Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

13 lip 2016

Rozdział XIX

Notka od wydawcy

Pierwsze osiemnaście rozdziałów składało się na pierwotne wydanie dotychczas anonimowej „Wielkiej ucieczki“, które w 1972 roku ocenzurowano ze względów bezpieczeństwa autorki i powodzenia dalszych działań opozycji. Tym razem Wydawnictwo Mad Books, w porozumieniu ze wszystkimi współtwórcami, postanowiło oddać w Państwa ręce wersję nie tylko odnowioną, ale również nareszcie kompletną. Przedstawione tu kulisy dalszego rozwoju Pierwszej Wojny Czarodziejskiej to w dalszym ciągu oryginalne zapiski Andromedy Tonks, które pozostają jedynymi dostępnymi na rynku relacjami z pierwszej ręki. Wydawnictwo pozostaje w nieustającej nadziei, iż Ab uno disce omnes.


Redaktor naczelna Mad Books
F.H. Tomke

Londyn, 1984


Tom III
In antiquis est sapientia Athena



Fabian i Gideon Prewett, circa 1972



Rozdział XIX


Po siedemdziesiątym pierwszym nad Wielką Brytanią zawisły czarne chmury i zdawało się, że deszcz, który z nich powstał będzie padał aż do końca świata. Tom Riddle, teraz jako Lord Voldemort, na dobre powrócił do kraju, a razem z nim przybyła prawdziwa armia. Oprócz Śmierciożerców zebrał wokół siebie całkowicie nieoczekiwanych popleczników: olbrzymy, wilkołaki i inne wyrzutki magicznego społeczeństwa stanęły u jego boku, gotowe niszczyć obecny porządek i zakładać własny. Śmiem twierdzić, że poniekąd na to zasłużyliśmy — przez nieostrożną politykę represji i selektywnej tolerancji oraz idiotyczne zamartwianie się o statusy krwi tkwiliśmy teraz we własnym bagnie po same uszy.
Jako opozycja nieprędko zorientowaliśmy się jednak, że za Voldemortem nie stali wyłącznie ci, którzy w pełni podzielali jego wizję. Rekrutował w szeregi Śmierciożerców naprawdę różnych ludzi. Nikt nie ośmielał się mu odmówić, a prawdziwie waleczne jednostki zdolne się sprzeciwić ginęły natychmiast i w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach. Przez następne kilka lat nastały prawdziwie mroczne czasy; czasy, w których nie było właściwie wiadomo, komu można ufać, a komu nie. Panował chaos i panika. Nie istniał nawet żaden sposób na to, by rozpoznać, na kogo rzucono Imperiusa, a kto pracował dla Voldemorta z własnej woli – ja sama byłam tego najlepszym przykładem, wszak mój ojciec pozostawał pod działaniem Niewybaczalnego prawdopodobnie aż do swojej przedwczesnej śmierci.
„Prorok Codzienny“ stał się niemal tak nieudolny, jak działania rządu Eugenii Jenkins. Na nic się zdało zamiatanie wszystkiego pod dywan, bo średnio co tydzień, pocztą pantoflową lub innymi środkami, przychodziły wieści o nowych zabójstwach, kolejnych zaginięciach i torturowaniu mugoli. Ministerstwo Magii stanęło w rozkroku pomiędzy przyznaniem się do porażki a rozpoczęciem jakichkolwiek działań, które mogłyby to wszystko zatrzymać. Trwaliśmy w takim zawieszeniu przez niemal dwa kolejne lata. Gdzieś po drodze, trzymając nielegalną bibułę pod płaszczem i przemycając ją do różnych wydawnictw, dzięki nowym znajomościom Alany udało mi się znaleźć ludzi na tyle odważnych, by pokątnymi ścieżkami puścili moje zapiski w eter. Tym samym zakończyłam swoją cichą partyzantkę, mając nadzieję, że być może jednak uda mi się zmienić świat.
Jak się okazało, świat nie potrzebował do tego żadnej pomocy, choć mój prywatny uległ całkowitej przemianie. Pod koniec siedemdziesiątego trzeciego, gdy losy czarodziejskiego świata wahały się pomiędzy całkowitą zagładą i początkiem prawdziwej rewolucji społecznej, po długich namowach i pertraktacjach z Teddym postanowiłam powrócić do West Bay. Nie mogłam już dłużej wytrzymać w Londynie. Poszukiwania swojego miejsca miałam za sobą, a teraz potrzebowałam osiąść gdzieś na dobre z kimś jeszcze. Ted pozostawał względem tego pomysłu, delikatnie mówiąc, sceptyczny. Z oczywistych względów dobrze sobie zapamiętał tragiczną przeszłość tego domu, a raczej jego ruin, ale dla mnie historia tego miejsca była całkiem inna. West Bay niosło za sobą nie tylko traumatyczne przeżycia — większość wspomnień z nim związanych należało do moich ulubionych. 
Teddy, który w zeszłym roku przejął firmę budowlaną po ojcu, uznał, że postawi na swoim chociaż częściowo i uparł się, że odbuduje dom własnymi rękami. Nie próbowałam nawet protestować, choć tym razem postanowiłam nie pozostawiać też niczego przypadkowi. Podczas gdy on skrzyknął do pomocy kolegów i znajomych robotników, ja poprosiłam o przysługę cztery znajome, bardzo zdolne czarownice. Razem z Alaną, Dorcas, Alice i Demeter rzuciłyśmy na powstający dom i okoliczny teren najmocniejsze znane nam zaklęcia ochronne. Świeżo upieczone adeptki sztuki aurorskiej okazały się pod tym względem niezwykle kreatywne. 
