Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

1 maj 2016

Rozdział XII


Alana Thornpike i Jim Haynes, 1969


W październiku i listopadzie 1969 roku świat czarodziejski i mugolski nieświadomie połączyło oburzenie związane z całkiem nową wojną. Nawet gdybym chciała, nie mogłabym zignorować tych doniesień, bo odkąd zbliżyłam się do moich koleżanek z dormitorium, byłam zasypywana artykułami z mugolskiego świata – a były one przerażające. 

Alana Thornpike bardzo utożsamiała się ze swoim mugolskim pochodzeniem. Zamiast „Proroka Codziennego“ prenumerowała „The Times“ i „The New York Times“. Ten ostatni przychodził do niej aż ze Stanów pocztą, którą potem Hogsmeade przekierowywało sowami do Hogwartu. Alana nie przestawała mówić o wojnie wietnamskiej, czując się bezpośrednio zamieszana przez fakt posiadania rodziny w Ameryce. Tak się złożyło, że teraz siedziałam obok niej i Demeter na każdym posiłku i niemal każdych lekcjach, więc siłą rzeczy coraz więcej dowiadywałam się o Amerykanach i ich konflikcie z Wietnamem. Z tego co wyłapałam, na tym etapie już nawet Wielka Brytania była oburzona tym, co się teraz wyprawiało w Laosie. Nixon mamił obywateli obietnicą rychłego zakończenia wojny, dzięki czemu właściwie wygrał wybory, a tymczasem na początku grudnia jego reputacja gwałtownie się posypała. Ujawniono informacje o bezprawnej masakrze cywilnej wioski w południowym Wietnamie, który rzekomo miał być przecież amerykańskim sojusznikiem. O tym pisały już każde gazety, nie tylko mugolskie. Artykuł o My Lai zajął całą pierwszą i drugą stronę poniedziałkowego wydania „Proroka“. Zginęło prawie pięćset osób, w większości kobiety i dzieci, a sam fakt, że informacje o ataku zatajono prawie na rok, skutecznie podminował dotąd pozytywne opinie o nowym prezydencie Ameryki. W Waszyngtonie natychmiast ruszyły procesy wojskowe, o których codziennie informowała nas oburzona Alana. Moje przerażenie rosło z dnia na dzień. Jeśli tak miała wyglądać wojna mugoli, drżałam przed tym, jak będzie wyglądać ta czarodziejska.
Alana, w ramach protestu wewnętrznego, poprosiła rodziców o przysłanie gramofonu, który jako jeden z niewielu urządzeń mugoli miał szansę działać w Hogwarcie. Od kilku dni w dormitorium szóstoklasistek Ravenclaw rozbrzmiewali buntowniczo Pink Floyd, Black Sabbath i David Bowie, którzy w piosenkach przemycali krytykę polityczną. Z czasem, dzięki tym „koncertom“, stałyśmy się w szkole bardzo popularne. Zaczęły nas odwiedzać dziewczyny z innych Domów, przynosząc wieczorami swoje ulubione płyty i Kremowe Piwo w ramach łapówki. Okazało się, że nie tylko Alana jest żywo zainteresowana wojną wietnamską i ruchem oporu. Ojcowie Alice i Dorcas pracowali razem w Departamencie Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów i informowali swoje córki na bieżąco o tym, co dzieje się w polityce. W pewnym sensie zazdrościłam im tak liberalnego wychowania.
Akurat te dwie Gryfonki przesiadywały z nami przy gramofonie niemal każdego wieczora. Przynosiły ze sobą nie tylko zagraniczne mugolskie płyty, ale i cenne informacje o tym, co dzieje się w świecie poza murami Hogwartu. A działo się sporo. Wiedziałam, co szykuje Tom Riddle, ale nie sądziłam, że wojna tak szybko zacznie nabierać realnych kształtów. Z jednej strony w szkole czułam się bezpieczna, ale co jeśli będę musiała w lato wrócić do domu i ciotka na mnie również rzuci Imperiusa? Co będzie, gdy skończę siódmą klasę? Studiowałam dogłębnie każdy artykuł w „Proroku“ i chłonęłam od koleżanek każdą podejrzaną wzmiankę, których ilość zwiększała się z tygodnia na tydzień. Nie dzieliłam się z nimi jeszcze moimi podejrzeniami, choć przecież nikt nie nakazał mi zachowania tajemnicy. Przypuszczam, że po prostu chciałam je chronić. To nie była przecież wojna szesnastolatków. Powinni się nią zajmować dorośli…
