6 mar 2016

Rozdział V

Mordred Lefay, 1969

Pod koniec letniego semestru znalazłam sobie nieoczekiwaną towarzyszkę. A raczej — ona znalazła mnie. Przemęczona sowa Bellatrix przylatywała coraz częściej w poszukiwaniu schronienia i czegoś do jedzenia. Biedna ledwo żyła i wyglądała jakby codziennie pokonywała setki mil w tę i z powrotem. Nie miałam pojęcia skąd w Belli taka nagła potrzeba wymiany korespondencji. Na pewno nie słała tych listów do domu, więc kto mógł być ich tajemniczym odbiorcą? Miałam niestety za mało wskazówek, by rozwiązać tę zagadkę, ale patrząc na stan jej sowy, która wyglądała na nieziemsko zmarnowaną, wymiana wiadomości musiała być niezwykle żywiołowa. Pluskwa czuła się chyba jakby potrzebowała miesięcznych wakacji i wielkiej miski czegoś pysznego. Rozumiałam ją doskonale. Współczułam biedaczce i dlatego od kilku tygodni stałym ekwipunkiem w mojej torbie były już nie tylko pióra, kałamarz i sterta ksiąg z podstawy programowej SUM-ów, ale i sowie przysmaki. W gruncie rzeczy ja też marzyłam, żeby ktoś się mną zajął i powiedział: „Wszystko będzie dobrze, oto kawa i świstoklik na Hawaje.“
Letni semestr kończył się szybciej, niż się spodziewałam. Zanim się obejrzałam już był maj, czekały mnie egzaminy praktyczne i teoretyczne… Dopadła mnie znajoma panika, choć szczerze mówiąc dzięki członkostwu w Klubie Naukowym byłam prawie pewna, że zdam wszystko na co najmniej Powyżej Oczekiwań. Moi nowi koledzy uczyli mnie bardzo zaawansowanych zaklęć i eliksirów; wykraczających daleko poza materiał obowiązkowy piątego roku. Kiedy tylko zorientowali się, że nie jestem bezmyślną trzpiotką — a ja musiałam się wcale niemało wystarać, by tak się stało — zaakceptowali mnie jako pełnoprawnego członka grupy. Nawet Mordred Lefay czasem witał się ze mną na korytarzu, co w retrospekcji stwarzało więcej problemów, niż pożytku — Katia Kafka zaczęła mnie molestować, żebym ją mu przedstawiła. Podobno, choć ja tego nie widziałam, Mordred był nabytkiem pożądanym przez większość żeńskiej populacji Hogwartu:
— Andy, ale musisz! — Od jakiegoś czasu dosiadała się do mnie w czasie lunchu i nieustannie próbowała przekupić coraz to wymyślniejszymi przysługami. Byłam ciekawa, kiedy zacznie proponować złote góry. — Roweno, czego ja bym nie dała, Mordred jest boski!
Ponury skurwysyn, daj sobie spokój. — Mieszałam cukier w mojej owsiance i czekałam aż się rozpuści, w międzyczasie przeglądając zaawansowane tabele magicznych ziół i grzybów. Coś mi mówiło, że w tym tygodniu profesor Slughorn mógł wyskoczyć z niezapowiedzianym egzaminem próbnym z podstawowych antidotów, a ja nie miałam zamiaru dać się zaskoczyć.
— Och, Andyyy! — zawyła znów Katia, szarpiąc mnie za łokieć. Wyrwałam jej się, marszcząc nos z niesmakiem. — No proszę cię, no! Dam ci co zechcesz! Nie bądź taką wredną mendą, zostały niecałe dwa miesiące szkoły! Potem ją skończy i co ja pocznę, no popatrz tylko na nich! — Wskazała mi wymownie siedzących nieopodal Krukonów z naszego roku. 
Tyler Turpin właśnie zabawiał Marcusa Browna jakąś wybitnie żywiołową historyjką, zapewne dotyczącą quidditcha, machając przy tym rękami tak energicznie, że w końcu wsadził łokieć w talerz Diany Yaxley. Jak można się domyślić, nie spodobało jej się to wcale, zaczęła go zaraz tłuc swoim zeszytem do transmutacji. Zachichotałam pod nosem i odwróciłam się znowu do Katii. Wpatrywała się we mnie z miną, która wyraźnie mówiła: „No? Czy ty widzisz z czym ja się muszę użerać?“
— Nie. — Pokręciłam stanowczo głową. Nie chodziło nawet o to, że nie chciałam dopuścić, jak dotąd wrednej, Katii do moich kolegów. Jej zauroczenie Lefayem było mi całkowicie obojętne. Chodziło raczej o to, że ledwo co zasłużyłam sobie na traktowanie na równi z nimi. Idiotyczne przedstawianie starszemu ode mnie Mordredowi mojej rozchichotanej, głupawej koleżanki mogło skutecznie pogrzebać moje szanse na dalszy szacunek członków Klubu Naukowego. Jak widać, czasami była ze mnie straszna egoistka, ale w przypadku interesownej Kafki nie widziałam powodu na szukanie w sobie szczególnych pokładów altruizmu.
