Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

26 maj 2016

Rozdział XV


A/N: Rozdział pojawił się z opóźnieniem, za co bardzo przepraszam. Niestety świat wali mi się czasem na głowę. Mam nadzieję, że długość i ilość intryg trochę wynagrodzi czekanie. Pewna osoba robi tu dziś mały reprise. Więcej o niej tu.


Roger, circa 1923


Madame Malkin wiedziała o szyciu więcej niż Coco Chanel, a przy tym wypowiadała się z autorytetem godnym Churchilla. Nigdy nie owijała w bawełnę. Jeśli robiłam coś źle, nie wahała się tego wytknąć i nie przebierała też w słowach — choć być może to ostatnie zrobiłoby na mnie o wiele większe wrażenie, gdybym już od dzieciństwa nie była przyzwyczajona do dużo gorszego rozstawiania po kątach. Śmiem twierdzić, że na tym etapie już chyba mało co mogło mną wstrząsnąć. Madame nie znała mojej historii, a nawet jeśli, to prawdopodobnie otrzymała wybrakowane informacje z drugiej ręki. Przypuszczam, że to dlatego mnie nie chroniła i od razu kazała oddzielić przeszłość grubą kreską. Ignorowała moje wycofanie i zmuszała do jak najczęstszej interakcji z klientkami. Początkowo czułam wyłącznie wewnętrzny sprzeciw, ale teraz wiem, że mam za co jej dziękować. Zanim ją poznałam, wierzyłam, że życie to podła droga prowadząca do powolnej śmierci. Nie zaprzeczyła moim poglądom, ale utwierdziła w przekonaniu, że w czasie tej pełnej wybojów trasy trzeba dbać przede wszystkim o siebie — wtedy jest zwyczajnie łatwiej.
Madame miała również dość niekonwencjonalne podejście do krawiectwa. Według niej, odpowiednia jakość materiału stanowiła dziewięćdziesiąt procent sukcesu. Dobry projekt i solidny warsztat to tylko kosmetyka. Dlatego właśnie większość z dostępnych w jej zakładzie tkanin była importowana aż z Indii i Japonii. Lokalnie zamawiała wyłącznie nici, a wysyłała po nie skromną niżej podpisaną. Muszę przyznać, że gdy po raz pierwszy od kilku tygodni miałam wyjść sama na Pokątną, nieustannie zaciskałam dłoń na różdżce i oglądałam się przez ramię, a chociaż byłam ukryta pod peleryną z szerokim kapturem, to i tak czułam się jak kaczka na celowniku. Każda postać w czarnej szacie wzbudzała we mnie niepokój i wzmożoną czujność. Madame Malkin pozostawała jednak nieugięta i konsekwentnie zbywała moją paranoję, aż w końcu pewnego dnia ja sama też o niej zapomniałam. 
Pierwszego września, z samego rana, wracałam do sklepu z paczką nici pod pachą i głową pełną pomysłów na nowe szaty. Podobała mi się moja praca. Czułam, że odnalazłam swoje miejsce. Od jakiegoś czasu podczas spacerów po Pokątnej nie chowałam się już pod kapturem, bo po przeprowadzonej przez moją szefową metamorfozie musiałam otwarcie przyznać, że nawet ja sama miewałam problemy z rozpoznaniem własnego odbicia w lustrze. Nie myślałam też o różdżce w mojej kieszeni, ani o ludziach w czarnych szatach. Jedyną osobą, o której nie przestawałam myśleć, był wujek Alden. Brakowało mi go. Czasem wyobrażałam sobie, jakie złośliwe komentarze padłyby z jego ust na temat mojego nowego l’image i robiło mi się odrobinę ciężko na sercu. Zastanawiałam się, ilu bliskich jeszcze przyjdzie mi stracić. Wojna pomiędzy czarodziejami stawała się przerażającą rzeczywistością. Coraz częściej widywałam ludzi szepczących do siebie konspiracyjnie, nagle odwracających wzrok, gdy dostrzegali kogoś w oficjalnym umundurowaniu aurorskim. 
To też było zastanawiające. Ostatnio widywałam aurorów coraz częściej, nie tylko na Pokątnej. Nie były to do końca patrole, ale wycieczki krajoznawcze z pewnością też nie. Nadal prenumerowałam „Proroka Codziennego“. Moja skromna na razie pensja nie pozwalała na zbyt wiele, ale te kilka sykli byłam w stanie poświęcić. Nieustannie śledziłam każdy trop, który mógłby pokazać, co teraz knuje Riddle. Przynajmniej nie czułam się już jak mała dziewczynka pozostawiona samej sobie na samym środku wielkiej sali. Teraz umiałam się bronić.
Hogwart pozostawał już w ogóle ostatnią rzeczą na liście dylematów. Nie dostałam ze szkoły nawet jednej sowy, Demeter też przestała pisać, a jedyną osobą z tamtego świata, z którą miałam kontakt, był Ted. Obiecał porwać mnie gdzieś w piątek wieczór, a ja zamierzałam mu na to nader chętnie pozwolić. Rozdział szkoły uważałam za zamknięty. Miałam pracę, w pewnym sensie nie musiałam się przejmować pieniędzmi ani przyszłością. Postanowiłam, że wraz z osiągnięciem pełnoletności zacznę sama ćwiczyć zaklęcia. Życie w końcu zaczynało wracać na właściwy, spokojny tor — tak przynajmniej sądziłam, bo los to jednak złośliwa istota i pomimo moich nieustających wysiłków, by zapomnieć o przeszłości, ona postanowiła mieć ostatnie słowo.
Gdy w ten wyjątkowo słoneczny poranek mijałam księgarnię Esy i Floresy, w oko wpadło mi trzech eleganckich mężczyzn, ubranych w identyczne czarne garnitury, meloniki i białe rękawiczki. Jeden z nich wydał mi się więcej niż znajomy, choć nie mogłam dostrzec jego twarzy. Gdy dwóch pozostałych podchwyciło moje spojrzenie, momentalnie ucięli rozmowę, czekając, aż sobie pójdę. Przystanęłam i tę właśnie chwilę wybrał ten trzeci, by się obrócić. 
— Roger! — zawołałam w osłupieniu. 
Poznał mnie od razu. Uśmiechnął się, choć swoim zwyczajem bardzo oszczędnie, po czym zdjął kapelusz i skłonił się przede mną powoli.