W grudniu skonfrontowano mnie na temat mojego cichego szpiegostwa. Po raz pierwszy wpisałam się na listę uczniów, którzy zostawali w zamku podczas ferii zimowych. Profesor Flitwick, nawet jeśli został poinformowany o mojej sytuacji przez dyrekcję, przyjął deklarację bez mrugnięcia okiem i spokojnie ruszył do pozostałych Krukonów obecnych w Pokoju Wspólnym. Co innego Demeter… Ona nie umiała trzymać języka za zębami.
— Przepraszam, a ty niby czemu zostajesz w zamku na święta? Nie macie jakiejś tradycyjnej czystokrwistej fiesty u królowej, czy coś? 
Spojrzałam na nią cierpko, a ona odwdzięczyła się tym samym. Gdy tak leżała rozwalona na błękitnej kanapie, przypominała mi blond Bellatrix.
— Ojciec wyjeżdża w interesach – skłamałam gładko, uznając temat za zakończony, ale Demeter nie podzielała mojej opinii.
— Kłamiesz. – Zmierzyła mnie badawczym spojrzeniem. Milczałyśmy chwilę, patrząc na siebie równie stanowczo. W końcu z braku mrugania zaczęły mnie piec oczy i odwróciłam wzrok, kątem oka dostrzegając triumfalny uśmiech Demeter. 
— Cóż, Tonks też wyjeżdża na święta, nie spodziewaj się zebrań Klubu Naukowego. Ja jadę z rodzicami na narty. Jak chcesz możesz popracować nad naszym projektem z transmutacji.
Milczałam. Demeter wstała ociężale z kanapy i podeszła do mnie, znowu, pomimo znacznej różnicy wzrostu, próbując przyjąć dominującą pozę.
— Co się z tobą ostatnio dzieje? Całe dnie skrobiesz w tym swoim dzienniku i zaczęłaś czytać „Proroka“ jak jakąś Biblię!
— Jak co? — zdziwiłam się, a ona przewróciła oczami i machnęła ręką.
— Nieważne. Po prostu mi powiedz. Widziałam jak twoje siostry na ciebie patrzą. Przestałaś się zadawać ze Ślizgonami. To dlatego zaczęłaś ostatnio z nami gadać? Oni już cię nie chcą?
— Może. — Wzruszyłam ramionami, nie chcąc się zagłębiać w szczegóły. Rozważałam chwilę wyjawienie części mojej tajemnicy, ale zrezygnowałam. Zbyt wiele zamieszanych w to osób miało dostatecznie wiele władzy, by zrobić jej krzywdę, gdyby z natury wścibska Demeter zaczęła drążyć temat zbyt mocno.
Może — powtórzyła drwiąco. — Wiesz, być może uważasz nas wszystkich za kretynów podobnych mugolom-…
— Nie uważam mugoli za kretynów — wtrąciłam szybko.
— Jasne. — Skrzyżowała ręce na piersi, choć spuściła nieco z tonu. — W każdym razie, nie myśl, że nie wiemy, co ci chodzi po głowie. Wszyscy myślimy o tym samym.
— Wątpię… — wymamrotałam, nie wiedząc, o czym ona mogła teraz nadawać.
— Idzie wojna. Nie jesteśmy głupi. Siedzimy w tym zamku dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, ale nie jesteśmy przecież idiotami. Wszyscy są w niebezpieczeństwie. Myślisz, że dlaczego Alana tak nawija o Wietnamie?
— A… Mówiła, że ma rodzinę w Stanach?
— Gówno prawda. W zeszłe wakacje poznała Amerykanina na Witchstocku. Trzy miesiące temu wysłali go na front.
Zamrugałam kilka razy.
— Na czym go poznała?
Demeter uśmiechnęła się drwiąco.
— Akurat to cię dziwi? Nie pytasz nawet o to, co się wyprawia na froncie w Wietnamie?
— Wiem, co się wyprawia na froncie w Wietnamie! — odcięłam się, trochę ostrzej, niż zamierzałam.
— Oczywiście. — Zmierzyła mnie krytycznym spojrzeniem. — Wybieramy się znowu w te wakacje. Na Witchstocka. Tym razem organizują go na Isle of Wight, więc jeśli nie masz żadnych planów… To może być dla ciebie dobrym doświadczeniem.
Zgubiłam się już w tym, z jaką łatwością przechodziła od tematu wojny do planów wakacyjnych. Czym, do cholery, był „Witchstock“?
— Wiem, że idzie wojna — przyznałam w końcu po chwili.
— Czystokrwiści przeciwko mugolakom. Wszyscy to wiemy. Na świecie pełno jest Grindelwaldów.  — Znowu spojrzała na mnie drwiąco. — Przypuszczam, że stoisz przed nie lada dylematem, co?
Nie wiedziałam jak mam przyznać, że gdyby doszło co do czego, stanę do walki dokładnie po tej stronie, po której nikt się mnie nie spodziewał. W końcu Demeter kiwnęła krótko głową, uznając rozmowę za zakończoną.
— Cóż. Jesteś pełna zagadek, Andromedo Black. Jeśli nie będziesz uważać, pewnego dnia te wszystkie tajemnice zjedzą cię żywcem.