— Andy! — jęknęła znowu Katia, prawie tupiąc nogami z irytacji. — O co ci chodzi, czemu nie?! Jesteś zazdrosna! Chcesz go tylko dla siebie! Wiedziałam! — Zabrała torbę z ławki i trzasnęła nią donośnie. 
Westchnęłam cierpliwie; jak zwykle wtedy, gdy Narcyza urządzała w domu podobne sceny.
— Nie wiem, skąd ci się wzięły takie pomysły — powiedziałam spokojnie. — Mordred jest niemiłym, burkliwym dupkiem, który ma wybitny talent do eliksirów, ale poza tym nie ma w nim nic, co by mnie interesowało.
— Ale jest przystojnyyy! — zawyła, najwyraźniej mając w nosie, że ktoś mógł ją usłyszeć.
— No i co z tego? — W ciągu swojego życia napatrzyłam się na wielu przystojnych czarodziejów i zazwyczaj z mojego doświadczenia wynikała, że warci uwagi są tylko ci, którym natura urody poskąpiła. Przykładowo: kuzyn Evan mógłby z powodzeniem zostać modelem.
— Cholera jasna, Andy! Czasem z ciebie straszna krowa! — Tupiąc głośno, Katia wymaszerowała z Wielkiej Sali, a ja zajęłam się moją już nieco zimną owsianką i tabelkami stopni toksyczności magicznych ziół. 
— Widzę, że nikt cię nie lubi nawet we własnym Domu. Czemu mnie to nie dziwi, ty nasz młody Einsteinie? 
Jak widać, nie dane mi było zjeść w spokoju. Z łyżką w połowie drogi do ust, odwróciłam się, by spojrzeć, kto za mną stał.
— Cholera! — Część owsianki spadło z łyżki i z cichym plaśnięciem wylądowało na mojej spódnicy. 
Teddy Tonks wyszczerzył się do mnie kpiąco i bez żadnego zaproszenia usiadł obok.
— To nie twój stół! — pisnęłam z zaskoczenia. Nigdy dotąd nie widziałam, żeby ktoś siadał z nie swoim Domem przy jakimkolwiek posiłku. Tonks jednak, jak wiadomo, miał w nosie większość zasad. Ta nie była wyjątkiem.
— A co, twój? — zapytał z rozbawieniem. — Podpisałaś go? 
— Nie, tylko… — Od niechcenia rzuciłam szybkie Chłoszczyść i pozbyłam się plamy. — Czego chcesz, Tonks? — Westchnęłam.
— Niczego. Black. — Przekrzywił głowę. — Pomyślałem, że będę miły, Boże! Już sobie idę. — Próbował się wygramolić, ale złapałam go za kołnierz i usadziłam z powrotem. 
— Aha, wiedziałem, że jednak mnie kochasz. 
— Zamknij się. — Zatrzasnęłam atlas roślin i odsunęłam owsiankę. Wiedziałam już po rozmowie z Alaną, że mugole mieli swojego Merlina… No, tak jakby. Skoro Ted był z rodziny mugolskiej, co musiał jak dotąd ukrywać przed swoimi kolegami-Ślizgonami, mógł mi się do czegoś przydać. Jego akcje na rynku właśnie podskoczyły. I to bardzo. 
— Przyniesiesz mi gazety.
— Że co proszę? Czy ja ci wyglądam na sowę?
— Jesteś mugolakiem.
— Wolałbym raczej termin „czarodziej“, dziękuję ci bardzo. — Skrzywił się, wyraźnie urażony. Poprawiłam swój krawat, bo aż mnie korciło, gdy tak patrzyłam na jego wiecznie przekrzywiony. 
— Nie, nie rozumiesz…
— Wszystko rozumiem, panienko Black, ale naprawdę możesz sobie darować-…!
— Teddy! 
Gryfon wyszczerzył do mnie zęby. 
— No proszę. Jednak pamiętasz, jak mam na imię.
— Cicho bądź, ty ośle. Masz dostęp do mugolskich gazet, napiszę ci tytuły. — Urwałam mniejszy kawałek czystego pergaminu. — Kolekcjonuję Vogue, ale nie mogę go prenumerować do Hogwartu. Moja ciotka mogłaby się dowiedzieć. Zamów je dla mnie, może przez swoją mamę? Oddam ci pieniądze, oczywiście. — W myślach przeliczałam już kurs funta na galeony. 
O funtach dowiedziałam się całkiem niedawno z książki o mugoloznawstwie, którą pożyczyłam z biblioteki i czytałam potajemnie wieczorami. Chciałam wiedzieć jak nazywają się te śmieszne papierki, którymi tak radośnie szastał nieprzyjemny olbrzym z baru w Camden. Późniejsze tematy jakoś samoistnie mnie wciągnęły: elektryczność, telefony… No i moda. Przede wszystkim ich ubrania podobały mi się o wiele bardziej od naszych wielkich i przedpotopowych szat.
— Słucham? — parsknął. — Nie kupię tego! Chłopaki mnie wyśmieją!
— A nie możesz jakoś przemycić? Jesteś czarodziejem, czy nie?
Uśmiechnął się krzywo. 
— Kto by pomyślał. Teraz nagle nie mugolakiem? — Zasalutował mi żartobliwie i odszedł w stronę stołu Gryfonów.
Zrezygnowana zabrałam się za wyziębioną owsiankę już bez apetytu. Wyraźnie miałam pozostać nieuświadomiona w ostatnich mugolskich trendach aż do lata. Szkoda. Planowałam sobie w tajemnicy uszyć jedną z tych powłóczystych spódnic, które jeszcze w lutym były tak modne.