Madame.
Osłupiałam. Nigdy nie widziałam, by się przed kimś kłaniał.
— Roger, co tu robisz? — Podeszłam bliżej, ale on nie odpowiedział.
Milczeliśmy chwilę, dopóki jeden z kolegów nie położył mu ręki na ramieniu. To zdało się go nieco rozbudzić. Rozejrzał się szybko, zupełnie jakby ktoś mógł nas obserwować, po czym założył z powrotem melonik i razem ze swoimi dwoma towarzyszami wmieszał się w tłum. Nie próbowałam go gonić, a on ani razu się nie odwrócił.
Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam, ale to było nasze ostatnie spotkanie. Dopiero po wojnie udało mi się dowiedzieć czegoś więcej o dalszych losach Rogera, a raczej — to on postanowił dopuścić mnie do swojej tajemnicy. W maju 1983 roku otrzymałam bardzo ładną widokówkę z Paryża. Na odwrocie, okrągłym i staroświeckim pismem, nasz były lokaj gratulował mi wydania książki, która w swojej drugiej edycji nie musiała być już dłużej anonimowa. Wielokrotnie podkreślał, że szczególnie podobały mu się opisy ciotki Walburgi, a w postscriptum dodał, że zrezygnował z pracy dla mojego ojca jeszcze tego samego wieczora, podczas którego po raz pierwszy spotkałam się oko w oko z Tomem Riddle’em. 
Tu muszę wyjaśnić, że sytuacja była nader precedensowa, bo służba pracująca dla starych czarodziejskich rodzin to, zgodnie z tradycją, ludzie, który niczym kapitan opuszczali tonący okręt jako ostatni. W momencie odejścia z pracy, tajemnice rodowe, które Roger latami gromadził w pamięci, mogły nawet zagrozić jego życiu — szczególnie w obliczu czarodziejskiej wojny, dlatego postanowił wyemigrować i, o ile wiem, już nigdy nie wrócił do Anglii.
Drogę powrotną spędziłam w głębokim zamyśleniu. Zastanawiałam się, co działo się z moimi siostrami. Przez jakieś paradoksalne poczucie sentymentu chciałam wiedzieć, co się z nimi dzieje. Domyślałam się jednak, że prawdopodobnie już nigdy więcej się nie spotkamy. Myliłam się, chociaż faktycznie, upłynie jeszcze trochę czasu, zanim je ponownie zobaczę. I całe szczęście, bo do tego czasu zdążę nauczyć się wielu przydatnych zaklęć.
Ledwie tylko wróciłam do sklepu, rozłożyłam nici w gablocie i usiadłam przy maszynie, by zebrać myśli i popracować nad oczekującymi zamówieniami, dzwonek nad drzwiami zabrzęczał tak donośnie, że niemal podskoczyłam. Do sklepu weszła kobieta w wieku trudnym do określenia, a roztaczała wokół siebie aurę takiej władzy, że mimowolnie podniosłam się z miejsca, by ją przywitać.
— Dzień dobry — powiedziałam, najuprzejmiej jak umiałam.
— Dzień dobry — odparła dama, rozglądając się wokół niczym przybysz z daleka, który powrócił do starych kątów.
Miała na sobie elegancki płaszcz, który był jeszcze stanowczo za ciepły na wrzesień. Nie potrzebowałam się bardziej przyglądać, by rozpoznać włoski projekt. Drogi materiał i staranne zebranie szwów mówiło samo za siebie. Fakt, że dama ubierała się niestosownie do pogody, ale według najnowszych trendów, utwierdził mnie w przekonaniu, że ani chybi miałam do czynienia z arystokracją. Odkrycie to bynajmniej nie sprawiło, żebym poczuła się choć trochę pewniej. Sama zaczynałam zapominać, że kiedyś byłam częścią tamtego świata.
— Czym mogę pani służyć? — zapytałam, z niewiadomych względów czując się jak zdenerwowana uczennica podczas egzaminu.
W tej kobiecie było coś takiego, co nie pozwalało się do niej zwracać bez użycia wszystkich dostępnych form grzecznościowych.
— Proszę zawołać madame Malkin. — Nieznajoma poprawiła jedwabny szal owinięty wokół zgrabnej szyi i wbiła we mnie ponaglające spojrzenie.
— Z tego co mi wiadomo, jest teraz zajęta. — Zacisnęłam szczęki, co robiłam zawsze, gdy czułam się niepewnie. — Jeśli pani pozwoli, mogę-…
— Nie trzeba — ucięła dyskusję ostro i ruszyła w stronę kanapy, na której zasiadła z gracją. — Poczekam — oznajmiła władczo.
Teraz nie miałam już żadnych wątpliwości, że musi posiadać jakiś tytuł. Nie poznawałam jednak jej rysów twarzy, a w akcencie dało się dosłyszeć obce nuty, które już kompletnie zbijały z tropu. Chcąc nie chcąc, podążyłam na zaplecze, gdzie madame Malkin paliła papierosa i masowała w zamyśleniu lewą skroń. Na mój widok zmrużyła ostrzegawczo oczy.
— Czego chcesz?
— Jakaś pani… — zaczęłam, a madame zgasiła niedopałek ze zniecierpliwieniem.
— Jaka znowu? — Wstała i wygładziła kremową szatę, rzucając sobie jeszcze krytyczne spojrzenie w nieco zakurzonym lustrze wiszącym na ścianie.
— Wygląda na umówioną — odparłam z wahaniem, zorientowawszy się teraz, że zapomniałam zapytać o nazwisko klientki.
Madame Malkin fuknęła na mnie i wyszła energicznie z gabinetu, a ja podreptałam za nią, niepewna tego czy będziemy obsługiwać, czy wyganiać niezapowiedzianego gościa. Dama, rozparta na bordowej kanapie, nawet się nie poruszyła odkąd ją tam zostawiłam. 
— Ariadna Malkin. — Moja szefowa wyciągnęła zdecydowanie szczupłą dłoń w kierunku nieznajomej. Ta uścisnęła ją z równą werwą, ale się nie przedstawiła. 
— Czym mogę służyć? — Madame zaczynała się niecierpliwić, a tymczasem zagadkowa kobieta podniosła się z miejsca i podeszła do manekina, na którym znajdowała się elegancka suknia w kolorze dojrzałej śliwki. 
— Kto to zaprojektował? — zapytała głośno.
