Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

15 lut 2016

Rozdział III




Bellatrix i Andromeda, 1969



Powrót do domu był trudniejszy, niż ucieczka z niego. Nie byłam do końca pewna, jakim cudem udało nam się wydostać z baru i odnaleźć samochód Paula, zwłaszcza, że tylko Bella pamiętała jako-tako, gdzie go zaparkowaliśmy. Jego nieszczęsny właściciel, kiedy tylko odnalazł kluczyki, natychmiast zaległ na tylnym siedzeniu, nie będąc w stanie ruszyć ani ręką, ani nogą. Za kierownicą usiadł zatem, bez żadnego porozumienia z kimkolwiek, jeden z podejrzanych typków. Drugi, ten wyższy, wcisnął roztrzęsioną Nigellę obok Paula, a potem odwrócił się do nas.
— Nie zmieścicie się. Teleportuję się z wami. — Wyciągnął dużą, pokaleczoną dłoń do Belli, która trzęsła się nieznacznie i bardzo starała się to ukryć. 
Nie byłam do końca zadowolona z takiego obrotu spraw, nie wydawało mi się to do końca bezpieczne, ale z drugiej strony jaki inny wybór miałyśmy? Westchnęłam ciężko. Byłyśmy zdane na łaskę i niełaskę mężczyzny, któremu Bella groziła nożem. Dla takich właśnie chwil warto wychodzić z domu, jak sądzę.
— W porządku. — Złapałam siostrę za rękę, a ona wsunęła swoją w ogromne łapsko. 
Zamknęłam oczy, ale nic się nie stało. Kiedy je otworzyłam, czułam na sobie zniecierpliwione spojrzenie olbrzyma.
Gdzie mam się teleportować? — warknął.
Bellatrix zadarła głowę, a ja zaczęłam się zastanawiać, czemu jego akcent, z kompletnie i aż nazbyt rynsztokowego, nagle zrobił się taki wytworny. Od początku wiedziałam, że ten facet był jakiś lewy.
— Sheffield Terrace — powiedziała sucho Bella, zanim zdążyłam palnąć coś zgryźliwego.
Poczułam momentalnie znajome szarpnięcie w okolicy pępka i lekkie mdłości, choć w tym wypadku równie dobrze mógł zawinić alkohol. Ku mojej wielkiej uldze znalazłyśmy się na naszej ulicy, pogrążonej w ciszy i półmroku, który przecinały tylko światła ozdobnych, żeliwnych latarni ciągnących się wzdłuż chodnika. Równiutkie szeregowce z czerwonej cegły, niemal identyczne ogródki i metalowe, białe ogrodzenia — tak, nie dało się ukryć. Jakimś cudem byłyśmy z powrotem w domu. No, prawie.
Kręciło mi się w głowie i nie miałam tak naprawdę pojęcia, czemu ten paskudny typ nam pomaga, ale miałam nadzieję, że szybko sobie pójdzie. Bella puściła nasze ręce jako pierwsza. Wzięła głęboki wdech i ruszyła powoli przed siebie. Spojrzałam w górę na olbrzyma, który patrzył za moją siostrą, mrużąc oczy i wyraźnie nie wiedząc, co ma zrobić. Wykorzystałam jego skonfundowanie:
— Dziękujemy za pomoc — powiedziałam.
— Odprowadzę was — odparł obojętnie, nie patrząc na mnie.
— To bardzo miłe, ale nie ma takiej potrzeby.
— Jest środek nocy.
— Jesteś nazbyt troskliwy. Damy sobie radę, to nasza ulica.
Ignorując mnie kompletnie, podążył za Bellatrix, która teraz szła lekkim zygzakiem, choć starała się udawać niezachwianą pewność siebie. No tak. Nie mając większego wyboru, powlokłam się za nimi. Spodziewałam się, że dom będzie pogrążony w grobowej ciszy, na werandzie będzie stał zamartwiający się i wściekły ojciec, czeka nas karczemna awantura… Ale kiedy znalazłyśmy się przy naszym domu, od razu zauważyłyśmy, że wszystkie światła się palą, muzyka dalej gra, a przyjęcie trwa w najlepsze.