Teddy do końca pozostawał czujny wobec mojego pomysłu osiedlenia się właśnie tam, a ze względu na mój stan stanowczo nie pozwalał mi na żadne prace renowacyjne. Jedynym, na czym udało mi się położyć swoje ręce, był cudem ocalały solidny stół kuchenny wujka Aldena. Gdy po kilku dobrych tygodniach pracy nad odnowieniem go w końcu stanął na swoim dawnym miejscu, nawet Ted musiał przyznać, że mój zamysł faktycznie nie był aż tak szalony. Zawsze wierzyłam, że podstawą dobrego domu jest solidny stół kuchenny. Zresztą, koniec końców kobiecie w ciąży się nie odmawia, a ja miałam przeczucie, że nasza córka powinna dorastać właśnie tu, właśnie nad morzem. Co do moich pamiętników, nie przestałam ich pisać, w nadziei, że kiedyś, kiedy być może ta okropna wojna się skończy, uda mi się zebrać wszystko razem i wydać ponownie, tym razem jako całość. Nie przypuszczałam nawet, że potrwa to jeszcze niemal jedenaście długich lat.
Jedynym miejscem naprawdę bezpiecznym w całej Brytanii wciąż pozostawał Hogwart i to właśnie w jego dyrektorze wszyscy pokładaliśmy nadzieję na to, że być może istnieje jakakolwiek szansa, by pokonać Voldemorta. Zdawało się, że jedyną osobą, której się bał, był właśnie Albus Dumbledore. Dyrektor ze wszystkich sił starał się ratować Ministerstwo i Eugenię Jenkins przed ostateczną porażką, co w efekcie wywołało jeszcze większy chaos. Ten nagły i rozpaczliwy krzyk polityków w stronę Dumbledore’a doprowadził do kolejnego już nocnego głosowania i uchwalenia wotum nieufności, prowadzącego do dymisji Minister Magii pod koniec siedemdziesiątego szóstego. Harold Minchum, który został wybrany na jej miejsce, natychmiast rozkazał, by wzmocnić obstawę dementorów wokół Azkabanu. Widocznie wolał martwić się o przestępców dawno już zamkniętych, niż tych przebywających na wolności…
To właśnie na jego prośbę, w porozumieniu z Bartemiuszem Crouchem, Alastor Moody zwołał zebranie przedstawicielstwa Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów z aurorami najwyższymi rangą. Kilka tygodni później aurorzy dostali licencję na używanie Zaklęć Niewybaczalnych. Rzucanie ich bez ostrzeżenia miało być zastosowane tylko wobec Śmierciożerców, ale wszyscy wiedzieliśmy, że łączy się to raczej z pojęciem rzucania ich na „osoby podejrzane o bycie Śmierciożercą“. Aurorzy, zniechęceni wręcz boleśnie dotąd neutralną polityką byłej Minister Magii, postanowili widać traktować popleczników Voldemorta z taką samą bezwzględnością, jak oni ich. Podejrzani przez Ministerstwo byli czasem przekazywani dementorom bez żadnego procesu, a wielu ludzi skazano na Azkaban właściwie za niewinność. Wszystko było, rzecz jasna, jak najbardziej skrupulatnie tuszowane przed mugolami, choć w gruncie rzeczy nie wiem czego Rada Czarodziejska się spodziewała, skoro większość ataków Śmierciożerców była skierowana właśnie na niemagicznych. Prędzej czy później wszystko musiało wyjść na jaw, choć stało się to w sposób niezwykle nieoczekiwany.
W marcu siedemdziesiątego szóstego otrzymałam od Dumbledore’a bardzo enigmatyczną sowę, w której zapraszał mnie do Hogwartu pod pretekstem herbaty. Moja inteligencja została niniejszym nieco urażona, bo wiedziałam od dawna, że coś się święci – nie wiedziałam jeszcze tylko co dokładnie. Nie sądziłam też, że będzie mnie to dotyczyć, skoro zarzuciłam pracę aktywnego szpiega po urodzeniu dziecka. Nie zaprzestałam jednak składania Dumbledore’owi cotygodniowych raportów listownie — zwłaszcza tych dotyczących kolejnych ruchów i poczynań mojej starszej siostry, którą wciąż miałam na oku. O jej zbrodniach powoli zaczynało być głośno w całej magicznej Anglii. Nazywała samą siebie „Najwierniejszą“ i otwarcie dopuszczała się rzucania Niewybaczalnych na mugoli i wszystkich, których Voldemort uznał za „zdrajców krwi“. 
Jeśli chodzi o Narcyzę, odkąd dwa lata temu wyszła za Lucjusza, nie słyszałam na jej temat absolutnie żadnych wieści. Co do wesela, Lucjusz Malfoy przeszedł samego siebie. Ślub oraz uroczystość odbyły się w Malfoy Manor, które Abraxas łaskawie udostępnił na tę wyjątkową okazję. Podobno niesamowity tren panny młodej musiało podtrzymywać aż dziesięć druhen, marsz weselny odegrała London Symphony Orchestra pod batutą Sir Colina Davisa, a finalnemu pocałunkowi towarzyszyło wypuszczenie w powietrze ponad stu pięćdziesięciu białych gołębi. Na samo wesele Lucjusz wynajął czołową obsadę baletu z Royal Opera House, którzy po wygłoszeniu małżeńskiej przysięgi odtańczyli końcową scenę ze „Snu nocy letniej“, ulubionej sztuki Narcyzy. Oczywiście nie zostałam zaproszona, ale wysłałam jej, przyznaję, rzewny list z gratulacjami, który prawdopodobnie spaliła, jak wszystkie inne mojego autorstwa.
Przypuszczam, że nasze losy podzieliły się już na zawsze i nie mogłam zrobić nic, by odzyskać moją dawną rodzinę. Więzy zostały przecięte ostatecznie, gdy w zeszłym roku sprzedałam willę w Toskanii, by, przyznaję, przeznaczyć fundusze na edukację Dory. Moja stopa nie postała we Włoszech przez lata i wątpiłam, bym kiedykolwiek jeszcze miała ochotę to zmienić. W przeciwieństwie do domu w West Bay, wszystkie wspomnienia związane z rodzinną rezydencją Rosierów były przepełnione żalem i poczuciem zdrady. 