Zapadła bardzo niezręczna cisza, aż w końcu, ponaglona zirytowanym spojrzeniem madame, odparłam:
— Ja.
Kobieta uśmiechnęła się enigmatycznie i obejrzała suknię dokładniej.
— Potrzebuję czegoś podobnego. Słyszałam o pani aż w Moskwie. — Tu zwróciła się do mojej szefowej, która ze stoickim spokojem otworzyła wielką księgę leżącą na przeszklonej ladzie. W tym okazałym woluminie znajdowały się nazwiska wszystkich klientów oraz terminy na zamówione kreacje.
— W tej chwili nie mamy nic wolnego. Czy odpowiada pani październik? — zapytała chłodno, nieprzekonana pochlebstwami.
— Wykluczone!
Dama podeszła powoli do madame Malkin, mierząc się z nią na spojrzenia. W końcu moja szefowa się złamała i powiedziała oschle:
— Aczkolwiek być może wyrobimy się do końca września, jeśli zgodzi się pani na mój projekt i wykonanie asystentki. — Tu wskazała na mnie, a ja spojrzałam na nią szybko, zaskoczona tymi nagłymi względami. 
Nigdy wcześniej nie dano mi tak dużej szansy, więc na wszelki wypadek milczałam, nie chcąc jej zaprzepaścić.
— W porządku. — Dama wyjęła z torebki srebrną portmonetkę. — Ile wynosi zaliczka?
— Dziesięć galeonów. — Madame Malkin zamoczyła pióro w kałamarzu i zatrzymała stalówkę tuż nad papierem. — Wpisuję koniec września. Pani nazwisko?
— Oleńska — oznajmiła, z autorytetem godnym królowej. 
— Adres?
— Słucham? — Położyła pieniądze na ladzie, patrząc podejrzliwie na pióro madame Malkin.
— Preferuje pani przesyłkę czy odbiór osobisty?
— Przyjdę osobiście. — W tym momencie Oleńska rozejrzała się po sklepie, jak gdyby coś przeczuwając. 
Gdy tylko odwróciła się z powrotem, dzwonek nad drzwiami zadźwięczał donośnie. Do sklepu wszedł chyba najmniej oczekiwany gość, wyrzucając przedtem niedopałek papierosa na bruk Pokątnej.
— Co tu robisz? — Madame Malkin, jak już wspominałam, nie lubiła ukrywać swoich prawdziwych uczuć. 
— Ciebie też miło widzieć. — Alastor Moody uśmiechnął się sardonicznie, na chwilę zawieszając wzrok na naszej klientce, która wydawała się być zdegustowana jego widokiem.
Muszę jej tu poniekąd zwrócić honor, gdyż Łowca, należy to przyznać, nie był zbyt przyjemny dla oczu. Oleńska zapięła torebkę i przyjęła od madame Malkin kwitek z potwierdzeniem zamówienia. 
— Prowadzi pani biznesy z tego typu ludźmi? — Wskazała na aurora, który poprawił swoje okulary przeciwsłoneczne i wykrzywił się jeszcze bardziej. 
— To… Mój daleki krewny — fuknęła moja szefowa przez zęby, podczas gdy nowa klientka uśmiechnęła się z wyższością i ruszyła w stronę drzwi.
Ku mojemu zdumieniu, Moody znalazł się przy nich zaraz i otworzył je przed nią. Oleńska obrzuciła go taksującym spojrzeniem i ponownie poprawiła szal.
— Czy my się już gdzieś nie spotkaliśmy? — zapytał.
— Proszę być poważnym! — Zaśmiała się drwiąco, ale zanim przekroczyła próg sklepu, auror złapał ją za ramię.
— Jak się pani nazywa?
Ja i madame Malkin przyglądałyśmy się tylko tej scenie, z jakiegoś powodu nie czując się na miejscu, by im przerywać.
— Co też pan wyprawia, proszę mnie puścić! — Wyrwała się z jego uścisku, podnosząc głowę z godnością, choć by spojrzeć mu w twarz musiała ją zadrzeć całkiem wysoko. 
— Czy pan wie, z kim ma do czynienia?! — zagrzmiała. — Jestem żoną rosyjskiego ambasadora!
Łowca parsknął pod nosem.
— Dagmar Oleńska?
Hrabina Oleńska — dodała z naciskiem. 
— Słyszałem o pani.
— Ja nigdy nie słyszałam o panu, ale mój mąż na pewno usłyszy! — To powiedziawszy, wymaszerowała ze sklepu z taką werwą, że nie sądziłam, by tu jeszcze kiedyś powróciła. 
Nie wyglądała mi na taką, której nie stać było na wyrzucenie w błoto dziesięciu galeonów w imię urażonej dumy. Z tego samego założenia musiała wyjść madame Malkin, bo gdy tylko drzwi zatrzasnęły się za hrabiną, ruszyła w stronę Moody’ego niczym lew na ofiarę.
— Czy ty uparłeś się odstraszać mi klientki?! Co też najlepszego wyprawiasz?!
— Uspokój się, to nie żadna klientka. — Złapał ją za nadgarstek, gdy się na niego zamachnęła, więc dała mu w twarz drugą dłonią. 
Moody wydał z siebie stłumiony warkot, patrząc na nią na chwilę w milczeniu, podczas gdy ona gotowała się ze złości.
— Lepiej ci? — Moody nadal ją trzymał, a jej spojrzenie, jestem tego pewna, mogłoby zabijać, gdyby tylko włożyła w to jeszcze odrobinę więcej wysiłku.
— Nienawidzę cię czasami, wiesz?!
— Zdążyłem się zorientować.
— Czego tu w ogóle chcesz! — syknęła, a on zaśmiał się cynicznie i ją puścił, odsuwając się na parę kroków i poprawiając swoje okulary.
— Musimy porozmawiać. — Teraz przeniósł wzrok na mnie, ale ja, szczerze mówiąc, nie miałam za bardzo ochoty na rozmowę z nim.
— O czym? — zapytałam, siląc się na spokój.
— Na osobności — odparł stanowczo.
— O, wypraszam sobie! Po tym jak wystraszyłeś mi klientkę, której zamówienie spokojnie miało szansę opłacić mój czynsz, mam prawo wiedzieć co knujesz! — oburzyła się madame Malkin. 
— Nie rzucaj się na mnie, nie wiesz o czym mówisz.
— Hrabina-…!
— Hrabina Oleńska to przebiegła morderczyni poszukiwana przez cały Interpol — odburknął, z wyraźną satysfakcją obserwując, jak mojej szefowej rzednie mina.
— Żona ambasadora-…? — powiedziała słabo, ale zaraz potrząsnęła platynowymi lokami i wybuchła ponownie: — I pozwoliłeś jej tak po prostu wyjść?!
— To nie moja jurysdykcja, księżniczko. 
