sobie jakiś absurdalny problem, w tym rozdziale najbardziej zainteresowała mnie chińszczyzna na wynos. Zastanawiam się, czy wtedy już coś takiego mieli, ale nie mam pojęcia, jak to sprawdzić... Więc olać :)

    OdpowiedzUsuń