*

Po raz pierwszy w życiu spędzałam święta w Hogwarcie i nawet się na tę perspektywę cieszyłam. Z Ravenclaw zostałam w zamku tylko ja i kilkoro pierwszorocznych, ale za to, jak okazało się przy świątecznym śniadaniu, Alice Morgan również postanowiła nie wracać do domu na Gwiazdkę. 
— Andy! — Pomachała do mnie z daleka gdy tylko weszłam do Wielkiej Sali i zaraz zrobiła  mi miejsce obok siebie. 
Ze zdumieniem zaobserwowałam, że wszyscy, nawet nauczyciele, siedzieli z uczniami przy jednym stole. Albus Dumbledore skinął mi głową, a profesor Flitwick mruknął coś na ucho profesor McGonagall, która wbijała we mnie spojrzenie pełne niepokoju pomieszanego z nieufnością. 
— Alice. — Starałam się brzmieć w miarę swobodnie, siadając obok Gryfonki. — Nie wyjechałaś na święta?
— Zwykle zostaję w Hogwarcie. — Z radosnym uśmiechem nalała do mojego kubka parującego kakao z cynamonem. — Moi rodzice dużo podróżują.
Z ulgą przyjęłam fakt, że zamiast zapytać o moje powody, szybko zmieniła temat.
— Słyszałam, że Demeter powiedziała ci o naszych planach wakacyjnych?
— Tak. — Nałożyłam sobie jedzenia z udawanym spokojem, nie wiedząc dokładnie, jak rozmowa się potoczy. Nigdy dotąd nie byłam uwzględniana w żadnej grupie przyjaciółek. Moją jedyną przyjaciółką była dotąd Bellatrix. 
— Podobno chłopak Alany przyjedzie swoim samochodem — szepnęła konspiracyjnie, choć bez potrzeby, bo wszyscy byli zajęci rozmową między sobą. —  Mają go odesłać do domu przed czerwcem. 
— To dobrze. — Naprawdę czułam ulgę. Z tego, co dowiedziałam się przez te dwa miesiące, wywnioskowałam, że Wietnam i toczące się tam walki muszą być dużo gorsze, niż kreują to gazety. Wprawdzie te brytyjskie, w przeciwieństwie do amerykańskich, mogły sobie pozwolić na odrobinę więcej obiektywizmu i brak konieczności drukowania propagandy „ku chwale ojczyzny“, ale tak czy inaczej. Wszystko, co dowiedziałam się o bombach, samolotach i czołgach wydawało mi się niewyobrażalnym horrorem.
— Pokazywała ci jego zdjęcie?
— Do wczoraj nie wiedziałam o jego istnieniu. Demeter się wygadała.
— Och, tam zaraz „wygadała“. Przecież to żadna tajemnica. — Alice machnęła ręką. — Poproś Alanę, jak już wróci po feriach. Jim wysłał jej swoje zdjęcie w mundurze! W życiu nie widziałam większego przystojniaka!
Zastanowiłam się chwilę, czy Tom Riddle też rozkaże swoim poplecznikom noszenie mundurów. Czy ludzie, o których wspominał dyrektor Dumbledore, którzy rzekomo pracują nad uniemożliwieniem planów Riddle’a, też noszą specjalne mundury?
— Alice. — Przerwałam jej. — Co to jest „Witchstock“?
Alice uśmiechnęła się szeroko; tak szeroko, że w jej policzkach powstały dołeczki. 
— Pokażę ci. 
Gdy skończyłyśmy jeść, podziękowałyśmy uprzejmie i wyszłyśmy z Wielkiej Sali. Szłam za Alice korytarzami zamku, nie wiedząc dokładnie, dokąd mnie prowadziła, aż w końcu zorientowałam się, że musimy zmierzać do Wieży Gryffindoru. 
— Jesteś pewna? — zapytałam, gdy wspinałyśmy się po schodach prowadzących na siódme piętro.
— Czego niby? — odpowiedziała pogodnie pytaniem na pytanie.
— Że nikt nie będzie miał nic przeciwko mojej obecności w waszym Pokoju Wspólnym?
— Daj spokój. I tak poza mną nikogo tam teraz nie ma.