Zaraz po otrzymaniu sowy od Dumbledore’a wyciągnęłam z kufra podróżny płaszcz i zaczęłam się przygotowywać do drogi. Czułam, że szykuje się coś ważnego, czego nie mogę tak po prostu zignorować. Ze względów bezpieczeństwa nasz kominek był odcięty od sieci Fiuu, dlatego gdy tylko upewniłam się, że Ted i Dora smacznie śpią, pod osłoną nocy teleportowałam się do Hogsmeade. Okolice Hogwartu i sam zamek były ostatnim bezpiecznym miejscem w Wielkiej Brytanii, ale pomimo wszystko przemykałam w ciemności z różdżką gotową do ataku i kapturem czarnego płaszcza nasuniętym głęboko na głowę. Kiedy mijałam stację kolejową, nostalgia ścisnęła mnie mocno za gardło i nie zamierzała puścić. W samym zamku bywałam całkiem często. Co najmniej raz w tygodniu spotykałam się z profesor McGonagall, by dopilnować, czy ciotka Walburga dotrzymuje swojego końca naszej… umowy dotyczącej mojego młodego kuzyna. Mimo wszystko, za każdym razem, gdy mijałam tę stację, nie mogłam pozbyć się paskudnego wrażenia, że wspomnienie wujka Aldena ciągnie się za mną jak duch. 
Dotarłam w końcu do Hogwartu i przeszłam się specjalnie trochę naokoło, od sowiarni przez błonia i w kierunku podwieszonego drewnianego mostu. Gdy stanęłam na kamiennym dziedzińcu prowadzącym do głównego hallu, odważyłam się odrzucić kaptur na plecy i schować różdżkę. Czułam się jak zagubiona kobieta wracająca po nocy do domu, która w końcu stanęła bezpiecznie na własnej klatce schodowej. Załomotałam w drzwi i po niedługim czasie otworzył je przede mną woźny Filch. Obrzucił mnie nieprzychylnym spojrzeniem i wykrzywił usta w czymś, co być może miało być uśmiechem, ale równie dobrze mogło być grymasem nienawiści.
— Jest pani ostatnia — rzucił pod nosem, odsuwając się na bok, by zrobić mi przejście.
Nie wiedziałam, o co mu chodziło, bo nie spodziewałam się, że na spotkaniu z Dumbledore’em miał się pojawić ktoś jeszcze. Zauważyłam natomiast, że woźny wgapiał się w moje ubłocone buty niczym wściekły jastrząb, ale postanowiłam to zignorować. 
Przeskakując co drugi stopień pobiegłam po schodach na drugie piętro, przemykając dobrze mi znanymi korytarzami i przejściami. Przystanęłam przed posągiem gargulca i wypowiedziałam szybko hasło:
Mango w miodzie.
Gdy wspięłam się po spiralnych schodach i przestąpiłam próg gabinetu, moim oczom ukazała się narada wojenna z prawdziwego zdarzenia. Na miejscu biurka Dumbledore’a stał długi stół, na szczycie którego siedział sam dyrektor, po jego prawej ręce Minerwa McGonagall, a po lewej Alastor Moody. Miejsce obok zajmowała Dorcas Meadowes, która uśmiechnęła się do mnie tajemniczo na powitanie. Wśród twarzy mniej znajomych zauważyłam też te aż nazbyt mi znane: hrabinę Oleńską oraz madame Malkin, która zaraz wstała, by mnie uściskać. 
— Moja mała uczennica — wymamrotała, otaczając mnie szczupłymi ramionami i silną wonią Chanel.
— Co tu się dzieje? — zapytałam równie cicho, próbując wyjrzeć zza jej ramion na zgromadzonych przy stole. 
— Jesteś wreszcie! — burknął tymczasem Moody, odsuwając nogą jedyne wolne krzesło, bezpośrednio naprzeciwko siebie. — Czekaliśmy tylko na ciebie. 
Rok temu porzucił tajemnicze ciemne okulary i wstawił sobie brakujące oko, które, jak się okazało, było prototypem magicznego narzędzia skanującego i teraz obserwowało mnie czujnie, obracając się bardzo szybko to na lewo, to na prawo. 
— Na co dokładnie czekaliście? — zapytałam, zajmując wskazane mi miejsce.
Dumbledore poprawił okulary spoczywające na haczykowatym nosie i wskazał dłonią przed siebie.
— Andromedo, wydaje mi się, że znasz tu wszystkich oprócz tych panów. — Z drugiego końca stołu pomachało do mnie dwóch kasztanowatych rudzielców, podobnych do siebie jak dwie krople wody. — Poznaj proszę, Fabian i Gideon Prewett, bracia-…
— Molly Weasley — powiedziałam natychmiast, poznając w ich szelmowskich uśmiechach znajomą mimikę i psotny błysk oczu. 
— Weasley — żachnął się Gideon, choć może był to Fabian. — Nigdy się nie przyzwyczaję. 
Drugi z braci spojrzał na niego sceptycznie, ale nic nie powiedział. Gdy przeniosłam uwagę na Dorcas, uśmiechnęła się do mnie krótko, za chwilę znowu poważniejąc. 
— Moja droga, obawiam się, że sprawy przyjęły krytyczny obrót — odezwał się znów Dumbledore, przechodząc do wyjaśnień. — Tom przejął Departament Tajemnic. 
Muszę przyznać, że na moment mnie zatkało, a gdy w końcu się odezwałam, starałam się ze wszystkich sił opanować głos:
— Co to znaczy „przejął“?
— Nowym szefem został twój dobry znajomy — wtrąciła się hrabina Oleńska, która od czasu, gdy ją ostatnio widziałam, nabrała jeszcze mocniejszego akcentu. — Augustus Rookwood, zdaje się to nazwisko nie jest ci obce? 