— Myślałam, że już dawno się skończyło — powiedziałam cicho do Belli, kiedy już ją dogoniłam. 
Kamień spadł mi z serca. Ona parsknęła w odpowiedzi i pokazała mi swój zegarek, choć na niewiele się to zdało, bo trzęsła się jej ręka i nie mogłam odczytać godziny.
— Jesteś beznadziejną kretynką, dopiero druga! — Moja siostra wyraźnie odzyskała pewność siebie, a ja prychnęłam kpiąco, doskonale wiedząc, że w głębi duszy musiała obawiać się konsekwencji, tak samo jak ja. Znałam ją jak zły szeląg. 
Tymczasem nasz całkowicie zbędny nowy towarzysz czaił się za nami w milczeniu niczym fatum, z oczywistych względów nie będąc w stanie dostrzec solidnie zabezpieczonej rezydencji Blacków — chroniło ją zaklęcie Fideliusa. Wyciągnął z kieszeni spodni paczkę papierosów i zapalił jednego, udając najwyraźniej, że jest zbyt cool, żeby się czymkolwiek przejmować. Nie ze mną jednak te numery, zaczynałam sobie wyrabiać coraz bardziej szczegółową opinię na jego temat.
— Idziemy przez ogród? — Otworzyłam boczną furtkę, patrząc na Bellę z wyczekiwaniem, ale ona odwróciła się do olbrzyma i podeszła do niego zdecydowanie. 
On spojrzał na nią z uprzejmym zainteresowaniem. Szarpnęła go silnie za łokieć, czego się nie spodziewał, wiec zgiął się w pół. Papieros wypadł mu z ust do studzienki ściekowej, ale nie zwrócił na to większej uwagi.
— Bella! — syknęłam.
— Sheffield Terrace czterdzieści siedem, et nomen nostrum — powiedziała do niego stanowczo. 
On świdrował ją ciemnymi oczami, dopóki coś za nią nie przykuło jego uwagi. 
— Bella! — zawołałam znów z pretensją, podczas gdy ona uśmiechała się z samozadowoleniem kota, który zjadł tłustego kanarka swojej pani i nie czuł  w związku z tym absolutnie żadnych wyrzutów sumienia.
Puściła olbrzymiego typka. Wyprostował się powoli i zagwizdał, gdy zobaczył nasz dom w pełnej krasie — wyższy niż reszta budynków, magicznie powiększony o dodatkowe piętro i wzbogacony o szeroki taras i bardzo zadbany ogródek.
— Wiedziałem, że jesteś prawdziwą damulką — mruknął.
— Odezwał się! Ten akcent cię zdradza, nic dziwnego, że popisujesz się marną imitacją Brummie — odparła Bella, splatając dłonie na piersi. — Kim jesteś?
Mężczyzna wzruszył ramionami i ukłonił się przed moją siostrą z galanterią, o jaką bym go w życiu nie podejrzewała.
— Panienko Black.
— Skąd-?
— Herb. — Wskazał na ogrodową furtkę, którą wciąż trzymałam sugestywnie otwartą. 
No tak. Zapomniałam wspomnieć, że kolejną różnicą architektoniczną między nami a resztą ulicy był fakt, że nad głównym wejściem i furtką do ogrodu nasz bardzo dumny przodek umieścił dość znany w czarodziejskich kręgach herb Blacków.
