Ogłoszenie



Po wielu pertraktacjach z własnym sumieniem – powracam. Jeszcze bardziej zdeterminowana, by przywrócić do życia nie tylko wszystkich Śmierciojadów, ale, o zgrozo!, nadać im imiona, dorzucić niezależne osobowości i zdrową dawkę logicznego myślenia.

Nie wszyscy Ślizgoni to gumochłony intelektualne, tak jak nie wszyscy Gryfoni są do bólu czarno-biali.

Dobrze wiecie, czego się po mnie spodziewać i dobrze wiecie, że nigdy nie znikam na długo ;) Marzenia o własnych projektach zniknęły tak szybko, jak tylko Snape znów zastukał do moich drzwi i zarządził uzupełnienie kolejnego rozdziału swojej burzliwej historii. Pełna uwielbienia oczywiście się zgodziłam, ale nie byłabym Ślizgonką, gdybym nie dorzuciła też czegoś od siebie. Przygotujcie się na akcję, nowe postaci, krytyczne zmiany w historii, aurorskie pościgi, pojedynki, mroczne czasy, deptanie kanonu i całkowicie zbijające z tropu zwroty akcji.

Przesadzam?

Po tym jak wrzuciłam Severusa w otchłań czasoprzestrzeni śmiem twierdzić, że chyba nic bardziej kosmicznego nie wymyślę.

Przynajmniej na razie.

xoxo
Oleńska

21 mar 2016

Rozdział VII




Ofelia Malfoy, 1962



— SALAZARZE, DZIECKO! JUŻ DZIEWIĄTA! — Z głębokiego snu wyrwało mnie grzmotnięcie drzwiami pokoju i ciężkie kroki ciotki Walburgi, która jednym silnym szarpnięciem odsunęła zasłony okienne. 
Blask poranka wtargnął przez wysokie okno, rażąc mnie w oczy. Usiadłam, przecierając jeszcze sklejone snem powieki, i próbowałam wyjść z niemałego szoku.
— Co się dzieje? Która godzina? — wymamrotałam, ledwo dostrzegając stojącą nade mną ciemną, wielką plamę odzianą w czarny atłas.
— ZAMIERZASZ PRZESPAĆ CAŁY DZIEŃ?! — Ciotka zabrała mi kołdrę. Jęknęłam w proteście, a potem zaraz ziewnęłam szeroko.
— Na Merlina, dziewczyno, zrób coś ze sobą! — Ciotka zamachała rękami i skierowała się ku drzwiom, rzucając moją pościel na podłogę. — Lucjusz i Ofelia MALFOY będą tu za godzinę! — Następnie wyszła dramatycznie, zaaferowana jak gdyby wizytę miał nam złożyć sam Minister Magii.
— Wspaniale. — Opadłam na poduszkę, jeszcze rozpamiętując mój sen.
Śniła mi się Toskania i błękitne morze, ale z jakiegoś powodu nie mogłam do niego wejść. Było tak lodowate, że każda próba zamoczenia chociaż stopy powodowała odrętwienie i ból. Zastanawiałam się, co mógł znaczyć. Ostatnio, gdy wertowałam w nocy w pełnej tajemnicy mój podręcznik do mugoloznawstwa, wyczytałam, że mugole, podobnie jak nasi wróżbici, wierzą w ukryte znaczenie snów. Byłam w stanie w to uwierzyć. Postanowiłam, że przy najbliższej okazji sprawię sobie sennik.
Poczłapałam do łazienki, pocierając wciąż jedno swędzące oko. Z wakacji i tak nici. Jak wczoraj poinformował mnie ojciec, w tym roku nie miał zamiaru zabierać nas do Toskanii. Wizyta Lucjusza i jego matki nie była jedynie grzecznościowym ukłonem w stronę naszej rodziny. Wczoraj Narcyza została zaproszona listownie na cały miesiąc do domu letniskowego Malfoyów — tego pod Paryżem. Jak można się było spodziewać, nic tak nie działa na wyobraźnię młodego podlotka, jak Francja. Poza tym Narcyza chyba wciąż sobie wyobrażała, że ją i Lucjusza połączy epicki romans. Naiwna dziewczyna. Aranżowane małżeństwo może się dla niej skończyć co najwyżej pełnym ukontentowania spokojem — gdy już wyda na świat męskiego dziedzica.
Włączyłam ciepłą wodę i weszłam pod prysznic, w myślach przeglądając zawartość mojej szafy. Czy posiadałam jakąś szatę, która byłaby chociaż trochę odpowiednia na lato? Chyba nie. Nie byłam nawet panią swojej własnej garderoby — w kwestii ubioru od lat decydował za mnie ktoś inny. Wszystkie moje sukienki i szaty miały jednakowy krój i „odpowiednie“ kolory: szare, brązowe i czarne. Granat, niebieski i zielony był zarezerwowany dla Bellatrix. Narcyzie dostały się róże, beże i błękity.
Kiedy wysuszyłam pospiesznie włosy ręcznikiem i stanęłam przed rzędem przytłaczająco ciemnych szat, coś zastukało w moje okno. Owinięta ręcznikiem podeszłam szybko i uchyliłam je, żeby wpuścić siedzącą na parapecie sowę. Kto mógł do mnie pisać?
Elegancka płomykówka wskoczyła na stojące w pobliżu biurko, niecierpliwie wyciągając do mnie nóżkę z przywiązanym do niej listem. Odwiązałam go zaraz, ciekawa treści, a sowa, nie czekając na żadną informację zwrotną, natychmiast wyleciała z powrotem. Usiadłam na krześle, rozrywając niedbale czerwoną pieczęć z laku.