Wbiłam w nią natychmiast ostre spojrzenie, które zniosła ze stoickim spokojem, odpalając papierosa od zaoferowanej przez Fabiana zapalniczki. 
— Dziękuję, skarbie. — Uśmiechnęła się do niego protekcjonalnie i uniosła na mnie pytająco brwi. — Więc. Zamierzasz nam pomóc, czy wciąż tkwić bezczynnie nad morzem? 
Otworzyłam ze zdumienia usta, ale zaraz je szybko zamknęłam.
—  Pani chyba nie mówiła tego poważnie  —  syknęłam.
— Madame Oleńska… — Profesor McGonagall wciągnęła ze świstem powietrze, podczas gdy ja uspokoiłam się nieco, nie chcąc dłużej szukać konfrontacji:
— Zdaję sobie sprawę, że nie jestem osobą być może najbardziej aktywną-… — zaczęłam.
— Ba! Kochanie, dwa lata temu byłam jeszcze przekonana, że jesteś szpiegiem Blacków! — zakrzyknęła Oleńska, strzepując popiół do kryształowej popielniczki usłużnie podsuniętej z końca stołu przez Dumbledore’a. 
Przełknęłam tę zniewagę z gracją, starając się zachować spokój.
— Nie zna mnie pani — odparłam.
— Przeciwnie, kochanie, wiem więcej, niż myślisz. 
— Równie dobrze pani może być rosyjską konfidentką, madame — odpaliłam.
— Nie wypowiadaj się na tematy, o których nie masz zielonego pojęcia. — Jej ton stał się nagle mroczny, a głos nabrał złowróżbnych nut. — Poza tym, nie sądzę, by Rosjan było stać na moje usługi. — Uśmiechnęła się zarozumiale. — Ich wywiad pogubiłby własne dupy, gdyby nie były przytwierdzone na stałe. 
Alastor Moody parsknął stłumionym śmiechem, unosząc jedną brew i zaraz się krzywiąc, chcąc ukryć chwilowy moment słabości.
— To jak będzie? — Zgasiła papierosa i dmuchnęła dymem w stronę sufitu. — Augustus Rookwood przejął Departament Tajemnic, ale na tym nie koniec. Wiesz kogo obsadził jako jednego z Niewymownych? 
Zanim zdążyłam się nawet zastanowić, Moody postanowił przerwać naszą niezbyt przyjemną wymianę zdań:
— Rabastan Lestrange. 
— Że co proszę? — Oczy rozszerzyły mi się ze zdumienia.
— To co słyszałaś, księżniczko. — Miałam wrażenie, że jego sztuczne oko przewierca mnie spojrzeniem na wylot. — Młody Lestrange pracuje przy najważniejszych operacjach w Ministerstwie, donosząc o wszystkim skrupulatnie swojemu panu i władcy. 
Zwróciłam się w stronę Dumbledore’a, który potwierdził wszystko milczącym skinieniem głowy.
— To jakiś absurd. — Odsunęłam ze zgrzytem krzesło i pokręciłam stanowczo głową. — Przepraszam, ale nie mogę się w to mieszać. Nie w obecnych okolicznościach. 
— Jakich znowu okolicznościach? — warknęła hrabina, ignorując całkowicie ostrzegawcze grymasy madame Malkin. — Chciałaś być potrzebna, to jesteś! Więc siadaj i nie rób scen! 
— Potrzebujemy informacji na temat Augustusa Rookwooda — wyjaśnił szybko Dumbledore, ale moja tolerancja na niedomówienia osiągnęła w tym momencie swój szczyt.
— Co to znaczy „my“? — zapytałam ostro.
Zapadła chwilowa cisza, którą w końcu postanowiła przerwać profesor McGonagall:
— Należymy do… Do tajnej organizacji stworzonej, by walczyć z… Z Voldemortem i każdym, kto zdecydował się mu służyć — powiedziała, wahając się delikatnie przy wymówieniu jego przydomka. — Potrzebujemy pani pomocy, panno Black. 
— Nadal nie „Tonks“? — mruknęła madame Malkin z żartobliwym uśmieszkiem czającym się w kącikach ust.
Zacisnęłam dłonie na oparciu krzesła, po czym zaczęłam zapinać guziki płaszcza i bez słowa wycofałam się w stronę wyjścia. Przed oczami momentalnie stanęła mi moja córka i Teddy, a także najbardziej poważna z konsekwencji otwartego mieszania się w walkę z wrogiem. Tego było za wiele. Co innego wysyłać potajemne raporty, a co innego spotykać się z tajemniczym zakonem masońskim i spowiadać ze swojej przeszłości i dawnych relacji z obecnymi Śmierciożercami. Nie chciałam więcej natrafić na żadnego z nich. Nadal miałam szereg blizn na pamiątkę ostatnich spotkań. Wybiegłam z gabinetu, prawie potykając się na spiralnych schodach i przeszłam zamaszystym krokiem przez korytarz, kierując się w stronę głównego hallu. Gdy usłyszałam, że ktoś za mną biegnie, nawet się nie odwróciłam. Niestety, nie doceniłam znakomitej kondycji Dorcas Meadowes, która bez wysiłku znalazła się przy mnie w kilka sekund. 
— Gdzie uciekasz? — Złapała mnie silnie za ramiona i stanęła przede mną, zatrzymując mój gniewny marsz w pół kroku. — Chyba nie zamierzasz tak po prostu odejść? — Świdrowała mnie bezczelnie śmiałym spojrzeniem, pozwalając by kilka kosmyków kręconych czarnych włosów opadło jej na oczy. 
— Zamierzam — odparłam twardo, patrząc na nią z góry. 
— Nie bądź głupia, nie stanie ci się żadna krzywda. — Zacisnęła palce mocniej na moich barkach, a ja odepchnęłam ją stanowczo, choć bezskutecznie. Kiedy chciała, potrafiła być dużo silniejsza, niż sugerowała to jej drobna postura.
— To nie oni cię potrzebują, Black, tylko ja — powiedziała w końcu, a gdy zauważyła mój pytający wyraz twarzy, dodała:
— Przecież im na nic się nie zda ta informacja, to nie oni będą musieli go śledzić. 
— Kogo śledzić? — Nagle spłynęło na mnie olśnienie, a po plecach przebiegł mi lodowaty dreszcz. — Myślałam, że szkoliłaś się na aurora, nie tajną agentkę!
Dorcas rozejrzała się na boki i uśmiechnęła nieco szerzej.
— Specjalna jednostka szpiegowska — wyjaśniła z dumą.
— Nie — powiedziałam cicho. 
— Daj spokój. — Dorcas wyszczerzyła zęby, ale widząc mój przerażony wyraz twarzy zaraz spoważniała. — O mnie się nie martw. Rookwood dotąd się nie zorientował, nie sądzę, żeby Rabastan był mądrzejszy. Jestem mistrzynią kamuflarzu! — Mrugnęła do mnie łobuzersko, a ja zacisnęłam dłonie w pięści.
— Nie zdajesz sobie sprawy, z kim masz do czynienia — powiedziałam, starając się brzmieć jak najbardziej serio.
Dorcas uśmiechnęła się nieco kpiąco i puściła mnie w końcu.
— Zawsze myślisz, że jesteś wszechwiedząca. 
— W tym wypadku faktycznie jestem — odparłam stanowczo. — Nie masz nawet pojęcia, jak skrzywieni są ci ludzie. 
— To mnie uświadom! — krzyknęła, patrząc na mnie znowu z charakterystycznym krzywym uśmieszkiem. — Tyle trąbisz o tym, jak to znasz ich od podszewki, pomogłyśmy ci wydać książkę na ten temat, a kiedy przychodzi co do czego trzęsiesz portkami jak pierwszy lepszy Puchon!
— Bo mam córkę! — warknęłam, nagle czując, że puszczają mi nerwy. — Gdybyś chociaż na chwilę przestała traktować to wszystko jak przygodę życia, to może dotarłoby do ciebie jak poważna jest ta wojna!
Moje słowa odbiły się echem od murów, a Dorcas na chwilę spoważniała, tylko po to, by zaraz zatuszować wszystko ironicznym wyrazem twarzy.
— Jasne. Bo tak właśnie się zachowuję. Jestem beztroska i radosna. Czy ty w ogóle słyszysz samą siebie? 
Zacisnęłam usta ze złości i rozluźniłam pięści, zawstydzona swoimi mocnymi słowami.
— Zdaję sobie sprawę, że masz rodzinę, nie bądź głupia — dodała. — I uwierz mi, prędzej sama się rzucę pod Avadę, niż pozwolę im tknąć chociaż włos z głowy Dory.
— Dorcas!
— Co? — Znów się zaśmiała. — Mówię poważnie. Wiedziałam z czym się wiąże kariera aurora, nie pchałam się tam bezmyślnie.
— Nie musisz-… Nie chodzi przecież o… — Teraz to ja nie mogłam się wysłowić. — Zabiję cię, jeśli coś ci się stanie, słyszysz?! — Objęłam ją nagle i przyciągnęłam do siebie mocno. — Ty beznadziejna wariatko.
W końcu odsunęła się jako pierwsza i powiedziała:
— Ci ludzie to prawdziwi żołnierze, Andy. Nie tylko Mroczny buduje swoją armię. Nie zostawiamy nikogo samemu sobie.
— Nie mogę narażać mojej rodziny — odparłam uparcie, a jej słowa i nawet perspektywa opieki Dumbledore’a w ogóle mnie nie uspokoiły. — Już raz ktoś przeze mnie zginął.
Dorcas spojrzała na mnie ze zdumieniem.
— Nawet tak nie mów. 
— Ale to niestety prawda — przerwałam jej grobowym głosem. — I nie będę się bez sensu narażać. Dumbledore ma wszystkie moje notatki, wszystko, co wiem o moim drzewie genealogicznym wydałam w książce. Ma do tego wolny dostęp. Jeżeli potrzebuje jeszcze jakichś wskazówek, to może mi wysłać sowę, proszę bardzo.
— Wciąż — o Rookwoodzie jest tam bardzo mało, a ja wiem, że wiesz więcej. 
— Nic więcej nie wiem! — Panika w moim głosie była już mocno wyczuwalna. — Jeśli chcesz coś wiedzieć o Rookwoodach czy tych pieprzonych Lestrange’ach to pytaj teraz, bo nie mam ochoty tu przebywać ani chwili dłużej!
Dorcas zmierzyła mnie niecierpliwym spojrzeniem i warknęła pod nosem kilka przekleństw.
— Przez ten cały czas wychodzisz z jakiegoś kosmicznego założenia, że uda ci się odejść od przeszłości i w ogóle nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak wielką masz dzięki niej przewagę — orzekła zdecydowanie, patrząc na mnie jeszcze surowiej, niż McGonagall w swojej najlepszej formie.
— Nie-…
— Daj mi skończyć! — Pierwszy raz w życiu widziałam, by Dorcas okazywała tak silne emocje, więc posłusznie zamilkłam. — Przez cały ten czas chodzisz dookoła i chrzanisz jak to bardzo chcesz coś zrobić i coś zmienić, a kiedy przychodzi na to pora uciekasz jak spłoszona mysz i nie robisz nic! Nie jestem w ogóle w stanie pojąć, że ta sama kobieta, która w pojedynkę wmaszerowała na Grimmauld Place i dała się spalić żywcem za swojego kuzyna teraz sika po gaciach i nie może znaleźć swoich jaj! — Silnym szarpnięciem złapała moją prawą rękę i zbliżyła ją do mojej twarzy.
— Gdzie ta twoja słynna odwaga? — prychnęła.
Wpatrzyłam się w długą, nieregularną bliznę po oparzeniu na wewnętrznej stronie dłoni, której magomedykom nie udało się zaleczyć.
— Prawie — burknęłam w końcu.
— Co?
Prawie dałam się spalić żywcem. — Wstrzymałam powietrze na chwilę i dla uspokojenia wypuściłam je nosem. 
Mierzyłyśmy się chwilę na spojrzenia, aż w końcu uśmiechnęłam się niecnie i powiedziałam:
— Pierwsze co musisz wiedzieć o Rookwoodach, to że ich willa wcale nie jest tak pilnie strzeżona jak im się wydaje…