Chwilę potem usłyszałam trzask teleportacji, więc już i tak zbyt zdenerwowana, nie czekając na więcej niespodzianek, pobiegłam czym prędzej po śliskiej trawie do tylnego wejścia do piwnicy. Niech go szlag, nikogo nie obchodzi kim był, niech sobie będzie nawet i samą królową Anglii! Bella wpadła do domu zaraz za mną — na całe szczęście, bo już myślałam, że zostanie tam z nim do rana. Przebiegłyśmy bez słowa przez piwnicę, potykając się na skrzypiących drewnianych schodach. Cichaczem przemknęłyśmy się przez kuchnię, w której na szczęście siedział tylko Roger. Na nasz widok ściągnął usta w wąską linię i demonstracyjnie zamieszał chochlą w stojącym w zlewie brudnym garnku pełnym mydlanej piany, nie komentując jednak naszego przybycia w żaden wyraźny sposób. Słyszałam tylko, że mamrotał do siebie coś pod nosem.
— Jak teraz wejdziemy na górę? — szepnęłam do Bellatrix.
Naraz Roger odchrząknął znowu i otworzył drzwiczki do windy służącej do transportu dań z kuchni do jadalni i na resztę pięter. Spojrzałyśmy z Bellą po sobie.
— Nie takie rzeczy potrafiła udźwignąć — powiedziała cicho, unosząc sugestywnie jedną brew.
— Ciotka Walburga ma apetyt godny małego patrolu wojskowego — dodałam z pełnym przekonaniem. 
Zdjęłyśmy zatem nie swoje płaszcze, futra, kapelusze i ubłocone buty i wpakowałyśmy się do ciasnego szybu. Roger zamknął za nami drzwi, a my zaczęłyśmy przeciągać gruby, metalowy sznur. Po mozolnej, obcierającej ręce niemal do krwi wędrówce w klaustrofobicznym szybie, słysząc przez ścianę dźwięki wciąż beztrosko trwającego przyjęcia, znalazłyśmy się na piętrze, gdzie wygramoliłyśmy się na pogrążony w ciszy korytarz i w absolutnej konspiracji wpadłyśmy do mojej sypialni, która znajdowała się najbliżej szybu. Zamknęłam za nami drzwi na klucz, zapaliłam światło i razem z Bellą spojrzałyśmy sobie w oczy, nie wiedząc, co dalej.
— Co im powiemy rano? — zapytałam szeptem.
Bellatrix, zaróżowiona i z błyszczącymi oczami, uśmiechnęła się do mnie szeroko.
— Byłyśmy tu przez cały czas — odparła gładko.
— Tak.
— Dostałaś migreny.
— Tak.
— A ja cię pielęgnowałam.
— Tak… — Zawahałam się. — Nikt w to nie uwierzy.
— Nieistotne. Liczą się dobre chęci. — Na widok mojej zbulwersowanej miny parsknęła śmiechem i przytuliła mnie do siebie mocno, co było kompletnym zaskoczeniem, bo z reguły unikała kontaktu fizycznego nawet z naszym ojcem.
— Dziękuję — powiedziała cicho.
Jej oddech łaskotał moje ucho, obydwie śmierdziałyśmy brudną knajpą, nasze sukienki były w stanie nadającym się tylko do utylizacji, piłyśmy alkohol, paliłyśmy papierosy, brałyśmy udział w bójce barowej… To była zdecydowanie najlepsza noc mojego życia. Objęłam ją mocno.
— Za co?
— Wiesz za co.
Puściła mnie i mrugnęła łobuzersko. Chwilę później rozpięła suwak swojej szykownej sukni, której cały dół był umazany błotem i resztą tego, co znajdowało się na podłodze podłego baru w Camden, po czym nago ruszyła do mojej łazienki. 
Kiedy usłyszałam dźwięk prysznica, szybko ściągnęłam z siebie wszystkie brudne ubrania, w panice wcisnęłam je na samo dno szkolnego kufra i przebrałam się w koszulę nocną. Dobrze. Gdyby ktoś pytał, cały wieczór spędziłam w łóżku jak na zemdloną, czystokrwistą, przyzwoitą hipochondryczkę przystało. Tak. Rzuciłam się na łóżko, które jęknęło cicho pod moim ciężarem. O Roweno! Nikt nam nie uwierzy…