*

Im bliżej czerwca, tym bardziej w głowie miałam wakacje i beztroskie wylegiwanie się na słońcu — ale na pewno nie koncentrowałam się na SUM-ach tak mocno, jak powinnam. Pierwsze dwa tygodnie lata zazwyczaj spędzałyśmy we trzy z ojcem w naszym domku letniskowym w Toskanii i były to najlepsze dwa tygodnie w roku: całkowicie pozbawione ciotki Walburgi. Nie mogłam się doczekać końca szkoły.
Niestety ostatnim egzaminem, jaki mnie czekał były teoretyczne eliksiry, a to oznaczało siedzenie w klasie przez dwie godziny i żmudne przelewanie wiedzy na papier. Cały mój rok siedział ściśnięty w dusznej, magicznie powiększonej klasie i umierał z braku powietrza. Pot ściekał mi po plecach, koszula lepiła się do ciała i szczerze mówiąc pod koniec odpowiadałam na pytania już bardzo od niechcenia. Moja wewnętrzna Krukonka tupała ze złości, ale chciałam stamtąd po prostu wyjść i to czym prędzej. Po oddaniu arkuszy wypadłam z klasy, jak gdyby ktoś mnie gonił. Czułam, że się duszę.
— Hej! Uważaj trochę! 
Władowałam się prosto na Mordreda, który razem z Rookwoodem i Averym prawdopodobnie właśnie wracali ze swoich praktycznych Owutemów. 
— Przepraszam. — Musiałam wyglądać na ledwo żywą, bo Lefay spojrzał na mnie dziwnie i szybko przestał marszczyć brwi.
— Co oni ci tam robili, Black?
— Slughorn nie chciał otworzyć okna — wysapałam. 
Mordred nie wyglądał na przekonanego, ale wzruszył ramionami i wziął ode mnie torbę, którą zaraz wcisnął Avery’emu na przechowanie. 
— Chodź. Wyglądasz jakbyś miała zemdleć. — Trzej Ślizgoni wyprowadzili mnie na błonia, a ja, zaskoczona ich przyjaznym zachowaniem, poszłam bez namysłu. Na zewnątrz było tylko trochę mniej gorąco, niż w zamku, ale świeże powietrze od razu dobrze mi zrobiło.
— Wyjeżdżasz gdzieś na wakacje? — zagadnął swobodnie Rookwood, wysoki i barczysty kapitan drużyny quidditcha Ślizgonów, który nigdy wcześniej nie zamienił ze mną słowa.
— Chyba najpierw do Toskanii z siostrami… Potem zobaczymy. — Powachlowałam się dłonią. Tymczasem Lefay rozejrzał się konspiracyjnie, pogrzebał w torbie i wyciągnął papierosy. Zapalił jednego, nie proponując nikomu.
— Twoja siostra idzie dziś z nami do Świńskiego Łba? — zapytał, świdrując mnie ciemnymi oczami. 
Oho. Zaczyna się. Wiedziałam, że żaden Ślizgon nie mógłby być dla mnie miły bezinteresownie. Jakoś powoli przestawało mnie to dziwić. Być może powinnam wyznaczyć jakiś cennik? Jedna informacja o Belli — jedno piwo kremowe.
— Nie wiem. — Wzruszyłam ramionami. — Dlaczego sam jej nie zapytasz? — odburknęłam nieco bardziej nieprzyjemnie, niż zamierzałam.
Mordred uśmiechnął się wrednie.
— Bellatrix się o nic nie pyta, powinnaś to chyba wiedzieć. 
Przewróciłam ukradkiem oczami i zabrałam Avery’emu moją torbę.
— Dzięki za ratunek. Muszę iść dopakować kufer — odparłam i poszłam w stronę kamiennego mostu, którym wcześniej wyszliśmy.
— Hej, jak chcesz możesz się dołączyć! — krzyknął za mną Rookwood. 
Odwróciłam się, teraz już kompletnie zaskoczona. Mordred, wyraźnie niezadowolony z wystosowanej do mnie propozycji, dmuchnął dymem prosto w twarz Avery’ego, który zrobił się cały czerwony i bardzo próbował nie zanieść się kaszlem. Rookwood nie zwrócił na nich uwagi. Wyszczerzył do mnie lśniące, idealnie białe zęby, a ja nie wiedziałam, co odpowiedzieć, więc odwróciłam się na pięcie i szybkim krokiem poszłam z powrotem do zamku.
Naprawdę miałam zamiar dopakowywać kufer i absolutnie nigdzie nie wychodzić wieczorem, już zwłaszcza nie ze Ślizgonami. Nie wiedziałam czemu Rookwood był dla mnie miły, ale może jemu też podobała się Bellatrix? Tak czy inaczej, zaliczyłam już powrót do zamku na kacu i nie zamierzałam też na kacu z niego wyjeżdżać. 
Kiedy weszłam do dormitorium, wciąż pogrążona we własnych myślach, tuż przed moim nosem przeleciała czyjaś bluzka. Powoli przeszłam przez stertę czyichś koszul i dotarłam do swojego łóżka. Najwyraźniej wkroczyłam w sam środek wojny tekstylnej.
— Merlinie, ALANA! — wydarła się Demeter, której ubrania były porozrzucane po całym dormitorium. — Znowu pożyczyłaś moją spódnicę i jej nie oddałaś!
— Wcale nie! — Alana zatrzasnęła wieko swojego kufra, a ja z ulgą zaczęłam zdejmować z siebie przepocony mundurek, mając nadzieję, że nie zarobię niczym w głowę.
