Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

10 maj 2016

Rozdział XIII

Witchstock, 1970


Od czasu mojej poprzedniej wizyty, domek w West Bay przerodził się w prawdziwą kawalerską jaskinię. Czułam się jak Alicja po drugiej stronie lustra, która zgubiła się wśród gratów na przyjęciu u Kapelusznika. Wszystko było wręcz pokryte warstwą dymu, książki tajemnym sposobem wyniosły się z regałów i zaczęły już zasłaniać podłogę, a rozgrzebana pościel w łóżku wujka nosiła ślady wielu dziur po papierosach. Nieśmiało podsunęłam swój kufer pod ścianę, patrząc pytająco na właściciela tego uroczego przybytku i nie wiedząc zbytnio, co teraz. Wujek Alden uśmiechnął się kpiąco zamiast odpowiedzi i zapadł się w wysiedzianym, staroświeckim fotelu.
— Zatem. — Założył nogę na nogę. — Rozgość się. — Zatoczył dłonią krąg w powietrzu.
— Lucille nie będzie miała nic przeciwko, jeśli tu zostanę? — Na początek uznałam, że warto być praktycznym i postawić sprawy jasno.
— Lucille miałaby wszystko przeciwko — parsknął, odpalając jednego papierosa od drugiego
— Więc dlaczego-…?
— Przybyłem ci na ratunek, księżniczko. — Zamachał zapaloną zapałką, aż zgasła. — To ci powinno wystarczyć.
— Ona i Evan zostali w drugim domu? — dopytywałam się, a on spojrzał na mnie krytycznie.
— Evan postanowił zadbać o swoją przyszłość. 
— Zadbać o przyszłość? — Usiadłam na kufrze, nie bardzo rozumiejąc, do czego dąży. — W jaki sposób?
— Znalazł sobie nowych kolegów. — Wykrzywił się sardonicznie.
Zamilkliśmy na chwilę, a ja kontemplowałam jego słowa, zastanawiając się po cichu ilu jeszcze znanych mi ludzi przejdzie na stronę Riddle’a.
— Więc dołączył do wewnętrznego kręgu — podsumowałam ponuro, a wujek spojrzał gdzieś w przestrzeń. — Nie spodziewałabym się, że akurat twój syn-…
— Zdziwiłabyś się. On i młody Rookwood to teraz najlepsi kumple.
Pokręciłam głową i ostrożnie wyjęłam papierosa z jego dłoni. Zaciągnęłam się nim powoli, a wujek Alden nie zaprotestował. Patrzył na mnie obojętnie i w końcu zapalił sobie następnego.
— Co z Bellatrix? — zapytałam.
— Istnieje szansa, że przegapisz ślub własnej siostry.
— Lestrange?
Pokiwał głową.
— Romans stulecia, moja mała. — Uśmiechnął się drwiąco. — Nie przypuszczałem, że ktoś zmusi tego skurwysyna, żeby padł na jedno kolano. Plotka głosi, że padł na dwa. — Zaciągnął się z zadowoleniem, a ja dokończyłam jego papierosa, ignorując okropne drapanie w gardle. Nie wiedziałam co powiedzieć.
— Zostaniesz tu dopóki nie wymyślimy lepszego rozwiązania — zadecydował w końcu, stanowczo gasząc niedopałek w ciężkiej, kryształowej popielniczce.
— To chyba najlepsze rozwiązanie, na jakie mogłam liczyć — odparłam zgodnie z prawdą, a on parsknął pod nosem, spuszczając wzrok.
— Nie chwal dnia przed zachodem, księżniczko. Skończyła się ciepła woda. O ile się nie mylę, twoje elitarne wychowanie nie obejmowało napraw boilera?
Zamrugałam bardzo szybko, a on podniósł się z fotela energicznie.
— Tak myślałem. 