Andromedo,

będę zaszczycony, jeśli zechcesz jutro dołączyć do mnie i mojej matki na popołudniową herbatę.


Pod spodem był podany adres i zamaszysty, elegancki podpis Augustusa Rookwooda. Serce zabiło mi mocniej. Bezwiednie wygładziłam papier i przeczytałam tę oszczędną w słowa wiadomość jeszcze kilka razy, zanim donośny krzyk ciotki Walburgi nie wyrwał mnie z zamyślenia:
— ANDROMEDA!!!
Szybko zrzuciłam z siebie ręcznik, związałam wilgotne włosy w niedbały kok i wskoczyłam w pierwszą lepszą czarną szatę. Czy Augustus Rookwood mógł się okazać moim  wyczekanym od dawna wybawicielem? Cóż, teraz kuzyn Evan już z pewnością się ze mną  nie ożeni (o Roweno, chwała!), a już ciotki w tym głowa, by w ciągu najbliższych dwóch lat zaręczyć mnie z kimś równie paskudnym. I odpowiednim. Nie zapominajmy, że przede wszystkim musiał mieć rodowód. Myślałby kto, to prawie jak wybieranie sobie rasowego konia wyścigowego.
— ANDROMEDA, DO DIASKA!!! — ryknęła znów ciotka.
Wcisnąwszy list do kieszeni, pognałam na dół co sił. Przy schodach stała zniecierpliwiona matrona rodu Blacków, wyglądając mniej więcej tak jak zwykle — niczym bardzo nadęta i bardzo niezadowolona ropucha. Uśmiechnęłam się pod nosem, przypominając sobie, że tak właśnie określił ją wujek Alden, ale zaraz spoważniałam, czując na sobie jej karcący wzrok.
— Co zrobiłaś z tymi włosami, dziewczyno! — Poczułam bolesne szarpnięcie. Jednym machnięciem różdżki przemieniła mojego niedbałego koka w bezsensownie barokowe upięcie złożone z misternych loków. Kiedy zobaczyłam swoje odbicie w lustrze, krzyknęłam z przerażenia. Wyglądałam jak Maria Antonina.
— Znacznie lepiej. — Zadowolona z siebie ciotka pomaszerowała do salonu, a ja w panice poleciałam poszukać Bellatrix, po drodze szarpiąc fryzurę i trzepiąc włosami jak oszalała, nie dbając o to, że przy okazji część z nich sobie wyrywam.
— Bella! — Zastałam ją w bibliotece, gdzie rozparta leniwie na szezlongu czytała jakieś opasłe tomiszcze — pewnie jedną ze swoich ulubionych gotyckich powieści.
Spojrzała na mnie łaskawie ze znudzeniem, a gdy zobaczyła bałagan na mojej głowie, parsknęła śmiechem.
— Coś ty z sobą zrobiła! — Odłożyła książkę i wyciągnęła do mnie obie ręce. 
Z cierpliwością godną fryzjerskiego specjalisty zaczęła wydłubywać z idiotycznej fryzury ozdobne spinki, piórka i inne debilizmy. 
— Ciotka Walburga! — jęknęłam żałośnie. — I to wcale nie jest śmieszne! Pomocy!
Zaraz potem mimowolnie zerknęłam w stronę opasłej księgi, ale Bella przysiadła na niej tak, żebym nie mogła dojrzeć tytułu. Zmarszczyłam nos, ale nic nie powiedziałam. 
— Co ta kobieta ma w głowie, Salazarze… — mruknęła pod nosem Bellatrix, 
Kiedy moje włosy zostały uwolnione i opadły kaskadą na plecy, odetchnęłam z ulgą. 
— No. Gotowe. Wyglądasz jak człowiek. — Uniosła mój podbródek do góry i spojrzała krytycznie na moją twarz. — Chociaż jeśli pytasz mnie o zdanie, ja bym użyła więcej szminki… I kredki. 
— Dla Lucjusza Malfoya! Nie, nie trzeba! — Odsunęłam się zaraz, a Bella uśmiechnęła się z wyższością i wstała z godnością z szezlonga. Poprawiła rękawy wytwornej ciemnozielonej sukni i opuściła bardziej dekolt.
Spojrzałam na mój własny, żałośnie ściśnięty pod przymałą już sukienką, ale nic nie powiedziałam, bo przypomniałam sobie o sprawie o wiele ważniejszej.
— Bella. — Wyjęłam z kieszeni zmięty już list od Augustusa i podałam go jej. — Musisz mi pomóc.