— Masz tyle ciuchów, że się w głowie nie mieści, pewnie ją gdzieś wsadziłaś!
— Złodziejka! — Demeter rzuciła w Alanę poduszką. 
Kiedy zaskoczona podniosłam głowę, przechodząca obok mnie wesoło Katia Kafka rzuciła mi porozumiewawcze spojrzenie. Pod jej szatą zauważyłam znajomą powłóczystą spódnicę Demeter, upstrzoną w drobne kwiaty. Parsknęłam cicho, udając nagle, że coś na dnie mojego kufra jest szalenie interesujące.
Wieczorem byłam już całkowicie gotowa do wyjazdu i wykazywałam dokładnie zero inicjatywy do wstania z łóżka i odłożenia na bok podręcznika do mugoloznawstwa. Nie mogłam wybrać tego przedmiotu oficjalnie, gdyby ojciec się dowiedział pewnie by mnie zabił, ale nikt nie powiedział, że nie mogę studiować mugoli we własnym zakresie. Ostatnimi czasy moje wieczory zajmowała tematyka teoretycznej obsługi telefonu.
Właśnie. Mugole. Nie chciałam tego przyznać, ale noc w Camden naprawdę odmieniła mój sposób patrzenia na nocne eskapady. W głębi duszy chciałam to powtórzyć. Potarłam oczy i spojrzałam na stojący na szafce budzik. Dochodziła dziesiąta. Być może mogłabym tylko zejść i sprawdzić, czy już wyszli? 
— A ty gdzie się wybierasz? — Usłyszałam obok siebie Demeter, która najwidoczniej miała w głowie radar i nigdy nie spała. 
Właśnie przebierałam się z piżamy i złapała mnie na gorącym uczynku, do tego na wpół nieubraną.
— Muszę porozmawiać z moją siostrą — palnęłam.
— Już po ciszy nocnej!
— Co cię to w ogóle obchodzi? — Zasznurowałam buty, patrząc na nią z pretensją. — Jeszcze nie ma ciszy. Jest wpół do. 
— Obchodzi mnie to, bo przez ciebie stracimy punkty! — zaperzyła się, marszcząc brwi.
— Przestań. — Czułam, że chyba wstąpił we mnie jakiś zły duch, ale nie dbałam o  to ani trochę. Nigdy w życiu nie złamałam żadnego punktu regulaminu, ale teraz autentycznie miałam na to ochotę.
— No tak! — Perorowała dalej Demeter, która z niewiadomego względu znów się do mnie przyczepiła i prawiła kazania, jak gdyby była Prefekt Naczelną albo samą Minerwą McGonagall. — Idziesz do swoich nowych ślizgońskich kolegów! Idź, idź! Nie zdziwię się, jak zrobią cię kapitanem Klubu Naukowego! 
Stanęłam na środku Pokoju Wspólnego, który o tej porze był już na szczęście całkiem pusty.
— Demeter — powiedziałam spokojnie, tonem jak do dziecka. — Nie wiem dlaczego tak bardzo mnie nie cierpisz, ale nowym kapitanem został Ted Tonks. 
Demeter parsknęła i zmarszczyła swój piegowaty nos. 
— I co z tego. I tak nikogo tam nie przyjmujecie.
— W przyszłym semestrze pewnie będziemy przyjmować. Co to za klub, w którym jest dwóch członków? — Odwróciłam się i podeszłam do wyjścia. Mój terapeutyczny ton musiał zadziałać, bo trochę się uspokoiła. — Oczywiście jeśli będziesz miała ochotę dołączyć, jesteś bardzo mile widziana — dodałam na odchodnym, z satysfakcją obserwując jak szczęka jej opada.
Niedługa była jednak chwila mojej satysfakcji. Demeter szybko odzyskała rezon, prychnęła i z zadartym nosem pomaszerowała z powrotem do dormitorium, idąc tak energicznie, że prawie potknęła się o wyściełający podłogę ogromny granatowy dywan. Wzruszyłam ramionami i wyszłam na korytarz, już w dużo lepszym humorze, niż jeszcze przed chwilą. 
— O. A co ty tu robisz? — Ku mojemu zdumieniu, przed drzwiami do Pokoju Wspólnego stała Bellatrix, ubrana w czarną długą spódnicę i dopasowaną bluzkę z gorsetem.
— No w końcu jesteś! — Odrzuciła na plecy swoje długie loki. — Od pół godziny kłócę się z tym cholernym ptakiem! — Wskazała na kołatkę w kształcie orła, która strzegła przejścia. 
Zmarszczyłam nos, ale nic na to nie powiedziałam, bo Bella z nieziemsko niecnym uśmieszkiem złapała mnie za rękę i prawie pobiegła ze mną w kierunku spiralnych schodów. 
— Dokąd idziemy? — pisnęłam.
— Jak to dokąd? Słyszałam, że dołączasz do naszej małej nocnej eskapady! Jestem z ciebie dumna, młodsza siostrzyczko. — Wcisnęła się przede mną na wielkie, kamienne schody, które przesunęły się niespiesznie w kierunku kolejnego piętra. 
— Nie do końca… To znaczy… Rookwood mnie zaprosił — bąknęłam, a Bella spojrzała na mnie wymownie.
— Rookwood cię lubi — oznajmiła swobodnie, zupełnie jakbyśmy rozmawiały o zapowiadanych na następny miesiąc upałach i ulewach.
Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć, więc siedziałam cicho. Bella zdawała się być dużo lepiej zorientowana w topografii zamku niż ja, bo po kilku minutach byłyśmy już w głównym hallu. Informacja o tym, że mogłabym się podobać komuś takiemu jak Augustus Rookwood, wciąż dudniła w mojej czaszce. Z drugiej strony, Bellatrix była znana ze swoich złośliwych żarcików i to równie dobrze mógł być jeden z nich.
— Chodź. Pokażę ci nasze przejście. — Otworzyła przede mną drzwi prowadzące do jednego z opuszczonych, ciemnych korytarzy pełnego pajęczyn i połamanych płyt podłogowych. Pod ścianami stały zakurzone ramy starych obrazów i podarte płótna, a na samym końcu znajdował się niepozorny, na wpół zniszczony posąg bez głowy. Przypuszczam, że przedstawiał jakąś wybitną czarownicę, bo ostała się obszerna suknia i bardzo kobiece dłonie, z których jedna trzymała ozdobną wagę. Bellatrix zatrzymała się przy statui i wyszeptała do niej coś, czego nie dosłyszałam. Rozległ się głuchy zgrzyt. Posąg przesunął się powoli na bok, odsłaniając niezbyt zachęcającą, czarną dziurę. Bella bez cienia strachu schyliła się i do niej weszła.
— No chodź! — zawołała przyciszonym głosem.
Mając nadzieję, że nie znajdę tam żadnych pająków, poszłam za nią. 
— Jesteśmy w lochach! — zawołałam zdumiona, gdy znalazłam się po drugiej stronie. 
Od razu poznałam ponurą, zielonkawą poświatę i omszałe, kamienne ściany. Bella spojrzała na mnie z pobłażaniem i poprowadziła mnie głębiej w ciągnące się w nieskończoność korytarze. Nigdy wcześniej nie byłam w Pokoju Wspólnym Ślizgonów, dlatego kiedy stanęłyśmy przed gładką, niepozorną ścianą, pomyślałam, czy może nie zbłądziłyśmy. 
Jormungand — powiedziała Bella konspiracyjnie, patrząc z satysfakcją na moją skonfundowaną minę.
Kilka kamieni w jak dotąd niczym nie wyróżniającej się ścianie odsunęło się na bok i odsłoniło przejście. Pokój Wspólny Slytherinu w ogóle nie przypominał okrągłej, jasnej wieży Ravenclaw, do której byłam przyzwyczajona. Zamiast tego Ślizgonom dostało się pomieszczenie, które przywodziło na myśl wielki, tajemniczy zatopiony statek, który teraz spoczywał na dnie oceanu. Zielona poświata wpadająca do środka przez witrażowe okna musiała pochodzić od Wielkiego Jeziora, a kamienne ściany i wiszące na nich ponure obrazy przedstawiające sławnych Ślizgonów tylko przydawały wszystkiemu ezoterycznej atmosfery. W kominku trzaskał ogień, ale i tak wszędzie panował przejmujący chłód. Zielone fotele i kanapy były też dużo bardziej zadbane od naszych, zupełnie jakby skrzaty poświęcały im o wiele więcej uwagi.
Poszłam powoli za Bellatrix, której wysokie obcasy stukały miarowo o kamienną podłogę. W Pokoju Wspólnym byłyśmy tylko my i spora grupa siódmoklasistów, rozprawiających ze sobą wesoło. Zaraz wyłapałam z tłumu donośny, szorstki śmiech Mordreda.
— Rookwood! — zawołała naraz głośno Bella, a ja spłonęłam bezsensownym rumieńcem. Pociągnęła mnie w kierunku grupki, która wyglądała już na bardzo gotową do wyjścia. 
Augustus Rookwood wystąpił na przód, a kiedy mnie zauważył, uśmiechnął się szeroko, znów pokazując imponująco równe i piękne zęby. Nikt nie miał na sobie szkolnej szaty. Prawie wszyscy chłopcy byli ubrani w modne tweedowe marynarki i skórzane buty. Jeszcze nigdy nie widziałam w Hogwarcie tak dobrze ubranych uczniów. Czyżbym nie tylko ja po kryjomu lubiła mugolską modę? Sądząc po ilości fryzur à la Jay Gatsby — istniała taka szansa.
— Witaj Andromedo — powiedział miękko, a ja pomachałam mu niezręcznie.
Mordred Lefay przewrócił oczami, wyraźnie niezbyt zadowolony z mojej obecności. 
— Nie wiedziałem, że będziemy dziś dorabiać jako opiekunki do dzieci — burknął, ale zaraz tego pożałował, bo Bellatrix nastąpiła mu na stopę.
— Och, niezdara ze mnie! — Zatrzepotała rzęsami.
Oczy zaszły Mordredowi łzami i zaczął udawać nagły napad kaszlu, by to ukryć. Nie powiem, żeby nie był to satysfakcjonujący widok.
— Dobra, idziemy w końcu, czy nie! — zarządził Michael Avery, narzucając na siebie skórzaną kurtkę. Klepnął Mordreda w plecy.
Jakaś Ślizgonka, której imienia nie znałam, związała platynowe loki na czubku głowy i uniosła w gorę jeden palec.
— Chwileczkę. — Spojrzała na zegarek. — Dobrze. Możemy iść. Filch powinien już być na siódmym piętrze. Belindo, masz moją torebkę?