*

Stopniowo opracowaliśmy system skutecznego niewchodzenia sobie w drogę. Żadne z nas nie było wielkim fanem gotowania ani wstawania skoro świt, więc śniadania ograniczały się do kawy wypitej w milczeniu na rozklekotanych plastikowych krzesłach stojących przed domem. Najlepszym miejscem do tej czynności okazało się fatalnie zagracone podwórko. Jedno musiałam przyznać — rozciągał się stamtąd malowniczy widok na niemal całą przystań.
Powoli osiągałam spokój. Wydawało mi się, że zagrożenie chociaż na chwilę przeniosło zainteresowanie na kogoś innego. Sypiałam coraz lepiej i zaczynałam wierzyć coraz mocniej, że szczęście w końcu się do mnie uśmiecha. Tymczasem w połowie lipca ktoś jeszcze sobie o mnie przypomniał. Domek w West Bay odwiedziła nieznana mi bliżej elegancka sowa, która przysiadła na niepomalowanym płocie podczas naszego porannego rytuału picia kawy. 
— To do ciebie — oznajmił obojętnie wujek, strzepując popiół z papierosa do opróżnionej już filiżanki. 
Zacisnęłam usta sceptycznie i podeszłam niepewnie do stroszącego pióra ptaka. Sowa wyciągnęła do mnie niecierpliwie nóżkę z przywiązanym do niej listem. Gdy tylko go odwiązałam, ptaszysko wydało z siebie bezsensownie oburzony odgłos i odleciało w siną dal, krążąc jeszcze chwilę nad masztem najwyższego jachtu w porcie. Usiadłam z powrotem na rozwalającym się,  brudnym krześle i niecierpliwie rozwinęłam pergamin. Przebiegłam po nim wzrokiem, czytając szybko i ciesząc się coraz mocniej z każdym kolejnym zdaniem.
— Od kogo? — Pomimo faktu, że Alden Rosier całą swoją osobą starał się być cynicznym dupkiem, nie umiał do końca pohamować wrodzonej ciekawości. 
Widziałam, że mieszkający w nim chorobliwy czytelnik aż się rwie do poznania treści listu.
— Koleżanka ze szkoły. Chce żebym pojechała z nimi na Witchstock. 
W życiu nie widziałam, żeby wujek śmiał się tak głośno. Odrzucił głowę do tyłu i prawie spadł z krzesła.
— Witchstock!
— To tylko na dwa tygodnie… To taki festiwal muzyczny — zaczęłam się szybko tłumaczyć, podczas gdy on ocierał łzy.
— Ależ wiem, księżniczko. Jedź! Nic cię tu przecież nie trzyma.
— Co? — Zamrugałam szybko.
— Zamówić ci świstoklik? — Widząc moje zdumienie, odstawił pełną popiołu filiżankę na ziemię. — Chyba nie myślisz, że chcę cię mieć na głowie całe wakacje? — Łypnął na mnie z rozbawieniem różnokolorowymi, groźnymi oczami.
— Nie, ja… Oczywiście, ja… Nie myślałam, że mogę-…
— Spokojnie, kochanie. — Położył mi rękę na ramieniu i mrugnął do mnie porozumiewawczo. — Jesteś tu bardzo mile widziana, ale przydałoby ci się nieco więcej życia. 
— Tak… Ale nie potrzebuję świstoklika. 
— Wybacz, nie będę się z tobą teleportował.
— Chłopak Alany zabierze nas wszystkie samochodem — wyjaśniłam szybko. 
— Na Morganę… — Znów się zaśmiał, masując nasadę nosa.
— Demeter napisała, że już za kilka dni wypuszczą go z frontu w Wietnamie i-…
— Ach! Amerykańscy chłopcy wracają do domu… — Zapatrzył się melancholijnie na przystań, milknąc na dobre kilka minut. 
— Wyświadcz mi tylko tę jedną przysługę, księżniczko. — Zabrał nasze filiżanki do środka, a ja podreptałam za nim, wciąż trochę oszołomiona tym, że pozwolono mi zrobić coś, na co autentycznie miałam ochotę. — Jeśli ktoś zaproponuje ci podejrzane substancje do palenia-…
— Nie! Nie, absolutnie, oczywiście, że nie! — zapewniłam solennie, a wujek spojrzał na mnie wymownie.
— Tak… Dążę do tego, że naprawdę przydałoby ci się wyjąć ten kij z tyłka.