*

Moim pierwszym oficjalnym zadaniem była podróż z samym Albusem Dumbledore’em, w którą wyruszyliśmy jeszcze tego samego wieczora. Postanowił zadziałać w tajemnicy przed Ministerstwem i zwrócić się o pomoc w sprawie mugoli do największego brytyjskiego autorytetu strategii wojennej. Nie miałam pojęcia, o kogo mogło chodzić, ale nawet w najbardziej fantazyjnych wyobrażeniach nie spodziewałam się, że wylądujemy w najsłynniejszej rezydencji w Londynie:
— Nie oczekuję oczywiście, że pomożesz mi rozpracować zamki, moja droga — powiedział dyrektor, gdy tylko otrząsnęliśmy się po łączonej teleportacji — niemniej jednak nie będzie nam wcale tak łatwo tam wejść, będziemy musieli uzbroić się w cierpliwość.
Gdy rozejrzałam się w półmroku i dostrzegłam przed sobą znajome szeregowce z ciemnej polerowanej cegły oraz czarne błyszczące drzwi z kołatką w kształcie głowy lwa, niemal zaniemówiłam ze zdumienia.
Downing Street? Chce się pan konsultować z Jamesem Callaghanem?!
— Merlinie, skąd! — Dumbledore zachichotał pod nosem i wyciągnął z kieszeni obszernej, ciemnoczerwonej peleryny coś, co wyglądało na bogato zdobioną zapalniczkę. 
Nie przypominałam sobie, by palił, dlatego też czekałam w napięciu, co zrobi. Skierował urządzenie w kierunku najbliższej latarni i kliknął, zupełnie jakby chciał je odpalić. Ku mojemu zdumieniu, światło z lampy śmignęło w jego stronę, a ona sama natychmiast zgasła. Dyrektor przeprowadził ten zabieg ze wszystkimi latarniami w okolicy, a gdy cała ulica pogrążyła się w mroku, poszedł zdecydowanie w stronę drzwi pod numerem dziesiątym. Nadal nie wierząc, że naprawdę chciał o tej porze wpaść do prywatnych kwater mugolskiego premiera, potruchtałam za nim. Jak na starszego pana, chodził zdumiewająco energicznie.
— Ach tak. — Postukał chudym palcem w żelazną skrzynkę na listy, na której widniał legendarny napis First Lord of the Treasury. — Myślałem, że ją też wymienili po ostatnim ataku.
— Ataku? — zapytałam.
— Garstka młodych Śmierciożerców spuszczonych ze smyczy próbowała zaatakować nie tylko nasze Ministerstwo — powiedział głucho dyrektor, kręcąc głową z powątpiewaniem, ale zaraz jak gdyby się ocknął i odchrząknął. 
— No, ale cóż. Nie ma co tu tak sterczeć. — Rozejrzał się i rozpiął złotą zapinkę swojego podróżnego płaszcza, który zsunął się z jego ramion. — Moja droga, głupio mi o to prosić, ale czy mogłabyś mi go potrzymać? Te zaklęcia będą wymagać dużej dozy… Że tak powiem: machania rękami.
Usłużnie wzięłam od niego ubranie i odsunęłam się o krok, podczas gdy Dumbledore wyciągnął różdżkę i zaczął wykonywać przy drzwiach skomplikowane inkantacje. Nagle rozbłysło oślepiające białe światło, zamek zgrzytnął i czarne wrota do prywatnego domu premiera stanęły przed nami otworem. Gdy przekroczyliśmy próg, zauważyłam, że strażnik, który zwykle siedział przy wejściu na krześle projektu Chippendale’a, miał głowę opartą o ścianę i smacznie chrapał. 
— Nic mu nie będzie — zapewnił Dumbledore, przejmując ode mnie swoją własność. — Te drzwi nie mogą być otwarte z zewnątrz, ale sama rozumiesz, że nie mogłem ryzykować i ot tak ich sobie wyważać. Tak, dokąd teraz? Jak to było… — Rozejrzał się po korytarzu, oglądając zdobione tapety i staroświeckie lampy z wyraźnym sentymentem w spojrzeniu. — Ostatni raz przybyłem tu na jego zaproszenie, minęło sporo czasu — wyjaśnił enigmatycznie.
— Czyje zaproszenie? — Dreptałam dalej za nim, próbując policzyć w myślach ostatnie kadencje premierów, jakie udało mi się przywołać z pamięci. 
Niestety, nie byłam zbyt biegła w mugolskiej polityce i żaden rachunek nie chciał się zgadzać. Gdy przeszliśmy po wyłożonych dywanem schodach, mijając po drodze kolejnych śpiących mundurowych, i weszliśmy na pierwsze piętro, Dumbledore bezbłędnie skierował się w stronę gabinetu. 
— Czy idziemy się spotkać z premierem? — zapytałam szeptem.
— O, tak. — Dyrektor pokiwał gorliwie głową. — Przecież już mówiłem. — Przystanęliśmy przed właściwymi drzwiami, które z kurtuazją przede mną otworzył. — Pani przodem.
Przestąpiłam próg nieco niepewnie. Ku mojemu zdumieniu, biurko i fotel stojące pod oknem były całkowicie puste. Spojrzałam na Dumbledore’a, ale on zamknął bezszelestnie drzwi i bez żadnych wyjaśnień skierował się w stronę ściany, na której wisiał portret Winstona Churchilla.
— Khm — odchrząknął taktownie. 
W pierwszej chwili pomyślałam, że albo ja zwariowałam, albo on, ale gdy z pozoru mugolski portret się poruszył i zamrugał kilka razy, prawie krzyknęłam z wrażenia i musiałam przytrzymać się biurka. 
— Winston. — Dumbledore uśmiechnął się serdecznie, a postać na portrecie ziewnęła potężnie i przeciągnęła się jak po długim śnie.
— Dumbledore? — Churchill spojrzał na niego i uśmiechnął się nieco kpiąco. — A niech mnie! Wyglądasz jak starszy pan! 
Uznałam tę uwagę za impertynencką, ale dyrektor zachichotał tylko pod nosem i pokiwał głową.
— Tak to już bywa, drogi przyjacielu. Minęło sporo czasu.
— Do licha, to ile ja spałem? — Portret wyciągnął z kieszeni kamizelki staroświecki zegarek i spojrzał w zamyśleniu na tarczę. — Hm. Nic to, i tak jest namalowany — burknął, wyglądając na zawstydzonego tym, że dał się przyłapać na jakiejś oczywistości. — Khm, tak, taak… Zatem co cię do mnie sprowadza? Kolejny kryzys z tymi twoimi magikami? 