*

Przy śniadaniu ciotka Walburga jak zwykle mówiła za wszystkich, podkreślając towarzyskie znaczenie imprezy, wspaniałe kreacje, wysoką frekwencję znamienitych gości i olśniewający wygląd Narcyzy. Cyzia, grzebiąc w swojej owsiance, przytakiwała jej z nieco mniejszym entuzjazmem niż zwykle. Patrzyła na mnie czasem z wyrzutem, ale gdy tylko łapałam ją wzrokiem, wracała spojrzeniem do talerza. Bella w ogóle nie zaszczyciła nas swoją obecnością, a ja, nie tknąwszy nic oprócz herbaty, umierałam z niepewności za nas obie, w obawie, czy ktoś odkrył naszą ucieczkę. Na szczęście ciotka szybko utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie:
— … i pomyśleć tylko, że spędziłaś pół wieczoru na górze! — Pokręciła swoją wielką głową, a jej drugi podbródek zatrząsł się we wzburzeniu. — Ale zawsze to powtarzałam, twoja matka była chorowita, to niestety dziedziczne. — Machnęła upierścienioną ręką w stronę koszyka z pieczywem, który jednak okazał się pusty. Ciotka rozejrzała się z konsternacją po stole.
— Khm — odparł ojciec zza gazety, dzwoniąc filiżanką o spodek nieco głośniej niż przed chwilą. Wiedziałam, o co chodziło. Nie znosił wzmianek o matce chyba jeszcze bardziej, niż Narcyza.
— Nic nie poradzę, że dostałam migreny — mruknęłam pod nosem, mieszając swoją herbatę bez większego przekonania.
— Co mówisz? — skrzeknęła ciotka, dzwoniąc na służbę srebrnym dzwonkiem, który teraz chyba miał się stać nieodłącznym akcesorium każdego posiłku. — Nie mamrocz, proszę, wiesz jak tego nie lubię. Roger!
Nasz lokaj naszedł niespiesznie, stając nad ciotką z przesadną atencją. Uśmiechnęłam się nieznacznie, bo wiedziałam, że się z niej nabija. Mógł sobie na to pozwolić, pracował dla nas już wiele lat, a ojciec nigdy by go nie zwolnił.
— Słucham, madame —  powiedział uprzejmie, splatając ręce za plecami. 
— Gdzie są drożdżowe bułki? — zapytała ciotka z pretensją, ściągając uszminkowane usta z niezadowoleniem.
— Nie ma, madame.
— Jak to „nie ma“?! Nie zrobiliście?!
— Zjadła pani już wszystkie, madame.
— Niemożliwe! Poszukaj w kuchni! — Machnęła na niego ręką, odganiając go jak natrętną muchę. — Tak, a tymczasem… Salazarze, dziecko, wyglądasz tragicznie! — zwróciła się z powrotem do mnie. Skuliłam się odruchowo. — Proszę, zrób coś z tym zanim wsiądziesz do pociągu! Jakie to daje świadectwo o nas wszystkich, jeśli wyglądasz jak ofiara wojenna?  I nie garb się. Narcyzo, skarbie, zjedz coś, wyglądasz na głodną. Cygnusie! — Zobaczyłam kątem oka jak gazeta, za którą siedział ojciec, zatrzęsła się delikatnie. Widać tak jak wszyscy odliczał dni do wyjazdu ciotki. — Gdzie jest Bella?
— Na górze — powiedziałam szybko.
— Jeszcze śpi! To dziecko jest potwornie rozpuszczone! Wczoraj Alden próbował mnie przekonać, że cały czas siedziała z Andromedą na górze, ale ja nie wierzę w ani jedno słowo tego frymuśnego oszołoma! Andromedo…