*

Samochód Jima okazał się być dziesięcioletnim Volkswagenem, który zacinał się średnio co pięćdziesiąt mil, więc musieliśmy robić przymusowe postoje na papierosa. Właściciel felernego wozu mógł przy okazji popisać się męskością i z wielce fachową miną udawał przed swoją dziewczyną, że grzebie pod maską w niezwykle ważnym celu. Wszystkie wiedziałyśmy, że nikt z nas nie miał pojęcia o mechanice, ale postanowiłyśmy mu nie przeszkadzać.
Chłopak Alany był uroczym brodaczem z południowoamerykańskim akcentem i typowo południowym sposobem bycia. Dużo żartował, dużo przeklinał i właściwie gęba mu się nie zamykała. Co przystanek zamieniałyśmy się z dziewczynami miejscami i któraś musiała komuś siedzieć na kolanach. Nie wiem jak bez zaklęć powiększających pomieścilibyśmy się w sześć osób w tym malutkim autku zagłady, ale fakt faktem — po kilku dniach dojechaliśmy na Isle of Wight we w miarę nienaruszonym stanie. Może trochę wymiętoszeni i śmierdzący nikotyną, ale bardzo zadowoleni. 
Witchstock okazał się być wszystkim tym, na co skrycie liczyłam. W promieniu kilku mil rozciągało się pole namiotów i szałasów naprędce skleconych z koców i wielobarwnych chust. W oddali stała scena zbudowana na pordzewiałym rusztowaniu. W życiu nie widziałam czegoś podobnego. Wokół paradowali długowłosi ludzie, w większości poubierani w powłóczyste szaty, kolorowe szarawary, chusty na głowie bądź chodzący praktycznie nago. Żałowałam, że nie mam drugiej głowy, by wchłonąć jeszcze więcej egzotycznych widoków. 
— Przestań się tak gapić! — Demeter szybko ustawiła mnie do pionu, wcisnęła mi moją torbę w ręce i pociągnęła wgłąb pola, by znaleźć nasze namioty. 
Jim tymczasem robił użytek ze swojego polaroida, z czego bardzo się cieszyłam, bo postanowiłam, że po powrocie do Londynu poproszę Alanę o odbitki.
— To te dwa zielone tam — oznajmił Jim, gdy przeszliśmy już przez niezliczone rzędy kolorowych hippisów i ich miejscówek. 
Wynajęte przez nas namioty okazały się być ogromne i pokryte ciemnozielonym,  wojskowym drelichem.
— Pożyczył mi je kumpel z oddziału — wyjaśnił chłopak Alany, puszczając ją przodem.
Ja, Alice, Dorcas i Demeter zajęłyśmy drugi we czwórkę. Namioty bynajmniej nie były magiczne, wręcz przeciwnie. W środku ledwo starczyło miejsca na nasze śpiwory, ale jakoś nam to nie przeszkadzało. Pierwszej nocy w ogóle nie spałyśmy. Spędziłyśmy ją na plotkowaniu i chichotaniu ilekroć z namiotu obok dolatywały do nas głośniejsze jęki zakochanej pary. Po południu zaczęły się koncerty, a Jim skombinował od kogoś dwa skręty. Mając w pamięci słowa wujka Aldena, bawiłam się lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej w moim niemal siedemnastoletnim życiu. Chodziliśmy spać skoro świt i wstawaliśmy po południu, a ja do dziś nie jestem w stanie powiedzieć, jakim cudem byłyśmy w stanie.
Przedostatniego dnia festiwalu, Alice odkryła schowane w pobliskim lasku jezioro, o którym chyba reszta obozowiska nie miała pojęcia. Tego wieczoru akurat koncert nie był zbyt udany, więc udałyśmy się tam zaraz z butelką Ognistej i paczką papierosów. Siedziałyśmy na kamienistym brzegu i moczyłyśmy nogi w płytkiej, nagrzanej słońcem zielonkawej wodzie, podejrzewając, że Jim i Alana są więcej niż bardzo zajęci sobą. 
— Myślisz, że Jim z nią zostanie? — Demeter pociągnęła z butelki, podając ją dalej.
Wzruszyłam ramionami i zapaliłam kolejnego papierosa, bo po alkoholu smakowały mi coraz bardziej. Alice czknęła i przejęła od Demeter Ognistą. 
— Jeśli go nie wyrzucą z powrotem na front — uznała Dorcas mrocznym tonem.
— Och, zawsze byłaś fatalistką! — Alice znowu czknęła i zachichotała pod nosem.
— Ja myślę, że zdezerterował — wtrąciłam się, momentalnie czując na sobie spojrzenia dziewczyn.
— To by akurat tu bardzo pasowało — mruknęła Dorcas enigmatycznie, skręcając zręcznie papierosa w długich palcach.