— Ale Interpol-!
— Jest mugolski — uciął. — Niech się z nią męczą, pewnie i tak zaraz znowu zwieje za granicę.
— Nie wyglądała mi na morderczynię — wtrąciłam się nagle, węsząc podstęp.
— One nigdy nie wyglądają, zaufaj mi. — Wyjął papierosa z paczki wciśniętej do wewnętrznej kieszeni płaszcza i zapalił go różdżką. — Mężowie Oleńskiej natomiast mają ciekawy zwyczaj padania jak muchy.
Spojrzałyśmy na siebie z madame Malkin, ale nie powiedziałyśmy już nic więcej.
— W każdym razie. Pakuj się, mała — rzucił do mnie, dmuchając dymem w stronę manekina z moim projektem.
— A to niby dlaczego? — Zaczynałam mieć dosyć bycia rozstawianą po kątach, więc nie ruszyłam się nawet o krok.
— No proszę. — Uśmiechnął się nikczemnie. — Zostawiam cię na miesiąc i widzę, że nie tylko włosy się zmieniły. 
— Nigdzie nie idę — odparłam na to zdecydowanie.
— To niestety nie twoja decyzja.
— Jeśli nie moja, to czyja?
— Albus ma z tobą do pogadania. 
Wykrzywiłam się z niesmakiem. 
— Chętnie się z nim spotkam, ale nigdzie się stąd nie ruszam.
— Mam wyraźne rozkazy, skarbie.
— Cóż, wyrazy głębokiego współczucia. — Zmrużyłam groźnie oczy, krzyżując ręce na piersi. — Nigdzie nie idę. 
— Sugerujesz, że najpotężniejszy czarodziej dwudziestego wieku ma się tu przytargać dla ciebie? — Zgrzytnął zębami, rzucając niedopałek na dywan, na co madame Malkin zareagowała krzykiem godnym banshee.
— Wynoś się! — Wskazała mu drzwi, co Moody kompletnie zignorował. 
Podszedł do mnie, górując wzrostem i próbując zrobić jak największe wrażenie. Owszem, wzbudzał respekt, ale jak już mówiłam, na tym etapie zastraszanie mnie miało marne szanse na sukces. Obrosłam w piórka.
— Wracasz do Hogwartu — poinformował mnie, na co ja parsknęłam tylko śmiechem, bo szczerze mówiąc nie byłam przygotowana na taki obrót wydarzeń.
— Dyrektor cię nie poinformował, że ojciec odciął mnie od majątku?
— Głupia dziewczyno, czesne zostało opłacone jeszcze zanim się urodziłaś! — Złapał mnie za ramię, ciągnąc w stronę drzwi. — Idziesz i już!
— Nie!
— Łapy precz od mojej asystentki! — Nagle madame Malkin wyciągnęła różdżkę z kieszeni i przytknęła ją do pleców Moody’ego, który zatrzymał się w pół kroku i zastygł tam, gdzie stał. 
To był błąd. Zamarłam w  miejscu, bo wiedziałam, że bynajmniej nie przystanął ze strachu. Zaciskał i na zmianę rozprostowywał nerwowo palce lewej dłoni. Widać było, że powstrzymuje mordercze instynkty.
— Ariadno, masz dokładnie trzy sekundy na opuszczenie tej różdżki.
— Wynocha!
Staliśmy tak chwilę, dopóki nie puścił mojego ramienia. Warknął pod nosem przekleństwo tak paskudne, że nawet nie jestem w stanie go teraz przytoczyć, a potem otworzył z impetem drzwi wejściowe.
— Twoja wola, Black. — Zatrzasnął je za sobą tak mocno, że prawie wypadły z zawiasów.
Dopiero wtedy Madame Malkin opuściła różdżkę. Spojrzałyśmy na siebie, obydwie zdenerwowane i, nie ma co zaprzeczać, trochę wystraszone. Moody nie był kimś, z kim można było ot tak sobie pogrywać.
— Nienawidzę tego dziada — wyznała nagle.
Wzdrygnęłam się i rozmasowałam ramię, na którym wciąż czułam jego uścisk. 
— Nie chcę wracać do Hogwartu — burknęłam.
— Nikt cię stąd nie wygania — zapewniła, wycofując się w stronę zaplecza.
Machnięciem różdżki przywołała stamtąd ukrytą w szafie butelkę wina i dwa kryształowe kieliszki, każdy z innego zestawu. Usiadła na kanapie, a ja podążyłam jej śladem. Nalała nam wina i z głębokim westchnięciem upiła kilka łyków. 
— Zapewniam cię, że gdyby nie nasza wieloletnia przyjaźń, Moody miałby tu wstęp wzbroniony. Powinien już dawno sobie darować te zabawy w kowboja.
— Nie wygląda aż tak staro. — Wypiłam trochę, czując znajomą cierpkość na języku. — Ale tak, lubi rozstawiać ludzi po kątach.
— Alastor jest grubo po czterdziestce. — Zamyśliła się, przesuwając palcem po brzegu kieliszka. — I wygląda na faceta grubo po czterdziestce. Wyglądał tak parę lat temu i prawdopodobnie będzie wyglądał za dwadzieścia lat. Nienawidzę mężczyzn!
Uśmiechnęłam się na to i umilkłam, kontemplując jej słowa. 
— Więc naprawdę wyrzucili cię z domu? — zapytała nagle.
— Naprawdę.
— I nie szkoda ci edukacji?
— Nie. — Ku mojemu zaskoczeniu, mówiłam prawdę. — Na tym etapie muszę myśleć praktycznie.
— Dziwna z ciebie dziewczyna. Ale masz moje słowo, możesz tu zostać jak długo zechcesz. 
— Naprawdę?
— Naprawdę. Nie wiem skąd się wzięłaś, ale dawno nie miałam tak dobrej asystentki.
To wyznanie, choć bardzo miłe, trochę mnie zaskoczyło.
— Moody nie mówił ci o mnie?
— Coś tam mówił… Piąte przez dziesiąte. Sam chyba do końca nie wie, jak to z tobą jest. — Dolała nam znów do pełna. — Chcesz o tym porozmawiać?
Zawahałam się chwilę, pijąc wino małymi łykami i zastanawiając się, co powiedzieć. Moja cisza widocznie mówiła sama za siebie, bo madame kiwnęła krótko głową i oświadczyła:
— W porządku, nie musisz. Wszyscy mamy swoje brudne tajemnice.
— To nie o to chodzi.
— Nie?
Potrząsnęłam głową.
— Opowiadałam tę historię już tyle razy, że sama nie wiem, czy jest jakiś sens dawać jej nowe życie. — Wypiłam trochę więcej, czując jak moja głowa robi się coraz lżejsza. — Ale… 
— Ale?
— Uszyjemy tę sukienkę dla hrabiny Oleńskiej?
Madame Malkin uśmiechnęła się przebiegle.
— Dla morderczyni mężów? Zawsze.