— Ale to prawda, ciociu — wtrąciłam, trochę obronnym tonem, bo czułam się w obowiązku bronić ulubionego wujka, który do tego jak widać domyślił się w pół sekundy, co zamierzamy zrobić i do tego nas wiernie krył. Cyzia posłała mi pogardliwe spojrzenie, które starałam się zignorować. — Bella przynosiła mi wodę i była ze mną prawie cały wieczór.
— Co za dziecko! — To, co właśnie powiedziałam, zdawało się spłynąć po ciotce jak po kaczce. — A próbowaliśmy ją znaleźć, Cygnusie, przecież miałeś ją przedstawić Wagnerom! — „Prorok Codzienny“ zaszeleścił ponownie, a ciotka przybliżyła się do mnie. — Alfons Wagner jest jedynym spadkobiercą rodu, to rzekomo stosy galeonów! Niezwykła fortuna, wspaniały młody człowiek…
— Czy Wagnerowie nie walczyli przypadkiem w wojnie po stronie nazistów? — zagadnęłam swobodnie, dosładzając herbatę bez sensu, bo i tak nie mogłam jej wypić.
— Jakiej niby wojnie? — Skrzywiła się tak mocno, że nagle z dwóch podbródków zrobiły się trzy.
— Światowej…?
— Och, głupoty! — parsknęła. — Kto by pamiętał po tylu latach! Co za różnica, zresztą Grindelwald też im pomagał, nie dziwmy się temu! O czym to ja mówiłam…?
— Chcecie wydać Bellę za Alfonsa? — zapytałam niewinnie. 
Narcyza bardzo się starała nie roześmiać, z satysfakcją zauważyłam, że zły humor nieco jej przeszedł, choć nie na długo — zaraz wróciła poprzednia marsowa mina. Ja sama natomiast nie mogłam się doczekać aż powiem Belli, za kogo chcieli ją wydać za mąż. Potomek hitlerowca z pewnością przebija kuzyna Evana. Nagle nasza ucieczka zyskała całkiem nowego znaczenia.
— A tak! Hm, właśnie, właśnie… — Ciotka obrzuciła mnie podejrzliwym spojrzeniem, widocznie próbując wywnioskować, czy się z niej jawnie nabijam, czy nie.
— Czy mogę już odejść od stołu? — zapytałam, udając słabiutki głosik. — Muszę jeszcze dopakować kufer.
— Tak, tak… — Kompletnie nie zwracając na mnie uwagi odwróciła się do Narcyzy, gdy nagle coś przykuło jej uwagę. — Cygnusie! Cygnusie, widzę co robisz, zostaw tę fajkę!
Kiedy wyszłam na korytarz, pełna cichej satysfakcji, usłyszałam za sobą kroki. Gdy się odwróciłam, zobaczyłam przed sobą Cyzię, która dogoniła mnie przy schodach i całkowicie znienacka, z całą swoją mocą, wymierzyła mi tak siarczysty policzek, że aż się cofnęłam i złapałam poręczy.
— Jak mogłaś! — syknęła. 
Jej blade policzki były zaróżowione z wściekłości, a usta zaciśnięte. Złapałam się za płonącą bólem twarz, a minę miałam chyba dostatecznie skonfundowaną, bo Narcyza zaraz dodała:
— Wyrwać się z mojego przyjęcia urodzinowego, żeby schlać się po kątach z koleżkami Bellatrix! — Przerwała i pokręciła głową. — Nie mogę powiedzieć, żebym po niej się tego nie spodziewała, ale to dla mnie naprawdę szok, że tobie też jestem całkowicie obojętna!
— Cyziu…
— Nie! Nie masz prawa mi się nawet tłumaczyć! 
To powiedziawszy, zostawiła mnie samą w korytarzu i wymaszerowała z powrotem do jadalni.