— Do czego? — zapytałam, przejmując Ognistą od Alice.
— Witchstock nie różni się dużo od Woodstocka. Wszyscy jesteśmy przeciwni wojnie. I pomyśl sama — co tu niby robi amerykański żołnierz, który przysięgał walczyć „za dobrą sprawę, wolność naszą i waszą“ i takie tam bzdety.
Na moment umilkłyśmy wszystkie.
— Dorcas uważa, że jest taka mądra i spostrzegawcza — prychnęła w końcu Demeter, rozładowując przyciężką atmosferę.
Dorcas uśmiechnęła się jak niecny chochlik i zamachała papierosem w powietrzu.
— Dobra, kto ma zapałki?
Podałam jej pudełko swoich i rozejrzałam się po lesie. 
— Za czym tak patrzysz? — Demeter trąciła mnie w bok.
— Zaraz wrócę.
— Gdzie idziesz?
— Wiesz, nawet czystokrwiste snobki czasem sikają. — Otrzepałam się z zeschniętych liści i odeszłam w poszukiwaniu ustronnego miejsca, słysząc za sobą jeszcze ich chichoty.
Kiedy znalazłam odpowiednio rozłożysty krzak i już miałam podciągać spódnicę, usłyszałam trzask suchych gałązek. 
— Dziewczyny? — Odwróciłam się zaraz i sięgnęłam natychmiast po różdżkę, rozglądając się wokół czujnie.
Gdzieś obok usłyszałam kolejny trzask gałązek i spanikowana wypuściłam w tamtym kierunku wiązkę światła, gotowa stawić czoła niechybnemu zagrożeniu.
— Black, ty szajbusko! — Usłyszałam głuchy odgłos, zupełnie jakby ktoś wpadł na drzewo. — Na Merlina, tak myślałem, że to ty!
— Teddy? — Rozejrzałam się wokół, nadal trochę w szoku.
Zza drzewa, przyświecając sobie skromnym Lumos, wyszedł bardzo mi znajomy Gryfon, ubrany w długą, kolorową szatę przypominającą te noszone przez mnichów Shaolin. Zachichotałam na ten widok, tracąc równowagę przez fakt bycia w stanie lekkiego wstawienia. Oparłam się o drzewo, a Teddy posłał mi zniecierpliwione spojrzenie.
— Nie oceniaj mnie, proszę, zbyt surowo. Jestem tu na wieczorze kawalerskim.
— Swoim?
— Nie. — Podszedł do mnie bliżej i zauważyłam, że odkąd ostatnio się widzieliśmy, zdążył zapuścić brodę. Bardzo mu pasowała.
— Cholera, jesteś chyba ostatnią osobą, jakiej bym się tu spodziewał.
— Ciebie też miło widzieć. — Przewróciłam oczami. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, nie wiedząc co powiedzieć, więc w końcu westchnęłam ciężko i wycofałam się w stronę jeziora.
— No cóż. To ja wracam do swojego towarzystwa, ty pewnie musisz wracać do swojego…?
— Wcale nie muszę. — Złapał mnie za rękę, którą szybko wyszarpnęłam, bo od razu trafiły mnie dość nieprzyjemne wspomnienia z tym związane.
— Przepraszam. — Wycofał się zaraz.
— Nie przepraszaj. — Schowałam różdżkę do kieszeni i przygryzłam usta. — Ech, cóż… Miło cię znowu widzieć, Teddy. Mimo wszystko.
Uśmiechnął się sarkastycznie i oparł o drzewo nonszalancko.
— Wiesz, cieszę się, że w końcu zapamiętałaś jak mam na imię. 
Milczałam, więc trochę się zmieszał, chociaż ukrywał to jak mógł. 
— Hej, jeśli nie masz z kim wracać do Londynu-…
— Nie mieszkam już w Londynie — przerwałam mu.
— Nie? — Zdumiał się mocno. — A gdzie?
Zawahałam się na moment, nie chcąc za bardzo dzielić się informacją, która wydała mi się w obecnych okolicznościach zbyt niebezpieczna do rozgłaszania na prawo i lewo. 
— Na południu. 
— Aha. — Zmrużył oczy, robiąc przy tym sardoniczny grymas. — Do wszystkich podchodzisz jak ten pies do jeża?
— Jak co?
— Nic. — Poprawił swoją szatę, a ja zastanawiałam się, czy naprawdę mogę go wykorzystać. Być może byłaby to przyjemniejsza podróż zamiast gnieżdżenia się w ciasnym, rozwalającym się samochodzie. Zresztą, skoro to proponował i chciał być miły… Nie mogłam wciąż wszystkim odmawiać.
— Jeśli naprawdę chcesz mnie podwieźć, będę bardzo wdzięczna — powiedziałam w końcu, dużo bardziej oficjalnie, niż bym chciała.
Mój ton bardzo go rozbawił. Skłonił się przede mną dworsko.
— Przyjadę po panienkę jutro skoro świt, dodawszy jeszcze, iż moje zamiary czyste są jak łza!
Tym razem nie miałam żadnych wyrzutów sumienia z powodu dania mu solidnego prztyczka w nos.