Pokój Wspólny Gryffindoru był o wiele bardziej słoneczny, niż nasz. Choć przypuszczam, że dużą rolę mogły tu odgrywać kolory. Wszystko było pokryte złotem i szkarłatem. Najdrobniejsze szczegóły tapet zawierały w sobie barwy Domu Lwa. W kominku trzaskał wesoło ogień, a wysiedziane fotele wyglądały na niezwykle wygodne. Pokój był mniejszy, ale o wiele mniej sztywny i poważny, niż nasz.
Dormitorium dziewcząt szóstego roku tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że Gryfoni są z natury dużo bardziej beztroscy. Żadne łóżko nie było pościelone, a i też nikt się specjalnie na ten temat nie ciskał, bo Alice swobodnie padła w ubraniu na swoją nieporządnie ułożoną pościel i wyciągnęła spod łóżka stos kolorowych magazynów.
— Witchstock to magiczny Woodstock. — Pokazała mi parę zdjęć w czymś, co wyglądało jak magiczna wersja ukochanego przeze mnie Vogue. — W tym roku urządzają festiwal na Isle of Wight. Bierzemy z dziewczynami namiot, a chłopak Alany zawiezie nas swoim samochodem z Londynu. 
Ruchome, magiczne zdjęcia długowłosych kobiet i mężczyzn szalejących na festiwalu muzycznym wydały mi się czymś nie z tej planety. Z zapartym tchem przerzucałam kolejne kartki.
— Weźmiecie mnie ze sobą? — upewniłam się z nadzieją.
Alice zamachała nogami w powietrzu.
— Nie w tej ponurej szacie. — Mrugnęła do mnie, a ja spojrzałam na moją prostą, szarą sukienkę. 
— Coś sobie uszyję — zapewniłam zaraz solennie. 
Alice uniosła brwi.
— Umiesz szyć? — zapytała z entuzjazmem. 
— Trochę. — Pokazałam jej zdjęcie kobiety w kwiecistej, długiej spódnicy. — Ostatnio zrobiłam sobie coś podobnego. 
— Naprawdę? — Ku mojemu zdumieniu, była pełna podziwu. — A mi też możesz taką zrobić? To teraz ostatni krzyk mody! — Złapała „Czarownicę“ w obie dłonie i przerzuciła parę kartek. — I taką bluzkę! — Pokazała mi białą, lnianą koszulę ze wstawkami z koronki.
— Czemu nie? — Od razu w głowie zaczęłam obmyślać wykroje. — To nie jest trudne. Wciąż pracuję nad nauczeniem się, jak zrobić całą sukienkę, ale spódnica na kole to nic takiego.
— Nawet nie wiem, o czym do mnie mówisz. — Alice przygryzła usta z uśmiechem i pokazała mi kolejną gazetę. — Podobno w tym roku na prawdziwym Woodstocku ma grać Jefferson Airplane i The Doors, ale to jeszcze niepotwierdzone.
— The Doors?
— No, Jim Morrison. 
Widząc, że nie kojarzę, o co jej chodzi, pacnęła mnie w ramię zwiniętą „Czarownicą“.
— Wyjdź na chwilę z tych swoich książek o transmutacji! 
— Przepraszam, czytam też podręczniki do mugoloznawstwa! — odparowałam zaraz, na co Alice dostała napadu tłumionego kaszlem chichotu.
— Och, doprawdy? I czego panienka Andromeda się z nich dowiedziała?
— Na pewno więcej, niż ty!
— Nie sądzę. — Pokazała mi język. — Moja ciotka jest charłaczką. Jak byłam mała, spędzałam u niej na wsi prawie każde wakacje.
— Wiem o telefonach! — wtrąciłam szybko, nie chcąc, żeby pomyślała, że kłamałam, bo naprawdę starałam się poszerzyć moje mugolskie horyzonty.
Alice znowu zaczęła się śmiać. Jej śmiech jest tym, co zapamiętałam do tej pory. Brzmiał, jakby tysiąc drobnych perełek spadało na raz po marmurowych schodach.
— Nie mogę uwierzyć, że jesteś jedną z nich! — Złapała się za brzuch, dysząc ciężko.
Z nich?
— Jesteś chyba najbardziej uroczą arystokratką jaką znam!
— Przyjmę to jako komplement — mruknęłam, przeglądając jej inne gazety.
— Powinnaś.