*

Piątkowy wieczór spędziłam z Tedem, który postanowił zabrać mnie do kina. Byłam zachwycona, bo dotąd o filmie czytałam tylko w książkach o mugolach i nie miałam okazji jeszcze żadnego zobaczyć. Po seansie nie mogłam przestać paplać o tym, jak cudowna była Barbra Streisand i jej głos. 
— Nie wierzę, że nigdy nie słyszałaś o musicalach. — Zatrzymaliśmy się przy kafejce z lodami, a ja nadal paplałam. Ted traktował to z podziwu godną cierpliwością.
— Słyszałam! Ale jeszcze nigdy żadnego nie widziałam.
Wracaliśmy okrężną drogą w stronę Charing Cross Road. Nie spieszyliśmy się też zbytnio. I tak było późno.
— W szkole zawsze chodziłaś z nosem w książce, myślałem, że o mugolach wiesz już więcej niż ja. — Teddy pokazał mi język, a ja zrobiłam kwaśną minę.
— Czy ty mi kiedyś przestaniesz dokuczać?
— Nigdy! — Uśmiechnął się, niezwykle z siebie zadowolony.
— Cóż za partia z ciebie! — parsknęłam. — Zachwycony sobą i bez żadnej myśli, która mogłaby cię sprowadzić na ziemię.
— Nie każdy może być jak Cary Grant. — Wzruszył ramionami.
— Ale ty mógłbyś być ideałem dla jakiejś wielkookiej idiotki. — Wymieniłam się z nim lodami, żałując, że nie wybrałam czekoladowych. Były zdecydowanie smaczniejsze.
— Rozumiem, że nie dla wielkopańskiej panny Black, hm? — Skrzywił się nieco.
— Tego nie powiedziałam.
— Ale tak właśnie myślisz.
Umilkłam, przyglądając mu się w skupieniu.
— Nie. Zdecydowanie nie wybrałabym dla siebie żadnej „odpowiedniej partii“. Nawet, gdybym mogła.
— Więc wolisz taką nieodpowiednią? — Przysunął się bliżej.
— Absolutnie.
— Najlepiej bez tytułu i w obdartych łachach? 
— Najlepiej. I z takim paskudnym akcentem.
— Chciałaś powiedzieć, że z takim jak mój?
— Dokładnie z takim.
Uśmiechnął się krzywo i przyciągnął mnie do siebie zaborczo. Podobało mi się w nim to, że był na tyle wysoki, że nawet ja musiałam zadzierać mocno głowę, by spojrzeć mu w oczy. Odprowadził mnie pod same drzwi sklepu madame Malkin, po drodze wciąż się ze mną przekomarzając. Nie chciałam się z nim rozstawać, ale gdy tylko przekroczyłam próg, okazało się, że niepotrzebnie się martwiłam. To nie był koniec wizyt towarzyskich. Na kanapie, sącząc herbatę z najlepszej zastawy madame Malkin, siedział Albus Dumbledore. Uśmiechnął się, gdy tylko mnie zobaczył i odstawił filiżankę na spodeczek.
— Andromedo, prawie cię nie poznałem.
Odłożyłam torebkę na wieszak i podeszłam do dyrektora powoli. Moody jednak nie kłamał. Powinnam się była domyślić, że to jeszcze nie koniec mojego udziału w tym wszystkim.
— Dobry wieczór, dyrektorze.
Nie miałam zamiaru kłamać, że miło go widzieć. Nie po tym, jak wystawił mnie do wiatru, gdy potrzebowałam go najmocniej. Co by się ze mną stało, gdyby wujek Alden nie zainterweniował?
— O, moja droga, śmiem twierdzić, że „dobry wieczór“ jest już o tej porze przywitaniem grubo nieaktualnym. — Zacmokał i dopił resztę herbaty. — Usiądziesz ze mną? — Przesunął się nieco w prawo, robiąc mi miejsce na kanapie. — Musimy obgadać parę spraw.
Zdjęłam buty, od których po całym wieczorze bolały mnie już stopy, i po chwili wahania usiadłam obok niego. 
— Muszę przyznać, że madame Malkin robi naprawdę pierwszorzędną herbatę — powiedział, przyglądając się pustej filiżance. 
Nic na to nie odpowiedziałam, bo też i nie wiedziałam, co.
— Nie wrócę do Hogwartu — oznajmiłam stanowczo, zniecierpliwiona tymi wszystkimi ingerencjami i intrygami. —  Jeśli zadał pan sobie aż tyle trudu, by mnie do tego przekonać, to bardzo mi przykro.
Dyrektor pokiwał głową w zamyśleniu i poprawił okulary, patrząc na mnie z zaciekawieniem.
— Przyznaję, że spodziewałem się takiej odpowiedzi. 
— W takim razie sprawa jest chyba zamknięta.
Dumbledore zaśmiał się pod nosem i poprawił rękawy karmazynowej szaty.