*

Byłam chyba jedyną piętnastolatką, która wracała porannym pociągiem do Hogwartu na tragicznym kacu. Wyglądałam jak cień samej siebie i całą podróż spędziłam w przedziale znajdującym się najbliżej łazienki, na wypadek gdyby zdarzył mi się jakiś… Wypadek przy pracy. Kiedy tylko ktoś do mnie zaglądał, udawałam, że śpię, dzięki czemu mogłam spędzić dwie godziny podróży w niezbyt błogim, ale względnie samotnym letargu.
Miałam jeszcze pół dnia wolnego przed jutrzejszym rozpoczęciem nowego semestru i zamierzałam ten czas spędzić jak zwykle — samotnie. Moje domowe relacje z siostrami były zupełnie inne od tych w szkole. Kiedy tylko wyszłam z pociągu, zauważyłam, że Bellatrix natychmiast otoczyła grupa jej znajomych z roku. Narcyza musiała jechać w przedziale ze swoimi koleżankami, bo kiedy wysiadła, nadal trajkotały i przekrzykiwały się wzajemnie. Jej jasne włosy mignęły mi tylko w tłumie, zanim wsiadła do powozu. Powlokłam się do ostatniego, w którym było jeszcze wolne miejsce, zastanawiając się, czy nie powinnam może adoptować kota.
Nie miałam zbyt dobrego kontaktu z koleżankami z mojego dormitorium. Właściwie prawie w ogóle nie miałam koleżanek. Większość uważała mnie za nadętą, czystokrwistą snobkę i wyznawczynię złotych zasad rodu Blacków. Tak naprawdę po francusku umiałam się tylko przywitać, a to całe „Toujours pur“ było mi równie obce, co chiński. Nie zamierzałam wychodzić za arystokratę. Nie czułam, że moja krew jest bardziej szlachetna od innej krwi, w zasadzie przewertowane przeze mnie encyklopedie i księgi jasno stwierdzały, że ludzka krew różni się między sobą tylko nieznacznymi szczegółami. Nie byłam na tyle głupia, by sądzić, że moja jest błękitna. Byłam ciekawa jaki jest jej typ, być może ilość płytek krwi, ale wiedziałam, że niebieską krew mają tylko ślimaki — ja się nim nie czułam, kto wie, może ciotka Walburga owszem? Przypominała mi czasem ślimaka, zwłaszcza kiedy wrzucała w siebie nieprzeciętne ilości jedzenia.
Mój kontakt z koleżankami z dormitorium ograniczał się do uprzejmego kiwania sobie głową na przywitanie. Jak już wspominałam, było nas tam pięć. Demeter i Alana spały obok siebie i nieustannie plotkowały. Nieśmiała na początku Diana Yaxley, teraz kolegowała się głównie ze starszymi dziewczynami i zawsze patrzyła na wszystkich z góry. Nie miałam ochoty z nią rozmawiać. Im mniej o mnie wiedziała, tym mniej rozpowie o mnie postronnym osobom. Katia Kafka z cichej dziewczynki przeistoczyła się w pierwszorzędną sukę i byłam pewna, że obgaduje wszystkich za plecami. Jej stały wyraz twarzy to niecny uśmieszek i lekko zmrużone oczy, przez co wyglądała jak knujący coś złośliwy chochlik.
Czasem żałowałam, że nie trafiłam do Slytherinu. W niektóre dni bardziej, w niektóre mniej, ale kiedy tylko musiałam wracać do wieży Ravenclaw, ta myśl wracała do mnie jak natrętny komar. Kiedy weszłam do dormitorium, moje współlokatorki siedziały już na swoich łóżkach, każda zajęta sobą. Demeter podniosła głowę, by zobaczyć kto wszedł, ale gdy zobaczyła, że to tylko ja, wróciła do pracy z Alaną nad ich projektem na astronomię. Położyłam się w ubraniu na łóżku i zasłoniłam baldachim, wzdychając głośno.
— …i od razu daje nam znać, że jest lepsza od nas, pieprznięta arystokratka — warknęła pod nosem Alana, myśląc, że nie usłyszę.
Tak. Nie ma jak w domu. Chyba naprawdę powinnam się zastanowić nad kotem. Koty nie mogą być złe — w końcu ciotka Walburga ma na nie silne uczulenie.
*

[transkrypcja nagrania z dnia 17.02.1983]

Wcale cię nie uważałam za pieprzniętą arystokratkę.

Akurat.

No dobra, może trochę. Ale tylko dlatego, że się tak izolowałaś!

[śmiech] A co miałam robić? Nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Na dzieciach ze starych rodów ciąży stygmat. 

Niby tak… Ale wyobraź sobie, jak Harry Potter będzie miał dopiero przerąbane!