— Obawiam się, że niestety tak. Czy-…
— A co to za gąska? — Tu najwybitniejszy Brytyjczyk wszech czasów zwrócił się do mnie, a ja jak ostatnia idiotka wykonałam przed nim perfekcyjne dygnięcie. 
— Andromeda Black, sir.
— Wiesz kim jestem?
— Nie ma chyba brytyjskiego obywatela, który by nie wiedział, sir.
— HA! Zdziwiłabyś się. — Churchill zdawał się być ubawiony moją reakcją, ale zaraz potem dodał:
— Dawno nie widziałem takich manier. To jedna z nich, prawda?
Dumbledore kiwnął głową. 
— Ech, ta wasza magiczna arystokracja… Przewyższa naszą o lata świetlne, aż przykro patrzeć. Widziałeś, co tu się ostatnio wyprawia? — Zaniósł się chwilowym kaszlem, ale zaraz odzyskał rezon:
— Słowo daję, jeśli ta Thatcher nie przejmie stołka, wyświadcz mi tę przysługę, przyjacielu, i podpal mnie jakimś celnym hokus-pokus, hm?
Dyrektor znów zachichotał i kiwnął głową na znak zgody.
— Nie mógłbyś może… Ja wiem, zajrzeć do jakiejś szklanej kuli? — zagadnął były premier.
— Nie, przykro mi. Zawsze byłem raczej kiepski z wróżbiarstwa. — Dumbledore pogładził swoją srebrną brodę. — Niemniej jednak-…
— Ale może panienka zechciałaby usiąść? — Portret wyciągnął cygaro z marynarki i zaczął się mozolić z nożykiem. — Tam jest krzesło. — Machnął od niechcenia ręką.
— To fotel premiera! — wykrztusiłam.
Churchill spojrzał na mnie sceptycznie, uśmiechając się znów enigmatycznie.
— Codziennie oglądam przygłupów, którzy w nim siadają. Proszę mi wierzyć, że będzie pani jedną z niewielu osób, które będą tam dobrze wyglądać.
Oszołomiona, odsunęłam obity skórą fotel od biurka i usiadłam przodem do portretu. Przypomniałam sobie natychmiast moją dawną rozmowę z Bellatrix, o jej planach zostania Ministrem Magii. Szybko jednak odgoniłam od siebie te myśli, skupiając się na słowach Dumbledore’a:
— Drogi przyjacielu, nie będę owijał w bawełnę: jesteśmy u progu wojny. 
— Wojna, co? — Churchill zamruczał i pokiwał głową z uznaniem, patrząc na swoje cygaro. — To chyba coś, na czym się znam. 
— W rzeczy samej.
— To z czym tam znowu macie problem? 
Dumbledore spojrzał w moją stronę, a ja zająknęłam się na moment, nie spodziewając się nawet, że to mi przyjdzie wyjaśniać, o co chodzi. 
— Jest pewien człowiek… Który nie wywodzi się z żadnej arystokracji, ale każe nazywać siebie „lordem“ — zaczęłam, a Churchill parsknął śmiechem pozbawionym jakiejkolwiek nuty wesołości.
— Już mi się podoba! I co tam z tym całym „lordem“, hm? Kolejny Hitler?
— Można tak powiedzieć — odpowiedziałam. — Nienawidzi mu-… To znaczy, osób niemagicznych. Uważa, że wszystkie osoby, które mają w rodzinie osoby niemagiczne powinny zostać wyeliminowane. Zgromadził wokół siebie potężną armię ludzi, którzy myślą podobnie. Większość z nich to-…
— Taak, oni zawsze budują imponujące armie — przerwał mi. — To ta cała ideologia, szanowna pani. Proszę powiedzieć, dlaczego pani do nich nie należy?
— Do Voldemorta?! — oburzyłam się.
— Voldemort! — zakrzyknął Churchill z rozbawieniem i zaniósł się znowu kaszlem. — Co za wymysł! „Lord Śmierciprecz“ był zajęty? — Zaczął się śmiać z własnego żartu, po czym znów skierował swoją uwagę na mnie:
— Panno Black, po nazwisku wnioskuję, że nie jest pani pierwszą lepszą… Jak się to mówiło? „Mugolaczką“? Co więc powstrzymało panią przed rzuceniem się w tę karuzelę absurdu?
Umilkłam na moment, patrząc pytająco na Dumbledore’a, który unikał mojego spojrzenia i zdawał się być pogrążony głęboko w swoich myślach.
— Myśli pan, że tacy jak ja są szpiegami dla tamtej strony? — Zjeżyłam się nieco. — A czy wszyscy Niemcy byli nazistami?
— Panno Black, gdyby nie przyprowadził tu pani ten oto człowiek — wskazał cygarem na Dumbledore’a — to tak, to byłoby dokładnie to, o czym bym pomyślał. W pierwszej kolejności to właśnie na takich jak pani radziłbym uważać. A co do nazistów — tu zwrócił się do Dumbledore’a — musisz pamiętać, że Hitler osiągnął niesamowity sukces patriotyczny. I na tym właśnie opierała się cała machina Trzeciej Rzeszy. Przywrócił Niemcom wiarę we własną wielkość, a przecież wszyscy wiedzieli, że tak naprawdę mają małe fiutki.
Na tę niespodziewaną uwagę zareagowałam nagłym napadem śmiechu, którego nieudolnie starałam się zatuszować kaszlem. Dyrektor zdawał się być niewzruszony tym zdaniem i tylko pokiwał głową w zamyśleniu.
— Dziękuję, drogi przyjacielu. 
— Hmm, zawsze do usług. — Churchill ulokował się wygodniej w swoim krześle. — Wiesz, mogłeś im kazać domalować mi tu chociaż jakieś krzyżówki. Od codziennego słuchania ich bredni aż mi tu uszy puchną.
— Zobaczę co da się zrobić. — Dumbledore uśmiechnął się znów ckliwie i pomachał mu na pożegnanie, zanim polityk znów wtopił się w tło i zastygł nieruchomo. 
Gdy wyszliśmy z budynku i stanęliśmy z powrotem na ulicy, wyciągnął z kieszeni swoją „zapalniczkę“ i jednym pstryknięciem przywrócił wszystkie światła latarni. 
— Czy to oznacza, że jesteśmy skazani na porażkę? — zapytałam, chcąc za wszelką cenę przerwać ciszę. — Nigdy nie uda nam się przecież przemówić z taką mocą demagogii jak Voldemort.
— Moja droga, — dyrektor spojrzał na mnie niemal z oburzeniem — żadna wojna nie jest nigdy z góry przesądzona. To nie wróżenie z fusów. 