Hogwart po zmroku, a zwłaszcza lochy, nagle wydały mi się straszne. Palące się wokół pochodnie rzucały na podłogę długie cienie, a przejmującą ciszę przerywały tylko nasze kroki i szelest płaszczy. Ślizgońska kopia Brigitte Bardot dowodziła grupą, co jakiś czas odmierzając na zegarku warty woźnego na kolejnych piętrach zamku. Poprowadziła nas bezbłędnie w stronę przejścia na wiadukt.
— Gdzie idziemy? — zapytałam po cichu Bellatrix, która spojrzała na mnie konspiracyjnie i przycisnęła palec wskazujący do pomalowanych ciemną szminką ust.
Zamknęłam się więc i poszłam za resztą w kierunku bocznego wyjścia z zamku. Skręciliśmy za wiaduktem w stronę głównego hallu i tam zatrzymaliśmy się na chwilę. 
— Rozdzielamy się — zarządziła Brigitte piskliwym, poważnym głosem, pokazując na swoich kolegów. — Avery. Ty, Mordred i Paul pójdziecie ze mną i z Belindą do przejścia na piątym piętrze. Reszta ma dokładnie pięć minut na dotarcie do lustra na czwartym, zanim złapie was Filch. — Spojrzała na zegarek i kiwnęła głową. — Teraz. Widzimy się po drugiej stronie! — Mrugnęła łobuzersko do Bellatrix i pobiegła pierwsza na górę.
— W porządku. — Bella złapała mnie za ramię i wskoczyła zgrabnie na nadjeżdżające właśnie z pierwszego piętra schody.
Weszliśmy na nie wszyscy i kontynuowaliśmy nocną eskapadę wśród donośnego chrapania portretów i urywanych, podekscytowanych oddechów każdego z nas. Łamanie zasad coraz bardziej mi się podobało. To znaczy… Aż do momentu, kiedy tuż za drzwiami  prowadzącymi na czwarte piętro ktoś złapał mnie silnie za rękę i przycisnął do kamiennej ściany.
— Kuzyneczko najdroższa! — W półmroku rozległ się szczerze przeze mnie znienawidzony głos. Mocna ręka kuzyna Evana oplotła moją talię, a ja zadrżałam z obrzydzenia, gdy położył mi drugą dłoń na ustach. Pisnęłam zaskoczona, starając się wyrwać, ale nikt mnie nie słyszał. Cała grupa poszła przodem. Drań musiał specjalnie poczekać na moment, aż zostanę w tyle.
— Jak miło cię widzieć. — Jego wąskie usta rozciągnęły się w paskudnym uśmiechu, a wodniste niebieskie oczka zaczęły mnie świdrować od góry do dołu. Czego znowu chciał? 
Próbowałam go kopnąć, ale w rezultacie przycisnął mnie do ściany mocniej i walnął moją głową tak silnie, że zobaczyłam przed oczami gwiazdy. Jęknęłam z bólu, teraz już naprawdę bezradna. 
— Nie wiem skąd się tu nagle z nami wzięłaś, ty durna gówniaro, ale dopilnuję, żeby znalazł cię Filch! — Wyciągnął z kieszeni różdżkę, uśmiechając się obrzydliwie i pokazując pożółkłe uzębienie. — Trzeba było nie szukać wrażeń tam, gdzie nikt cię nie chce.
Z satysfakcją zauważyłam w jego obrzydliwej paszczy jedną nadłamaną jedynkę, której rodzice dotąd mu nie naprawili. To było moje dzieło. Kiedyś pociągnął mnie za warkocze tak mocno, że moja głowa odskoczyła do tyłu i walnęła go prosto w szczękę. Został mi wtedy po tym wielki guz, ale był tego wart.
— Nie wiem jak twój durny ojczulek mógł w ogóle wyjść z propozycją małżeństwa — parsknął, oglądając mnie od góry do dołu. Nachylił się do mojego ucha. Znów przeszedł mnie dreszcz obrzydzenia. — Twoja siostra to jeszcze, ale ty… Wyglądasz jak wasza zdzirowata matka.
Tego już za wiele. Jak śmiał mówić mi coś takiego! Tak jakbym w ogóle mogła za niego wyjść, przecież tak bliskie relacje musiały być nielegalne! Znalazłam w sobie dość siły, by wyślizgnąć się z jego uścisku i bez namysłu ugryzłam go w dłoń aż do krwi. Dokładnie w momencie, kiedy krzyknął, usłyszałam przed nami szybkie kroki. Zmartwiałam z przerażenia.
— Ty głupia kurwo! — jęknął Evan, obserwując krwawiącą rękę z taką miną, jak gdybym mu zadała co najmniej ranę śmiertelną.
— Filch! — szepnęłam tymczasem w przestrachu, nie mając czasu się rozczulać nad tym głupim dzieckiem.
— Co tu się dzieje? — Na szczęście się myliłam. W świetle pochodni zobaczyłam Rookwooda, którego twarz w obecnej sytuacji wydała mi się od razu najpiękniejszą i najbardziej przyjazną na świecie. Podbiegłam do niego czym prędzej, patrząc jeszcze kontrolnie na Evana, który próbował się pozbyć rany zaklęciem. 
— Nic ci nie jest? — zapytał Augustus, obserwując nas poważnie i próbując wywnioskować o co chodzi.
— Ta kurwa mnie ugryzła! — Mój kuzyn jęknął co najmniej tak wysoko, jakby znów przechodził mutację.
— Nie ciebie pytałem, Rosier. — Rookwood wziął mnie za rękę i pociągnął głębiej w korytarz, nawet się nie oglądając na Evana. — Chodźmy.