Rozsiadłyśmy się na łóżku Alice i plotkowałyśmy do późnego popołudnia. Nie przypuszczałam, że tak będzie, ale święta nie okazały się być kompletną tragedią. To znaczy… Dopóki nie odnalazła mnie sowa Bellatrix. Musiała przylecieć pod wieczór i stukała wytrwale dziobem w szybę, ale my śmiałyśmy się tak głośno, że w pierwszej chwili jej nie usłyszałam. 
— O matko, co to za ptak! — Alice wskazała na dziwną sowę z przerażeniem, a ja otworzyłam okno. 
Gdy odwiązałam list, Pluskwa dziobnęła mnie przyjaźnie w palec i czym prędzej odleciała w siną dal. Spojrzałam na kopertę. Wprawdzie tego dnia nie oczekiwałam nawet żadnej wiadomości od rodziny, nikt nie przysłał mi przecież ani jednego prezentu. Nawet wujek Alden siedział cicho. Przypuszczam, że albo się ukrywał, albo liczył, że nie wpadnę na pomysł zwalenia mu się na głowę, więc wolał nie ryzykować i się nie wychylać.
— Jakieś życzenia? — zapytała Alice, a ja zorientowałam się, że wpatruję się w kopertę w milczeniu już od dobrych kilku minut.
— Nie wiem. — Otrząsnęłam się i wyciągnęłam ze środka starannie złożoną kartkę. 
Rozpoznałam zaraz okrągłe, pełne zawijasów pismo ojca. Oparłam się o parapet i zaczęłam czytać, a im więcej czytałam, tym bardziej czułam, że nogi się pode mną uginają. Zrobiło mi się zimno, aż w końcu wypuściłam kartkę z rąk, czując, że zacznę płakać.
— Na Godryka, Andy, co się stało? — Alice wyczołgała się z pościeli i podbiegła do mnie, chwytając za list i podając mi go z powrotem. — Ktoś umarł, czy co? Mów do mnie!
Pokręciłam głową, a zaraz potem nią pokiwałam, czując jak pierwsze łzy skapują mi na policzki, a usta wykrzywiają się w pełnym bólu grymasie.
— Ktoś umarł? — Pokręciłam głową i podałam Alice list, a ona zerknęła na niego niepewnie. — Co… Chcesz, żebym go przeczytała?
Potwierdziłam, chowając twarz w dłoniach i zanosząc się rzewnym płaczem. Alice chwile milczała, ale wiedziałam, że doszła do momentu kulminacyjnego, gdy z jej ust wyrwało się przekleństwo, które dotąd słyszałam tylko od rybaków w West Bay.
— To jest chore! Nie może tego zrobić! Merlinie, biedaku, chodź tu do mnie. — Przytuliła mnie czule niczym siostra, a ja płakałam jej w ramię, dopóki nie zaczęło mnie boleć gardło, głowa i każdy mięsień. Odsunęłam się od niej po bardzo długiej chwili, wiedząc, że zapewne wyglądam teraz jak szczególnie zasmarkana kupka nieszczęścia. 
— Zamoczyłam twój sweter — wyjąkałam, a Alice pokiwała tylko głową ze współczuciem.
— Nie przejmuj się tym. — Oddała mi list, biorąc moje zimne dłonie w swoje. — Co teraz zrobisz?
— Nie wiem — powiedziałam cicho, ocierając twarz szorstkim rękawem sukienki i pewnie przy okazji mocząc nieszczęsną korespondencję. 
— Musisz z tym iść do Dumbledore’a! — zarządziła zaraz, a ja pociągnęłam nosem.
— Już z nim o tym rozmawiałam. 
— Jak to? Kiedy?
— Dwa miesiące temu.
— I co powiedział?
Wzruszyłam ramionami. 
— W sumie nic…
— To dlatego twoje siostry zachowują się tak dziwnie? O co tu w ogóle chodzi?
Pokręciłam głową. 
— Nie… To nie jest… To jest bardzo skomplikowane.
— Domyślam się. — Westchnęła głęboko. 
Milczałyśmy dłuższą chwilę, aż w końcu się otrząsnęłam. Wygładziłam spódnicę, wytarłam nos w zaoferowaną mi chusteczkę, czym prędzej włożyłam swoje buty i zgniotłam list w pięści.
— Muszę iść — uznałam stanowczo.
— Dokąd?
— Do dormitorium. Najpierw. A potem do sowiarni wysłać mu ten zasrany kluczyk do skrytki w banku! — Zacisnęłam szczęki. 
Pomimo wcześniejszego żalu, teraz czułam obezwładniający, rozgrzewający gniew.