— Dobrze ci tu? — zapytał, niemalże z troską. 
— Czuję się na miejscu — odparłam zgodnie z prawdą.
— I nie zmienisz zdania? 
— Szczerze wątpię. 
Widziałam, że niechętnie akceptuje moje słowa, choć nie do końca wiedziałam czemu. Moje odejście ze szkoły nic nie zmienia, a Hogwart otrzymał jedno czesne więcej. Wszyscy powinni być zadowoleni.
— Za tydzień kończę siedemnaście lat. Nie sądzę, by do tego czasu Ministerstwo Magii przeprowadziło jakąś interwencję w mojej sprawie — podsumowałam, uznając dyskusję za zakończoną.
Dumbledore chyba jednak nie podzielał mojego zdania.
— Nie o Ministerstwo mi chodzi, Andromedo. — Machnął różdżką i przywołał do siebie leżącego na przeszklonej ladzie „Proroka Codziennego“. — Wiem, że od dawna śledzisz politykę.
Nie wiedziałam, do czego ta dyskusja prowadzi. Szczerze mówiąc nawet nie miałam ochoty się tego dowiadywać, ale dyrektor mówił dalej:
— Przypuszczam, że już niedługo zaczną was odwiedzać bardzo różni ludzie-…
— Różni ludzie? — To brzmiało zbyt enigmatycznie. 
— Nie przerywaj mi, proszę. — Choć w jego głosie nie było śladu złości, bezbłędnie wyczułam wielką stanowczość. — To bardzo ważne.
Zamknęłam posłusznie usta i słuchałam.
— Madame Malkin zyskuje coraz większy rozgłos. Na razie wieść o jej szatach niesie się drogą pantoflową, ale przypuszczam, że tak właśnie powstają wielkie biznesy. — Otworzył gazetę na samym końcu i pokazał mi dział z nekrologami. — Przeczytaj ten. Na głos, jeśli mogę prosić.
Wzięłam „Proroka“ w dłonie i zaczęłam czytać:
— „Z głębokim żalem zawiadamiamy, że w dniu dwudziestego dziewiątego sierpnia 1970 roku zmarł Harper Lennox. Uroczystości pogrzebowe odbędą się trzeciego września 1970 roku o godzinie dziesiątej wieczorem, w kościele przy cmentarzu Fairmount Memorial Park. Pogrążona w smutku i bólu Rodzina.“ — Skończyłam czytać i jeszcze chwilę wpatrywałam się w nekrolog. 
— Dziesiąta wieczorem to trochę późno jak na pogrzeb — dodałam, na co dyrektor uśmiechnął się tajemniczo i machnął różdżką jeszcze dwa razy. 
Na jego kolanach pojawiło się dodatkowych kilka egzemplarzy „Proroka Codziennego“, niektóre sprzed paru miesięcy. 
— Przeczytaj ten. — Podał mi gazetę z czerwca, wskazując palcem na nekrolog.
Z mieszanymi uczuciami przeczytałam:
— „Droga Margaret, wyrazy głębokiego współczucia i słowa otuchy. Pamiętaj, zawsze możesz na nas liczyć. Duncan i Gotthard.“ — Zawahałam się chwilę, przesuwając wzrokiem po więcej niż znajomych imionach. — Nie rozumiem. To nie może być przypadek — powiedziałam, na co Dumbledore podał mi kolejną gazetę. 
— I jeszcze ten. 
Niechętnie przyjęłam od niego gazetę.
— „Przeżywszy lat dwadzieścia dwa, zmarł dziewiętnastego lipca 1970 roku. Alden Thomas, ukochany mąż-…“ — Przerwałam czytanie, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. — Co to jest? Czy to jakiś chory żart?! — Zmięłam gazetę w dłoniach i odrzuciłam ją na bok.
Dumbledore ostrożnie wziął ode mnie „Proroka“ i odłożył na stos innych.
— Odkryłem, jak się ze sobą komunikują. W ten sposób umawiają swoje spotkania. Oprócz tego tu. — Wskazał na nekrolog skierowany do „drogiej Margaret“. — To jest groźba. 
— Nie rozumiem… Kto? — Pokręciłam głową, patrząc na gazety i nie widząc większego sensu w tym, o czym właśnie rozmawialiśmy. 
— Tom Riddle i jego poplecznicy. Używają imion swoich ofiar albo imion dobrze sobie nawzajem znanych i podają daty i godziny pogrzebów. To tak naprawdę kod.
Spojrzałam jeszcze raz na zmiętą przeze mnie gazetę, czując, że słowo „Alden“ wręcz wypaliło mi się pod powiekami.
— Harper Lennox — powiedziałam cicho.
— Słucham?
— Harper Lennox był uczniem, którego zamordował starszy Lestrange. W pojedynku. 