Każde dziecko będzie znało jego imię…

[cisza]

Nie mogę uwierzyć, że James i Lily-…

Wiem, ja też nie. 

I Dorcas. Alice i Fr-…

Nie mówmy o nich.

[…]

Jakie jest twoje ulubione wspomnienie z dzieciństwa?

[śmiech] Kiedy Demeter obmyśliła sekretny plan urwania się z zajęć i obydwie opiłyśmy się jej podejrzanego eliksiru.

Nie była zbyt dobra z eliksirów…

Nie.

Wylądowałyście u madam Pomfrey?

Oczywiście, że wylądowałyśmy u madam Pomfrey! Przez tydzień nie chodziłyśmy na zajęcia.

A nie o to wam przypadkiem chodziło?

Czy ja wiem? [śmiech] A jakie jest twoje?

[cisza]

Andy?

Kiedy mama była w dziewiątym miesiącu z Narcyzą i zabrała mnie i Bellatrix na lody do Floriana Fortescue. 

I to jest twoje ulubione wspomnienie?


Nie wiem, czy ulubione, ale dzień był wtedy taki ładny…



Narcyza Malfoy w dniu swojego ślubu, 15.06.1974






9 komentarzy:

  1. Bella zaczyna mnie wkurzać z tą swoją perfekcyjną-badassowością. xD Czekam aż Andy też się wkurzy i rzuci szmatą. Szkoda, że z całej trójki to jej przyszło być tą szarą myszką, bo jest zdecydowanie najnormalniejsza. Ale cóż, takie życie, chociaż żal mi jej. Taka rodzina skrzywiłaby psychicznie wielu ludzi, nie tylko Bellę i Cyzię. Najbardziej lubię Cygnusa. xD Jego podejście do życia jest bardzo adekwatne do sytuacji, w której się znajduje. I gdzie jest Teddy???

    OdpowiedzUsuń
  2. Biedna Andy. W domu same suki, w dormitorium też. W sumie szkoda mi jej. Jedyna normalna siostra, a ma najbardziej przechlapane. A może właśnie dlatego? I jeszcze to wspomnienie o mamie na samym końcu… Depresyjny kawałek…
    Popieram kota! I czekam na więcej szkoły. Szkoła w tamtych latach ma dla mnie wiele uroku, liczę, że odczarujesz Rowling i pokażesz nam coś nowego :)

    — Gdzie mam się teleportować?
    Nie wiem czemu, ale rozbawiło mnie to. Zabrzmiało całkiem snejpowo.

    "Gdyby ktoś pytał, cały wieczór spędziłam w łóżku jak na zemdloną, czystokrwistą, przyzwoitą hipochondryczkę przystało" – zupełnie jak ja ostatnio z powodu wszechogarniającego lenistwa. Szacun!

    OdpowiedzUsuń
  3. Bella is da best <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzisiaj krótko, bo mam jeszcze mnóstwo nauki, więc w ogromnym skrócie.

    Bardzo ładna koalicja Belli i Andy, siostrzana i naturalna. Takich scen mi potrzeba, bo milutkie a nie przesłodzone, więc się cudownie czyta.

    Cyzia nabiera charakterku, to dobrze, bo widzę ją jako mimo wszystko twardą babkę ;) Ale nie powiem, słucha się ciotki i na razie wychodzi jej to na dobre, zobaczymy, jak będzie później.

    Ciotka Walburga swoją drogą jest przegenialną postacią. Typowa zrzęda, rządzi się i na pewno byłaby irytująca, gdybym ją poznała, ale kiedy czytam jej reakcje i wypowiedzi, to nie sposób się nie uśmiechnąć.

    wiadra weny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciotka jest moja ulubiona, nie wiem skąd ją wzięłam, ale to był dobry pomysł jak widzę :) Cyzia jest suką. Będzie suką. Bella będzie psychopatką… Andy zadziwi wszystkich, a Teddy Tonks nie jest tym, kim się wydaje. Nie mogę się doczekać jak wprowadzę więcej Lucjusza! <3

      Dziękuję, że wpadłaś! Powodzenia w nauce! :)

      Usuń
  5. No dobrze, na początek pytanie: dlaczego w transkrypcji z 1971 wspomniany jest Harry Potter? Czy on przypadkiem nie urodził się w 1980? Ja rozumiem, że James i Lily mogli wcześniej myśleć o imionach dla hipotetycznego potomstwa, ale... czy oni nie mieli w 1971 po 11 lat?