Bellatrix złapała chciwie list i przebiegła po nim wzrokiem. Kiedy skończyła czytać, uśmiechnęła się pod nosem i spojrzała na mnie z tajemniczym błyskiem w oku.
— W porządku. Możesz użyć kominka w moim pokoju. Będę cię kryć. — Oddała mi list, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. — Augustus Rookwood. Zawsze wiedziałam, że nie wylądujesz z byle kim.
Trochę mnie to podbudowało, chociaż nie wiedziałam do końca dlaczego jej aprobata znaczy dla mnie aż tak wiele.
— Ale… — Schowałam list z powrotem, wygładzając go w kieszeni. To było prawie tak, jak posiadać bilet do wolności, choć płytkie to z mojej strony, że postrzegałam Augustusa w takich kategoriach. — Nie powinnam powiedzieć ojcu?
— I tak cię zignoruje. Zapomniałaś, że Ofelia Malfoy składa nam dziś królewską wizytę? Będzie zachwycał się swoim nowym zięciem do jutra. A jeśli nie, Walburga na pewno znajdzie mu coś do roboty.
Zaraz potem zadzwonił donośny dzwonek do drzwi, a z salonu rozległ się wrzask ciotki:
— ROGER!!!
Bella złapała mnie za rękę i pociągnęła w stronę schodów.
— Kurtyna w górę. Idziemy!
Pognałyśmy do salonu akurat w momencie, gdy Roger dostojnym i niespiesznym krokiem zmierzał ku frontowym drzwiom. Usiadłyśmy na swoich miejscach przy stoliku, przy okazji trącając filiżanki z najlepszej rodowej porcelany. Ojciec z furią machnął różdżką, powstrzymując ich rychły koniec na podłodze. Ciotka Walburga rzuciła nam spojrzenie pełne najczystszej furii, ale nie zdążyła nic powiedzieć, bo dokładnie w tym momencie wszedł Roger, anonsując uroczyście:
— Madame Malfoy oraz panicz Malfoy.
Ciotka zerwała się w miejsca, cała rozanielona ruszając do witania gości z entuzjazmem i energią godną smoka ruszającego na swoją ofiarę.
Ma chérie! — Z fatalnym akcentem zaczęła się witać po francusku z Ofelią, podczas gdy Lucjusz skłonił się elegancko w stronę naszego ojca. W odpowiedzi uzyskał jedynie uprzejme skinienie głową.
Gdy wszyscy przywitali się ze wszystkimi, młody Malfoy zwrócił się do nas trzech. Oczywiście w kolejności starszeństwa, choć gdyby mógł, prawdopodobnie patrzyłby tylko na Narcyzę:
— Bellatrix, najdroższa, wyglądasz jeszcze piękniej, niż gdy widzieliśmy się ostatnio! — Dokładnie wystudiowanym ruchem pocałował dłoń Belli i zajął miejsce pomiędzy mną a Cyzią. Czasem zastanawiałam się, czy Lucjusz miał w ogóle coś, co nie było wynikiem wnikliwego i wielogodzinnego studiowania własnego odbicia przed lustrem.
— Czyli całkiem niedawno, Lucjuszu. — Bella odgarnęła niedbale spadający jej na oczy lok czarnych włosów. 
Zauważyłam, że dyskretnie wytarła wierzch dłoni o krzesło. Pocałunki Malfoya słynęły z tego, że były dość… Mokre.
— Andromedo — zwrócił się do mnie, ignorując całkowicie uwagę Bellatrix. 
W rozmowie z Lucjuszem nie chodziło o wymianę zdań, chodziło o to, by mógł zaprezentować nienaganne maniery i w ogóle całą wspaniałość swojej osoby. Przesunął wzrokiem od czubka mojej głowy, do rąbka ciemnej sukienki i gdy nie znalazł żadnego elementu stroju, o który mógłby zaczepić choć najdrobniejszy komplement, znów pokazał garnitur równych zębów i oznajmił: — Jak zawsze miło cię widzieć. 
Zajęta szczebiotaniem do Ofelii ciotka Walburga nie zwracała większej uwagi na to przedstawienie do momentu, gdy Lucjusz nie zwrócił się do Narcyzy:
— Moja droga, piękniejesz z każdym dniem. — Roger zaczął podawać herbatę, więc ja szybko zajęłam się swoją filiżanką, by mieć co robić z rękami. 
Widocznie szczytem umiejętności prawienia komplementów Lucjusza było nawiązywanie do urody. Ciekawe co by było, gdyby natrafił na brzydszą damę, którą musiałby oczarować? Czy w Durmstrangu uczyły się razem z nim tylko te ładne, starannie wyselekcjonowane? Nie, na pewno musiał mieć jakieś brzydkie koleżanki. I co wtedy? Może nie rozmawiał z nimi wcale? Przesunęłam palcem po błękitnych kwiatkach na brzegu spodeczka. To był ukochany serwis mamy. Odstawiłam moją herbatę na stół i obserwowałam, jak zaczarowana namalowana tancerka pląsa wdzięcznie po talerzyku. Tymczasem Lucjusz kontynuował roztaczanie swoich nieznośnych wdzięków:
— Narcyzo, przypominasz mi zawsze o tym poemacie, który niedawno czytałem… — Udając, że się zastanawia, zaczął deklamować dramatycznie. Starał się być naturalny, ale byłam pewna, że wyrył te linijki sumiennie na blachę:
„Idzie w piękności swej, jak noc
Gwiaździstych sfer południa ziem, 
I blask, i mrok, ich czar i moc
Łącząc w postaci, w oku swem…“
Zachwycona Narcyza mało co nie zaczęła piszczeć, widziałam to w jej twarzy.
— Och, Lucjuszu, jesteś prawdziwym poetą! — ćwierknęła, gdy ja spojrzałam na Malfoya krytycznie. 
— Zawsze myślałam, że ten poemat był o brunetce — wytknęłam, sugerując, że mógł się nieco bardziej postarać. — Te włosy kruczoczarne…? — Byłam pewna, że biblioteka Malfoyów miała wystarczająco dużo woluminów, by mógł znaleźć odpowiedni wiersz o białowłosej ślicznotce — bo to mało o takich pisano?
— Naprawdę nie ma znaczenia kolor włosów, gdy ktoś mówi o miłości. — Ani na chwilę nie tracąc rezonu, Lucjusz rzucił mi kolejny przesłodzony uśmiech. — Zwłaszcza, gdy ów kimś jest sam lord Byron — zaznaczył zarozumiale.
— Lord Byron był nadętym dupkiem — burknęłam w moją herbatę, udając , że nie widzę jakie spojrzenia posyła mi z drugiego końca stołu ciotka Walburga. 
— Ach, jaka piękna ta zastawa! — Ofelia ujęła tymczasem filiżankę w swoje drobne dłonie, oglądając z nazbyt wielkim zaangażowaniem błękitne zdobienia. 
N'est-ce pas? — zagruchała natychmiast ciotka. — Planujemy dać ją młodym w prezencie ślubnym! — dodała teatralnym szeptem, zerkając z czułością na Narcyzę.
Nieobecny jak zwykle ojciec wyglądał jakby dumał nad wszystkim, tylko nie na tym, co działo się wokół — do momentu, gdy ja nie odparłam na to wszystko bardzo głośno:
Ulubiony serwis mamy?! 
Na chwilę zapadła cisza, którą przerwało tylko pełnie zniecierpliwienia sapnięcie Bellatrix. Ciotka, która teraz zrobiła się niebezpiecznie czerwona, szybko zwróciła się do Ofelii, jak gdyby nigdy nic dodając:
— Tak, to bardzo szczególna zastawa. Cygnusie, gdzie ją z drogą Druellą kupiliście, czy to nie była Kolonia?
— Berlin — chrząknął ojciec, nie spuszczając ze mnie wzroku. 
Starałam się nie myśleć o tym, że gdy ciotka zwykle wypowiadała się o matce, na pewno nie używała przy tym słowa „droga“. Z jakiegoś powodu stara prukwa zawsze na nią złorzeczyła. 
Tym razem ugryzłam się jednak w język, bo widziałam, że ojciec przyjął ten szczególnie złowróżbny wyraz twarzy, który był obojętny tylko z pozoru. Bella pokręciła głową ze zniecierpliwieniem, patrząc na mnie jak gdyby chciała powiedzieć „I na co ci to było?“. Nie wiem na co, ale na pewno nie rozumiałam, dlaczego ciotka myślała, że ma prawo rozporządzać nielicznymi pamiątkami, jakie zostały nam po mamie. Mając nadal w pamięci tajemnicę, którą dla Belli dotrzymywałam, nie byłam do końca taka pewna, by miała jakiekolwiek prawo mnie strofować.