— Skąd o tym wiesz? — Dumbledore patrzył na mnie znad okularów-połówek, a ja unikałam jego spojrzenia.
— Nieistotne skąd. — Sama nie wiem, czemu nie chciałam zdradzać swojej niegdysiejszej zażyłości z Rookwoodami. Nie miałam teraz ochoty na wspominki. — Czemu pan mi to pokazuje? 
— Bo wiem, że znasz historie wszystkich rodów lepiej, niż ktokolwiek inny. 
Uśmiechnęłam się cierpko. 
— I na co mi to przyszło?
— Możesz nam pomóc. Dopóki nie dowiedzą się, że znamy ich szyfr, dopóty będą go używać. Jeśli uda nam się wysłać na te spotkania kogoś od nas, być może powstrzymamy wszystko w zarodku. 
Zacisnęłam usta, patrząc mu w oczy nieufnie.
— Więc mam przeglądać nekrologi i szukać znajomych imion? 
Dumbledore przytaknął w milczeniu.
— Jeśli coś znajdziesz, wyślij mi sowę. 
— Nie mam sowy. 
— Jestem pewien, że uda ci się jakąś zorganizować. 
Milczałam, więc po chwili dodał, przyglądając mi się w skupieniu:
— Jest jeszcze czas, żeby się z tego wszystkiego wycofać. 
Uśmiechnęłam się niechętnie. Teraz to mówił? Co za mistrzowska manipulacja!
— Nie. Już dawno na to za późno. 
Dyrektor zaakceptował moją odpowiedź i przypieczętowaliśmy umowę milczeniem, które przerwał nową rewelacją:
— Wracając zatem do tego, o czym już mówiłem — czy odwiedził was ostatnio jakiś nieoczekiwany klient?
Nie zastanawiając się nawet skąd mógł to wiedzieć, odparłam, że owszem.
— Kto to był? 
— Kobieta. Twierdziła, że jest żoną rosyjskiego ambasadora. 
Moja odpowiedź widocznie nie była tą przez niego oczekiwaną, bo przez chwilę nic nie mówił, aż nagle uśmiechnął się pod nosem, gładząc swoją długą, siwą brodę.
— A niech mnie… Czy mówiła jak się nazywa?
— Hrabina Oleńska. — Obserwowałam go czujnie. — Zna ją pan?
— O tak. — Dyrektor zaśmiał się cicho. — Znamy się od bardzo dawna. 
— Cóż, Alastor Moody zdaje się również być jej znajomym — dodałam niedbale. —  Twierdzi, że jest przebiegłą seryjną morderczynią. 
Ku mojemu zdumieniu, Dumbledore zachichotał głośno.
— Morderczynią! Dagmar Oleńska? Skądże! — Śmiał się dalej. — Nie, moja droga. Jestem zaskoczony, że wróciła do kraju, ale akurat nie o nią pytałem. Chodziło mi o klientów, którzy na pierwszy rzut oka mogą ci się wydawać nieco-…
— Merlinie, chyba nie myśli pan, że będą się u nas ubierać poplecznicy Riddle’a? — zażartowałam.
Gdy dyrektor spojrzał na mnie, całkowicie poważny, zorientowałam się, że moje przypuszczenia były prawdziwe — jakkolwiek niesamowicie brzmiały.
— Wielka Morgano, pan naprawdę-… To dlatego mówił pan o popularności madame Malkin?
— Na razie nie ma się jeszcze czym przejmować — powiedział uspokajająco, ale ja byłam daleka od bycia spokojną.
— Właśnie mi pan powiedział, że lada chwila mogą tu wejść ludzie Riddle’a, żądając od nas szat, i każe mi pan być spokojną?! — odparłam, trochę ostrzej, niż zamierzałam.
— Z tego co mi wiadomo, zaczęli nazywać się „Śmierciożercami“. I tak, może przyjść taki czas, gdy wszyscy będziemy potrzebować waszej pomocy. 
— Bo będziemy waszymi ludźmi z wewnątrz? — zapytałam, kręcąc głową z niedowierzaniem.
— Coś w tym rodzaju.
Milczałam, nadal ważąc jego słowa. On tymczasem jednym machnięciem różdżki pozbył się wszystkich gazet i zebrał się do wyjścia.
— Alastor nie musi wiedzieć, moja droga — oznajmił.
— O czym? — Teraz byłam już więcej niż zagubiona.
— O hrabinie Oleńskiej. Nie trzeba mu więcej zmartwień, niż już ma.
— Jak to? 
— Jest zaciekły. Alastor walczy do ostatniej kropli krwi. — Uśmiechnął się do mnie ciepło i włożył swoją pelerynę podróżną, która wisiała na wieszaku przy drzwiach.
— Więc nie ufa mu pan.
— Ależ ufam. Bezgranicznie. — Dumbledore pogładził swoją długą brodę, wahając się trochę. — Przypuszczam tylko, że nie w przypadku, gdy sprawy tyczą się Dagmar Oleńskiej.