*

[transkrypcja nagrania z dnia 31.05.1983]

[…]

Andy! Teddy był absolutnym słodziakiem! Jak mogłaś go tak olać?

[śmiech] Jakoś wtedy mnie nie interesował. Nie patrz tak na mnie, nie wiem dlaczego!

Bo głupia jesteś, ot co.

[…]

Nigdy bym nie przypuszczała, że byłaś taką buntowniczką.

Nie byłam żadną buntowniczką.

Nie? A wymykanie się po nocy ze Ślizgonami, wieczorne eskapady z Rookwoodem…?

Przestań. Rookwood-…

Był totalnym przystojniakiem, tak jak Lefay.

Może…

Aż się dziwię, że wciąż wyglądają tak dobrze. Widziałaś zdjęcia listów gończych?

Te w „Proroku“?

Tak. 

Wyglądają dobrze. Ale co z tego?

Pewnie i tak ich nie skażą…

Pewnie nie. Siedzą za blisko biurka Ministra.

Czy to nie jest absolutnie dziwne? To są przecież chłopcy, z którymi chodziłyśmy do szkoły.

Dziwne jest to, że nasze pokolenie ma więcej przyjaciół na cmentarzu, niż nasi dziadkowie. I to wszystko dzięki tym… Chłopcom.

I tu się z tobą zgodzę. Właściwie… Z tego wszystkiego żałuję tylko jednej rzeczy.

Czego?

Tego, że nie rozprawiłyśmy się szybciej z Evanem Rosierem! Co za obrzydliwe prosię! Gdybym wtedy znała wszystkie szczegóły-…!

[śmiech] Spokojnie. I tak dostał to, na co zasłużył.

O tak. Tutaj masz rację, moja droga.

Jak zwykle…

Nie bądź bezczelna, dobrze?



Augustus Rookwood, 1971



6 komentarzy:

  1. Dobraaa...
    Już wiem, dlaczego mi pożałowałaś transkrypcji. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, si? :)
    To taki straszny fragment, który dotyka zarówno najciekawszej, jak i najbardziej po macoszemu potraktowanej sprawy.

    "Czy to nie jest absolutnie dziwne? To są przecież chłopcy, z którymi chodziłyśmy do szkoły".

    "Dziwne jest to, że nasze pokolenie ma więcej przyjaciół na cmentarzu, niż nasi dziadkowie. I to wszystko dzięki tym… Chłopcom".

    Nie ma nic bardziej kręcącego niż początki Śmierciojadów i cały okołowojenny burdel. Wypełniaj tę lukę na zdrowie, a ja będę czytać i wzdychać do tych wszystkich słodziaków.

    Ogółem, w zalewie słodziaków już nie wiem, kogo wolę. Byłam pewna, że skupię się na Tedzie, a tu masz! Rookwood! Myślę, że obie wiemy, iż on będzie musiał odegrać naprawdę znaaacznie większą rolę. Nieważne, co tam sobie planowałaś, Rookwood zostaje.
    Ha!

    OdpowiedzUsuń
  2. Teen Vogue miało pierwsze wydanie w marcu 2003 roku, więc jeśli Andy nie umie przenosić się w czasie, to ta jej kolekcja mogła być trochę bez egzemplarzy, cóż. Ale sprawdziłam, bo sama nie byłam pewna. Ciocia Wikipedia tak mówi, chyba że się myli.