Winston Churchill


6 komentarzy:

  1. Mówiłam, że kocham styl pisania Andromedy? Nie? To mówię: kocham. Chyba przeczytam sobie wszystko od samego początku, bo jest po prostu genialne <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się niezmiernie i zapraszam do czytania!

      PS Czy ja dobrze kojarzę, że jesteś współtwórczynią któregoś z blogów z analizami? Czyżby zawitała do mnie blogowa sława? <3

      Usuń
  2. Mam sentyment do tego rozdziału. Głównie dlatego, że nielegalnie zapewniał mi godziwą rozrywkę podczas pracy, która nigdy nie chce się skończyć (praca to takie magiczne miejsce, gdzie 8 godzin trwa tydzień). Poza tym Śmierciojady, wojna, mrok i szał. To są moje klimaty, zdecydowanie. Tak samo jak masońskie zakony i big postmodernizm a la hrabina Oleńska. Dzieci i córki lubię mniej, wiadomo, ale skoro to Tonks mogę ostatecznie jakoś to przełknąć.

    Chciałam napisać więcej, ale nagle doszłam do wniosku, że wszystko już wiesz (Mad Books rulz!), a poza tym chyba mam zakwasy na rękach (to w ogóle możliwe?).

    Kocham i w ogóle,
    Szalona :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jako że jestem teraz bardzo nie w formie i trudno mi sklecić coś składnego, to napiszę tylko, że baaardzo fajny rozdział. Chyba najlepszy do tej pory, moim zdaniem. I ten Churchill jaki dowciapny. :P Chociaż od razu skojarzył mi się ten Winston z "Jak zostać królem" i przez to Glizdogon, ale to już inna para kaloszy. xD :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo dobrze się czytało. Szybko przeszłaś od wspólnego pomieszkiwania pary Tonks-Black do dziecka i dalszej wojny. W pierwszej chwili pomyślałam sobie "dlaczego o tym co było pomiędzy tak mało", ale przecież to nie ckliwe romansidło :)
    Czas na wojnę! Cieszę się, że Dorcas przekonała Andy do dalszej współpracy.
    Z niecierpliwością czekam na dalsze wypadki.
    PS. Czyżby wielcy tego świata mogli liczyć na magiczne portrety niezależnie od posiadanej mocy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgodnie z dekretem Międzynarodowej Rady Czarodziejów z 1945, podobne wypadki (portrety osób niemagicznych) są precedensowe i dopuszczalne w szczególnych wypadkach ;) (oczywiście właśnie to zmyśliłam, ale sądzę, że skoro Dumbledore był tak bardzo zamieszany w drugą i pierwszą wojnę światową, to musiał szepnąć komuś słówko o Churchillu i paru innych).

      Dlaczego tak mało o Andromedzie i Tedzie - też się nad tym zastanawiałam, ale uznałam, że na pewno nie chciałaby, żeby cały świat dowiedział się o jej życiu prywatnym. Pisała to podczas wojny, gdzie każdy mógł zagrozić jej najbliższym, a z tyłu głowy już na zawsze będzie mieć Aldena, o którego poniekąd się obwinia.

      Dalszy ciąg wkrótce, jak tylko ogarnę bałagan zwany pracą :)

      Pozdrawiam,
      O.

      Usuń