*

[transkrypcja nagrania z dnia 03.10.1970]

Więc to od tego się zaczęło?

Tak. Wszystko właściwie przez jedną głupią maszynę do szycia.

Żartujesz?

Nie. Po prostu z perspektywy czasu tak to właśnie wygląda. [śmiech]

Żałujesz czegoś?

Nie. Teraz się tylko boję. Nie wiem. 

[…]

Co pcha ludzi do tego, by zostali aurorami?

A czemu treserzy zwierząt wchodzą do klatki z lwami, uzbrojeni tylko w krzesło? 

Nie sądzę, by lwy znały Zaklęcia Niewybaczalne.

Większość czarnoksiężników też ich nie zna. To tylko poza. Wszystko zaczyna się tu rozgrywać z gorszym zadęciem, niż w teatrze, uwierz mi.

Być może. Przeczekamy to jakoś.

Nie, moja droga. Największym plusem twojej pozycji w tym wszystkim jest to, że nie musisz już na nic bezczynnie czekać. 

Więc co robimy?


To, co kobiety robią zawsze. Bierzemy sprawy w swoje ręce.



hrabina Dagmar Oleńska



7 komentarzy:

  1. Jeeej, Oleńska! Aż chyba przeczytam trzeci raz, co mi tam. Dla Oleńskiej warto.

    Nie komentowałam długo, więc zacznę od tego:
    Jak mogłaś, żeby wujka tak? Rozumiem, żeby któregoś z kuzynów, albo żeby ciotka, albo ktokolwiek, nawet już bym Demeter poświęciła, ale wujka? Nieładnie. Pokochałam go do tego stopnia, że zrobiłam sobie półgodzinną żałobę, taką ze stypą (no bo czekolada się nie zmarnuje) i wszystkim.
    A tak serio, to ja nadal pragnę migawek i wstawek z przeszłości, teraz tych zawierających wujka. Niezwykle ich potrzebuję.

    Madame Malkin jest cudowna, ale jak mam porównać ją z Moodym, to on jednak wygrywa. No, jest jednak bezkonkurencyjny, poza tym znowu bardzo ładne zdjęcia. No i jest prawie substytutem wujka, chociaż w duecie z Malkin naprawdę są w stanie mi to wynagrodzić.

    Skoro Andy nie wraca do szkoły, to co mam zrobić z niedoborem McGonnagall (znowu nie wiem, czy dobrze napisałam...)?
    I o ile dobrze liczę, to już tylko trochę i będzie Sever, jeeej! ;)

    Trzymaj się, oby się życie wyprostowało <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3 <3 <3 Dzięki, że jesteś :)

      Nie przejmuj się, wszyscy będą ginąć, przyjdzie pora. Tak, niedługo będzie Snape ^^ McGonagall też, także spokojnie! Jak na wojnie. Która nadchodzi. Aż się sama denerwuję.

      Jak przyjdzie co do czego jestem w stanie rzucić życie dla fanfika <3

      Usuń
  2. Ech, Dumbledore...

    Jak ja go nienawidzę. Serio, podły manipulant i dziadek-mikser. Jak tylko się coś ułoży, musi przyjść i zamieszać. Szkoda mi Andy, tak naprawdę została sama i jest dla niego łatwym celem: sam jej poustawiał życie i może się o nią upomnieć, kiedy tylko zechce, jak teraz.
    Chociaż z drugiej strony... Edukacja jest ważna, marsz do Hogwartu :P Nie wolno tak porzucać koleżanek na ostatnim roku.

    Oleńska jak zawsze w formie. Nikt nie kocha dobrego crosssasasasa bardziej niż ja. Szkoda, żeby hrabina marnowała się tylko w jednym fiku, bo ma kobieta potencjał. Zresztą, wiadomo: trzaskamy tu Rowling alternatywne universum, które TYM RAZEM będzie fajne i cool. Dużo hrabin, alkoholu i hippisów. I CIUCHY!

    OMG. Jestem płytka.

    Ale, nieważne! Teddy jest słodki, a randka w moim ulubionym stylu. On jest taki fajny, bo cudownie zwyczajny. Żadnych dzikich romansideł i wielkich gestów, tylko takie spokojne romansidełko. Cudowny oddech po napompowanej arystokracji. Andy właśnie tego potrzebuję. Trzymałabym za niego kciuki, ale wiem, że nie muszę :) Nie może być inaczej, bo... Helloł, Dora!

    P.S. Zawsze kiedy przeczytam kolejny odcinek, mam ochotę biec do klawiatury i też coś napisać, ale... Ale jeszcze tylko trochę. Ogarnę życiową masakrę, którą sobie przypadkiem zwaliłam na głowę, wykręcę się ze wszystkiego i znowu zawieszę lajf dla fanfika. Jebać wszystko inne!

    Ukłony,
    Szalona

    OdpowiedzUsuń
  3. O rety ciekawe!
    Pokazałaś wiele postaci z całkiem innej perspektywy.
    Chociażby samego Dumbla (swoją drogą nigdy za nim nie przepadałam), ale od początku.
    Wciągnęłam się w całą historię i przeczytałam jednym tchem.
    Już dawno nie czytałam czegoś równie ciekawego jak teraz.
    Zauroczyłaś mnie madame Malkin. Ta kobieta ma w sobie coś wyjątkowego.
    Dodatkowo bardzo podoba mi się Twój styl, lekkoś czytania i dreszczyk emocji jaki wprowadzasz do opowiadania.
    Naprawdę jestem zachwycona.

    [www.autorska-strefa.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję z całego serca! :) Mam nadzieję, że nie zawiodę oczekiwań co do dalszego rozwoju wypadków.

      Pozdrawiam,
      O.

      Usuń
  4. Ale jak to nie ma następnego rozdziału?
    Wpadłam tu wczoraj, przekopując w internet w poszukiwaniu czegoś ciekawego - nie spodziewałam się, że trafię na tak genialny blog. Czytałam go do północy, potem na przerwach, okienku i wolnym polskim. Po powrocie do domu skończyłam dwa ostatnie rozdziały. Wciągnęłam się jak w książkę
    Twoja lekkość pisania i idealny dobór słów mnie urzekły. Tak po prostu, najzwyczajniej w świecie.
    Intryga, dreszczyk emocji - jest wszystko czego potrzebuję. No i ten oddech ulgi po rygorystycznej arystokracji.
    Po prostu nic tylko usiąść i czytać.

    Czekam z niecierpliwością na więcej ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O.... kurde. Dla takich komentarzy żyję! Dziękuję, dziękuję, dziękuję!

      Staram się dodawać nowe rozdziały średnio raz na tydzień, zazwyczaj w niedzielę, bo pracuję i studiuję i mam coraz mniej czasu, teraz szczerze mówiąc nie wiem, kiedy będzie następny. Uprasza się o cierpliwość :D Ale zapraszam na inne moje blogi, które są zakończone, można je znaleźć w linkach: Siostry, Branwen Owens i Laudanum.

      Pozdrawiam serdecznie,
      O.

      Usuń