    A teraz przyjemniejsze rzeczy - rozdział jak zawsze obłędny. Uwielbiam Twoją Bellę, jej naturalność, żywiołowość i... hm, nazwałabym to chyba pogodą ducha. Czytając o niej, człowiek aż się zastanawia, jak to możliwe, że ktoś tak wspaniały skończył jako fanatyczna morderczyni. I to jest świetne! Zwykle dzieciństwo czarnych charakterów ukazuje się jako smutne i bolesne - och, miał tak ciężko w życiu, ojciec gobił, matka umarła przy porodzie, nikt go nie kochał i zawsze był odludkiem, którego wszyscy się bali. Ty pokazujesz to nieco inaczej, są wprawdzie pewne wspólne elementy, ale przecież o to chodzi, prawda? (Choć od dawna pragnę przeczytać opowieść o dzieciaku ze wspaniałej rodziny, kochanego przez rodziców, którzy przychyliliby mu nieba, mającego masę wspaniałych przyjaciół, i ogóle wszędzie lukier, tęcza i różowe jednorożce, a on mimo to wyrósł na psychopatę.)
    W ogóle doszłam do wniosku, że to opowieść o Belli. Sama nie wiem, czy to Twój zamysł, czy tak tylko wyszło, ale jak na razie to Bella jest na pierwszym planie - patrzymy na nią oczami Andy, która uważa starszą siostrę za autorytet i pragnie stać się taka jak ona. W sumie ciekawie to wygląda. Jeśli chodzi o samą Andy - jest zaskakująco mdła. Nawet Cyzia ma więcej charakteru (a w zasadzie Cyzia jest dosyć charakterna jak na "królową lodu", którą widzimy w książkach). Wiem, że to może być celowy zabieg i... kurczę, to ciekawie wygląda. Opowieść o mdłej, szarej myszce, która zadziwiła wszystkich. I'm lovin' it.
    Nie wiem, czego zapomniałam dodać. W sumie i tak się już rozpisałam, więc chyba mi wybaczysz ;)

    Pozdrawiam,
    Bea

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej, wiem czego zapomniałam! Kocham zdjęcie Narcyzy!

      Usuń
    2. Dziękuję! :) Andromeda jeszcze się rozwinie, na razie ma 15 lat, ja też byłam ziemniakiem jak miałam 15 lat. OMG jak mogłam to przegapić, to miał być '83!!! Dziękuję, że to wypatrzyłaś!

      Wszyscy myślą, że Śmierciojady to potwory od dziecka, a tak naprawdę przypuszczam, że porządną mnie tez pewnie skusiłaby czarna magia, gdyby Voldy to odpowiednio rozegrał, ludzie są skomplikowani i tylko Dołohowa wyobrażam sobie jako psychola od dziecka ;)

      Usuń
    3. Zasadniczo - trudno nie przyznać Ci racji. Voldek od zawsze był zdolnym mówcą, potrafił trafić do słuchaczy, w końcu nie bez przyczyny tyle osób za nim poszło. Dumble wiele razy wspominał, że młody Riddle potrafił oczarować każdego, wiedział, jak zaskarbić sobie sympatię i co powiedzieć, żeby najwięcej uzyskać. Młodzi arystokraci pragnęli władzy, bogactwa i pieniędzy - i czy nie tego im oferował? Poza tym, nastolatkowie kochają się buntować, najwyraźniej mamy to gdzieś zakodowane. Także tego - powiedziałabym raczej, że ludzie pod tym względem są mało skomplikowani ;)

      Usuń