*

Nie mogę powiedzieć, że nie spodziewałam się tego, co przeczytałam w liście od ojca, chociaż gdzieś w głębi duszy wciąż miałam nadzieję, że być może wszystko się jeszcze wyjaśni. Nie wyjaśniło się. Do końca semestru trwałam w czymś, co najtrafniej można by określić „letargiem“. Po płaczu i złości przyszła chłodna obojętność, która odbiła się na moich ocenach tak mocno, że niemal zawaliłam rok. W pewnym momencie pod koniec egzaminu teoretycznego z transmutacji zwyczajnie wstałam i wyszłam, nie ukończywszy eseju. Przypuszczam, że zdałam tylko dlatego, że sam dyrektor musiał się nade mną ulitować. Im bardziej zbliżał się koniec roku szkolnego, tym bardziej drżałam o swój dalszy los. Nikt mi nie mówił, co się ze mną stanie, a ja do końca też nie chciałam pytać, bo bałam się odpowiedzi, którą mogłabym uzyskać. Bałam się, że każą mi wracać do miejsca, którego teraz już nie miałam prawa nazywać domem. 
Gdy nastał koniec czerwca, nawet nie spakowałam do końca swojego kufra. Po prostu wrzuciłam tam niedbale wszystkie rzeczy i jakimś cudem domknęłam wieko. Wszystko było mi bardziej, niż obojętne. Dziewczyny próbowały jakoś do mnie dotrzeć, ale nie chciałam o tym rozmawiać, więc w końcu dały sobie spokój. 
Trzydziestego czerwca, w poniedziałek rano, niemal wtoczyłam się na peron Hogsmeade, zostawiwszy swój bagaż w Wielkiej Sali, razem z innymi. W tym roku z niewiadomych powodów to profesor McGonagall koordynowała wyjazd uczniów z zamku. Gdybym była trochę bardziej przytomna, być może zastanowiłabym się dlaczego. Czy ze względów bezpieczeństwa? Szybko przestało mnie to jednak obchodzić, bo gdy tylko zobaczyła mnie w tłumie, odwróciła wzrok w drugą stronę. Nie miałam jej tego za złe. Moje zachowanie ostatnio mówiło samo za siebie. 
Gdy już-już wsiadałam do pociągu, poczułam znajomy zapach goździków i tytoniu. Kłęby pary toczyły się na peron od strony lokomotywy, a ja uznałam, że chyba ostatecznie oszalałam i właśnie mam halucynacje. I wtedy go zobaczyłam. Znajoma postać weszła na peron całkowicie znikąd, paląc papierosa i rozglądając się wokół z tajemniczym uśmieszkiem podszytym pogardą. Okulary przeciwsłoneczne w stylu Andy’ego Warhola tylko dodawały mu bezczelności.
— Alden! — Profesor McGonagall na chwilę przestała przeliczać pierwszorocznych. Na jej twarzy odmalował się szok nie mniejszy od tego, który przeżywałam ja. Moje serce zabiło mocniej, a nadzieja uderzyła we mnie z taką mocą, że prawie się przewróciłam. 
— Co ty tu robisz, na Merlina? — Nawet jeśli początkowo profesor transmutacji była zaskoczona, teraz z właściwym sobie animuszem skrzyżowała ręce na piersi, całą swoją postawą żądając wyjaśnień.
Wujek Alden nawet nie zdjął okularów przeciwsłonecznych, co niejako nakazywała przecież etykieta. Zamiast tego rozpiął guziki idealnie skrojonej marynarki, zaciągnął się ostatni raz papierosem i rzucił niedopałek na tory.
— Minerwo, kochanie. — Na te słowa wśród uczniów poniósł się pomruk chichotów, co wzburzona McGonagall ukróciła zaraz jednym wybitnie surowym spojrzeniem. — Chyba nie sądzisz, że zostawiłbym moją jedyną siostrzenicę na pastwę decyzji Albusa Dumbledore’a.