*

Dziewczyny nie były specjalnie zirytowane z powodu mojego zorganizowania sobie własnego transportu. Wręcz im nieco ulżyło, teraz nikt nie będzie musiał nikomu miażdżyć kolan co pięćdziesiąt mil. Pożegnałyśmy się bardzo serdecznie, Jim ucałował mnie w obydwa policzki,  a Alana obiecała podesłać odbitki zdjęć. Bez zbędnych ceremonii poszłam na parking, gdzie przy swoich samochodach uwijali się wszyscy kolorowo ubrani uczestnicy festiwalu, nierzadko przekrzykując się i rzucając złośliwe Evanesco na czyjeś butelki z alkoholem. Teddy czekał na mnie przy swoim staroświeckim Fordzie, który był w tylko trochę lepszym stanie niż samochód Jima.
Wrzucił moją torbę do bagażnika, ja wsunęłam się na przednie siedzenie, podziękowałam ponownie za transport i przez pierwsze piętnaście minut drogi każde z nas milczało, pełne skrępowania, nagle nie wiedząc, co powiedzieć. Tonks w końcu włączył radio, uznając, że napięcie wymaga rozładowania. Trafił na sam początek piosenki Jefferson Airplane, którą szczególnie sobie upodobałam. Zaczęłam nucić pod nosem, stopniowo coraz bardziej odważnie i w końcu nie zdając sobie sprawy z tego, jak głośno to robię.
— Nie masz do tego talentu, Black.
Odwróciłam się do niego z pretensją, ale zobaczyłam, że się uśmiecha, więc odpuściłam.
— Być może, ale przynajmniej nikt mi nie zarzuci, że nie śpiewam!
Teddy zaśmiał się głośno i podrapał w brodę. 
— Nigdy się nie zmieniaj, Andromedo Black.
Odwróciłam się do niego, ale nie odwzajemnił spojrzenia.
— Właściwie podobno nie mam już prawa używać tego nazwiska — wtrąciłam, sama nie wiedząc, czemu mu to mówię. 
— Wychodzisz za mąż? — zapytał głucho, nagle zaciskając mocniej dłonie na kierownicy.
— Nie! — Zaśmiałam się na samą myśl. — Co za bzdura… — Odwróciłam się z powrotem do okna, obserwując mijane przez nas łąki i pola. 
— Tak właściwie to pod koniec zeszłego roku zostałam wydziedziczona. — Sama nie wiedząc czemu, bezmyślnie narysowałam palcem małe serce na zakurzonej szybie.
— Co?! — Ted jechał dalej, wciąż ściskając kierownicę. — Ja się bardzo staram patrzeć przed siebie, bo jestem kierowcą i dbam o twoje bezpieczeństwo, ale: co?!
Zaśmiałam się na cały głos, bo cały ten dialog wydał mi się nagle bardzo komiczny.
— Nie przejmuj się tym tak mocno. Czystokrwista arystokracja ma swoje pomysły na życie, a ja mam swoje…
Teddy milczał przez chwilę, kręcąc wciąż głową z oburzeniem. Położyłam rękę na jego, co spowodowało, że na moment znieruchomiał. 
— Jasna cholera, jesteś dziewczyną, której przytrafiają się bardzo złe rzeczy.
— Wszechświat i tak chyli się ku końcowi, Ted. Wydaje mi się, że historia zatacza pełne koło.
Kiwnął głową i wyciągnął paczkę papierosów ze schowka na rękawiczki. 
— Nie mam nic przeciwko. 
— Nie masz? — Zmarszczyłam nos, obserwując, jak stara się zapalić, jedną ręką trzymając za kierownicę. W końcu nachyliłam się w jego stronę, oferując pomoc. 
Teddy otworzył okno po swojej stronie, zaciągając się głęboko i kręcąc głową. 
— Wychodzę z założenia, że twój świat podzielił się na dobrych i bardzo złych ludzi. 
— Mój świat! — Zaśmiałam się, stukając palcami w przyciski radia i przełączając stację.
— Hej! — Trzepnął mnie lekko po dłoni. — Ja jestem kierowcą, ja ustalam muzykę.