    Rookwood musi zostać, bo jak głosi stare mądre przysłowie, ładne nie jest złe. Serio, ja nie mogłabym stwierdzić, że nie jest przystojny, a jak dodać do tego takie słodkie zauroczenie Andy, to już w ogóle, jejku. ❤
    No, a raczkujący Śmierciożercy są cudowni. Baaaardzo charyzmatyczni i nie wiem, czy bym do nich nie dołączyła gdyby mi obiecali, że w zestawie dostanę chłopaka w marynarce i sukienkę w której będę dobrze wyglądać. Serio, nie dziwię się, że tylu młodych ludzi dołączyło do Voldemorta. [o tym, jak okropnie genialnie wygląda Mroczny Znak już nie wspomnę.]
    Teddy jest słodki, ale chyba nie mój typ, nie mogę go tak naprawdę mocno polubić. Znaczy lubię go, ale nie tak mocno-mocno, tylko tak trochę. Ale tutaj poziom mojej sympatii do niego znacznie wzrósł, i to typowe ,,co powiedzą koledzy". Umarło mnie to całkowicie.
    O, i ja się jeszcze wypowiem o transkrypcji. Zdjęcia gończe w Proroku bolą, fakt, w ogóle te transkrypcje są dramą i przyprawiają o zawał. Ale co chciałam powiedzieć, to Andy faktycznie głupia jest. No bo żeby tak brzydko zignorować fakt, że ma przed nosem pięknego Teddy'ego, pięknego Rookwooda i pięknego Mordreda! Jeśli oni będą wolni, to ja jednego zajmuję. Marynarki są fajne.
    Żeby praca nie dawała w kość i takiego ślicznego Lefaya i Rookwooda.
    Aha, no i ja czekam na Snape'a, niezależnie od poziomu fangirlingu Snape zawsze gdzieś jest. Teraz na drugim planie, ale i tak czekam, bo młody Snape to dobry Snape.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Omg dzięki za wytknięcie, aż tego nie sprawdziłam tylko poleciałam z tym Teen :) Już zmieniłam!

      Rookwood zostaje, niniejszym pokochały go miliony! (to znaczy ty, ja i Szalona) Śmierciożercy mają klasę! Jebani… Teddy jeszcze się wyrobi, ale jak on może konkurować z mroczniakami, no jak? Na razie znaczy… Khm, no spoilers.

      Dzięki :) Oby życzenia się spełniły haha. No i OCZYWIŚCIE że będzie Snape, bo u mnie Snape jest zawsze, Snape jest najlepszy! Tylko na razie ma osiem lat :P Snape Snape <3 Khm. Dobra, czas iść na wykłady, bleh! Ale już planuję rozdział szósty, może pojawi się trochę szybciej niż ten.

      Ściskam mocno!

      Usuń
    2. no żesz, popełniłam kolejne opko, tym razem w bardzo miłym towarzystwie. więc w sumie popełniłyśmy.
      blog w budowie, kombinujemy z szablonem, czekamy, aż beta zacznie działać, więc generalnie jeszcze trochę niedopracowane, ale chciałaś linka, jak coś napiszę, więc oto jest.
      fabuły ci nie opiszę, bo improwizujemy na całego. zobaczymy, jak się historia potoczy; na pewno dużo Snape'a, młodego Snape'a, i Hermiony. (przyznam się. to jest Sevmione. nie bij, obiecuję, że będzie bez całowania i seksu.)
      więc jeśli chcesz, to zapraszam w imieniu wszystkich, a jak nie, to nie ma problemu. myślę, że nowy tFór powstanie w przeciągu miesiąca, może dwóch, bo fabuła rozplanowana, ogarniam szczegóły. to tak jakby coś.
      pozdrawiam i ściskam. żeby życie było znośne, bo wiosna idzie :)
      http://przyszlosc--bez--przeszlosci.blogspot.com/
      (serio, nie bij.)

      Usuń
  3. Dobra, ja wiem, ze jestem zła i niedobra, ale naprawdę zapomniałam skomentować. Galopująca skleroza, nie zabijaj.
    Rozdział oczywiście jak zwykle majstersztyk. Ted Tonks i jego śmiertelne oburzenie urocze oraz mocno zrozumiałe - na jego miejscu też bym sie oburzyła, choćby profilaktycznie, gdyby jakaś wiecznie nadąsana czystokrwista snobka nazwała mnie mugolaczką. Z drugiej strony równie uroczo wygląda niezrozumienie Andy, że nie należy w podobny sposób zaczynać rozmowy, zwłaszcza gdy chce sie coś uzyskać :D
    Ja doskonale rozumiem, ze gdy opisuje się przyszłych morderców jako nieco szalonych, ale w gruncie rzeczy sympatycznych nastolatków, potrzebny jest jakiś inny czarny charakter, ale kuzyn Evan jest... no cóż, przynajmniej mocno przerysowany. Zastanawiam sie, czy to celowe - rozumiem, że wiele rzeczy moze wynikać ze spojrzenia Andy na świat, a zwłaszcza na znienawidzonego kuzyna. Ciotka Walburga i Cyzia (swoja drogą, co za paskudne zdrobnienie, angielskie Cissie brzmi o wiele lepiej) też są dość przerysowane. A moze to po prostu arystokratyczna maniera, trudno mi stwierdzić.
    Za chaotyczność i błędy przepraszam, pisane pod ławką na wykładzie ;p A telefon jest głupi i czasem poprawia w zupełnie niekontrolowany sposób.
    Pozdrawiam,
    Bea

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz <3 Właśnie jeśli chodzi o Evana - on jest skrzywiony psychicznie od dziecka. Taki typowy dziecięcy dręczyciel, który wyrasta na psychola. Próbowałam to pokazać. Do tego rozpuszczony, bo zawiedziony nim ojciec w ogóle się nim nie interesował... Potem będzie o tym więcej, no ale w związku z tym, że wszystko jest z perspektywy Andromedy, sama widzisz. Nie będzie to obiektywne. Nowy rozdział pewnie wkrótce! Jak ogarnę siebie, pracę i... Życie xD które jest paskudne. Wyjąwszy fanfiki.

      Pozdrawiam,
      O.

      Usuń