*




Andromedo,

długo nosiliśmy się z Walburgą z tą decyzją, ale ostatnie wydarzenia nie pozostawiły nam większego wyboru. Twój brak manier i poszanowania idących za pochodzeniem zobowiązań, donoszenie na własną rodzinę oraz ostatnie kontakty z więcej niż niewłaściwym towarzystwem mówią same za siebie. Fakt, że nie zdecydowałaś się nas odwiedzić w święta niniejszym uzmysłowił nam, że samodzielnie zdecydowałaś o swoim dalszym losie. Jesteśmy skłonni to uszanować.
Potraktuj ten list jako pożegnanie. W kopercie zwrotnej prześlij klucz do swojej imiennej skrytki w Banku Gringotta. Wszystkie znajdujące się w niej fundusze, wraz z posagiem, zgodnie z linią dziedziczenia i podziału majątku przechodzą na moje dwie córki, których odtąd nie masz prawa nazywać siostrami.
Obawiam się, że nie ma sposobu, byś swoim zachowaniem nie szargała dalej naszego nazwiska, więc bądź łaskawa więcej się nim nie posługiwać.

Sir Cygnus Pollux Black III
10. baronet herbu Black







Alden i Druella Rosier, circa 1949

4 komentarze:

  1. Serio chcieli ją tam z powrotem wysłać? xD Serio oczekiwali, że po prostu grzecznie wsiądzie do pociągu i pojedzie do domku na rzeź? Mam wrażenie, że tu nie było żadnego planu B. Gdyby warholowski wujaszek się nie pojawił, to te dwa dyrektorskie cymbały nic by nie zrobiły, a ona zostałaby zaszlachtowana pilnikiem do paznokci skropionym trucizną z kła bazyliszka. Narcyza miałaby piękną sesję zdjęciową do proroka - hollywoodzki uśmiech i hollywoodzka krew na twarzy. Ugh. Mam nadzieję, że chociaż Andy planowała jakąś ucieczkę - nawet jeśli jeszcze nie TĘ wielką. xD <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Hihi!
    Bosko, chociaż prędzej spodziewałabym się, że to koleżanki ją uprowadzą. Czekam na festiwal i wakacje u Aldena 2.0. Och, sama bym pojechała...

    W każdym razie: Go, Andy!
    I nie wracaj :)

    Nienawidzę pisać na telefonie... Wzrasta mi bełkotliwiść i nie wiem, czy coś się w ogóle ukaże...

    OdpowiedzUsuń
  3. Piszę po raz pierwszy chociaż czytam już od dawna :-)
    Cieszę się, że wujek poczuł się odpowiedzialny za siostrzenice. Jak ładnie powiedział "jedyną". Chociaż spodziewałam się, że dyrekcja jakoś się zaangażuje. W końcu mają nieletnią uczennicę. Chyba, że przeceniam nauczycieli i ich misję wychowawczą.
    Teraz już tylko czekam na opis wakacji :-D

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja tak tylko wpadam na moment, żeby wyrazić zachwyt, bo wzrosła zawartość grona dyrektorsko-wicedyrektorskiego oraz wujka, ale od razu uciekam, bo wpadam w tryb rozżalam-się-i-płaczę-jestem-taka-biedna.
    Ściskam, weny!

    OdpowiedzUsuń