— Ani mi się śni! — Odsunęłam się jednak posłusznie, ale on nie przełączył wybranej przeze mnie piosenki.
— Więc. — Podjęłam temat. — Nie identyfikujesz się z czarodziejami?
— Myślałem, że tak ci jest bardziej na rękę — odparł złośliwie. — Tradycja magiczna…
— Daj spokój! Ta ich cała „tradycja“ to iluzja przetrwania.
— Iluzja przetrwania… — powtórzył. Widziałam, że bardzo mu się to spodobało. Wyrzucił niedopałek przez okno i pokiwał głową. — Wiesz co, polegasz zbyt mocno na swoim zdrowym rozsądku.
— Przepraszam, a co innego mam robić? Wyobrażać sobie, że wszystko będzie dobrze?
Zaśmiał się pod nosem i wzruszył ramionami. 
— Przydałoby ci się nieco wiary w ludzi, tak tylko sugeruję.
— Bzdura! — Próbowałam skopiować jego szelmowski uśmieszek, ale mi nie wyszło.
Dalszą drogę do Londynu spędziliśmy rozmawiając już na nieco lżejsze tematy. Teddy był bardzo inteligentnym rozmówcą, choć nieco zbyt mocno mi dogryzał, jak na mój gust. Być może lubił się ze mną kłócić. Mi z pewnością się to podobało.
— Jesteś pewna, że nie chcesz, żeby cię gdzieś dalej podrzucić? — Pożegnał się ze mną  dopiero na samym peronie King’s Cross i jeszcze do tego wszystkiego podał mi moją torbę przez okno.
— I tak mam u ciebie wielki dług wdzięczności. — Pomachałam mu na pożegnanie, uśmiechając się tak szeroko, że bolały mnie policzki. 
— Jaki tam dług! — Zaczął iść w kierunku jazdy pociągu, który powoli coraz bardziej się rozpędzał. — Hej, Black! — Zawołał za mną w końcu, teraz już prawie biegnąc. 
Wychyliłam się, przytrzymując włosy, które pęd wiatru rozwiewał na wszystkie strony. Spojrzałam na niego pytająco, ale Teddy nic nie powiedział. Przystanął tylko i pomachał mi na pożegnanie, więc ja odpowiedziałam mu tym samym. 
Całą drogę do stacji w Bothenhampton spędziłam na drzemce, a gdy w końcu pociąg dojechał do Dorset, przeszłam te kilka mil do West Bay piechotą, nie chcąc czekać na autobus. Dotarłam tam późnym wieczorem, gdy lampy zapalały się wzdłuż pomostów na przystani. Szłam w stronę domu wujka Aldena, kiedy nagle gdzieś nad przystanią rozległ się oszałamiający huk, przypominający wystrzał z armaty. W odstępie kilku sekund usłyszałam towarzyszące mu mniejsze wybuchy i chwilę później nad domem wujka zobaczyłam zielonkawą łunę, która szybowała coraz wyżej i wyżej w kierunku nieba, by tam rozbłysnąć i przybrać postać czaszki, z której wysuwa się potężny wąż. Krzyknęłam i rzuciłam torbę na ziemię, instynktownie wyciągając różdżkę i zbiegając ze skarpy, o mały włos nie skręcając sobie po drodze karku. Wpadłam na pomost i zobaczyłam wybiegające z domku cztery postaci. Trzy z nich były ubrane w czarne szaty i białe maski. Czwartą był wujek Alden, który z niesamowitą zwinnością i bijącym z oczu ogniem, którego nigdy wcześniej nie widziałam, rzucał wokół siebie klątwy i zaklęcia. Rozbrajał przeciwników całkiem skutecznie, do momentu, gdy mnie zauważył.
— Uciekaj! — Wyjątkowo wysoka postać w czarnej szacie próbowała posłać w jego kierunku zaklęcie, ale wujek Alden uchylił się zwinnie i przywalił jej w brzuch silnym prawym prostym. 
Odwrócił się do mnie ponownie i przytrzymał przy sobie najniższego z napastników, który chciał go tchórzliwie zaatakować od tyłu. Strach wmurował mnie w ziemię i ocknęłam się dopiero, gdy usłyszałam ponowny rozkaz:
— Andromeda, UCIEKAJ!





domek w West Bay


4 komentarze:

  1. Po pierwsze, niemal czułam cały ten fajkowy dym i odruchowo otworzyłam okno. Twoje szczęście, że jest już ciepło i mogłam to zrobić :) Mam swoje obsesje, mam swoje nerwice i się ich nie wstydam, ha!
    Po drugie... Mówiłam, że zabijesz wujka! Niech Cię ręka Merlina przed tym broni, bo ja nadal uważam, że zabawniej będzie z niego zrobić zdrajcę i podstępnego Śmierciojada, podwójnego szpiega i cholera wie co jeszcze. Ewentualnie drag queen. Sama już nie wiem, którą wersję bym wolała.
    Po trzecie... Och, i Teddy! Jakoś tak liczyłam, że wreszcie coś, lecz postanowiłaś trzymać nas w napięciu. Może to i lepiej? W końcu Andromeda jest zamkniętym w sobie małym świrkiem i nie powinna się rzucać na brodatych Gryfonów. W sumie podoba mi się to, że ten romans – o którym wiemy, jak się skończy – rozwija się tak powoli i spokojnie. Same delikatne sugestie i rączki na kołderce... E, na kierownicy. Bo skoro znamy koniec, jest dużo pola do zabawy.
    No i ten boski Witchstock! Andy zdecydowanie musi więcej wychodzić z domu. Byle z dala od Śmierciojadów.

    Ukłony,
    Szalona

    P.S. Wujek wujek wujek!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wujek!
    Jeśli ta scena zwiastuje bliską śmierć, to ja się obrażam. Nie bawię się tak, jak już kogoś polubiłam, to oczekuję, że będzie żył... no, długo. A w przypadku wujka wychodzi na to, że może żyć wiecznie.
    Klimat domku aż namacalny. O ile nie chciałabym być na miejscu Andy, to chciałabym być w domku wujka. Nie tylko ze względu na to, że jest tam wujek, chociaż to miałoby znaczący wpływ na moją decyzję. :P

    Teddy... nie mogę się zdecydować, czy go lubię. Raz tak, raz nie, sama nie wiem. Tutaj na przykład wkurzał mnie aż do momentu, kiedy jako przykładny kierowca, zadbał o zdrowie i życie Andy patrząc na drogę. Trudna decyzja, naprawdę.

    Biegnij Andy, biegnij!

    Weny, ściskam. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oho, a potem ma się pretensje do mnie, że w moich fikach nikt nie ginie i jest nierealistycznie hehe. Jedyne, co mogę powiedzieć, to że ja mam Plan. Ale nie wiem, czy to cię specjalnie uspokoi…

      Teddy się wyrabia. Ja to widzę, ale chyba tylko ja, bo wiem, co będzie później, no ale przecież nie mogłam dać Andromedzie jakiegoś macho :P

      Dziękuję za komentarz! <3 Ściskam!

      Usuń
  3. Myślę, że wujek sobie poradzi. Jakoś się o niego nie martwię.
    Podobała mi się scena na dworcu. Teddy taki uroczy i romantycznie rozwiany. Ale jak znowuż pomyślałam o jego kanonicznej śmierci, to ja już chyba nie chcę Daniela w tej roli.
    Taki krótki ten Witchstock! Myślałam, że poświęcisz mu cały rozdział. I dobrze, że Andy zdecydowała się wracać z Tedem, bo jakoś nie mogłam sobie wyobrazić jej podróży w takim ścisku. Może i nie jest arystokratką z głębi serca, ale do jakichś ludzkich standardów w końcu nawykła. :P

    OdpowiedzUsuń