Na szczęście ciotka nigdy nie dobierze się do pokoju matki — ta myśl mnie uspokoiła. Zapadłam się z powrotem w swoje krzesło, ignorując zgromadzenie całkowicie. Ojciec zamknął salonik mamy na cztery spusty dwanaście lat temu i od tamtej pory nikt nie miał tam prawa wstępu. Nawet Bella nie odważyłaby się tam wejść, choć nie dlatego, że była specjalnie posłuszna. Ja byłam ciekawska, a ona pamiętała mamę zbyt dobrze, by to wszystko rozpamiętywać.
Zakradłam się do zakazanego saloniku tylko raz. Było to podczas wakacji po trzecim roku, gdy wspinałam się po wielkim orzechu rosnącym za domem. Chowałam się przed ciotką i liczyłam wszystkie okna i odpowiadające im pokoje, by jakoś zabić czas do jej wyjścia, gdy nagle przyszło mi na myśl, że… Czemu by właściwie tam nie zajrzeć? Co mogło tam takiego być, żeby ojciec aż zamykał pokój przed światem? Na początku tylko tam zaglądałam, ale szyby były zbyt przykurzone, żebym mogła cokolwiek wyraźnie zobaczyć. Dopiero po jakimś czasie wpadłam na pomysł, że przecież to okno musi być bardzo łatwe do otworzenia… Gdy poradziłam już sobie z niezbyt skomplikowanym haczykiem, stanęłam w miejscu, które osobiście mogłabym opisać tylko jako niezbadaną świątynię.
Pamiętałam ten pokój jak przez mgłę. Nie wiedziałam nawet ile wspomnień powróci, gdy znowu się w nim znajdę. Przeszłam ostrożnie po zakurzonej, trzeszczącej podłodze, z walącym mocno sercem rozważając, czy ktoś mógł mnie tu nakryć, czy nie.  Czułam się jak odkrywca zapomnianego przez świat zamku, ale przede wszystkim miałam wrażenie, że widzę ją znowu. Mogłabym przysiąc, że w powietrzu wciąż unosiły się jej ulubione perfumy. 
Nie byłam na tyle odważna, żeby położyć się na łóżku, ale dotknęłam każdej książki stojącej na półce i każdej sukienki wystającej z na wpół otwartej szafy. Głaskałam w nieskończoność biały peniuar, który wciąż wisiał na oparciu krzesła przy toaletce. Przesuwałam dłonią ostrożnie po pustych flakonach staroświeckich perfum i nachylałam się, żeby sprawdzić, czy jeszcze pachną. Niektóre pachniały. Kasetki z biżuterią ani biurka nie odważyłam się otworzyć. Wiedziałam, że była pusta. Ojciec musiał opróżnić jej zawartość już dawno, bo na swoje jedenaste urodziny Narcyza dostała najlepszy naszyjnik matki — długi aż do pasa, zrobiony z drobnych pereł i łańcuszków z białego złota. W samym rogu pokoju stała staroświecka maszyna do szycia, choć jeszcze wtedy, gdy miałam trzynaście lat, nie wiedziałam nawet, co to takiego było. 
Nie pamiętałam nawet, że mama szyła — podobne hobby przystoi damie tylko w bardzo dokładnie określonych przypadkach, a już na pewno nie wypadało tego robić na mugolskim wynalazku. Aż do teraz, do tej nieszczęsnej herbatki z Malfoyami, nie myślałam o tamtym pokoju. Teraz wpadłam w prawdziwy trans i nie słyszałam nawet, gdy Narcyza usiadła do pianina. Zaczęła grać i śpiewać swoją ulubioną pieśń Mozarta, „Lied der Freiheit“. Wymowne, choć ona na pewno tego nie wiedziała — skoro niedługo mieli ją wypchnąć z jednej złotej klatki w drugą. 
— Brawo! Brawo! — Ofelia jako pierwsza nagrodziła jej występ gorącą owacją. Zbliżyła się do pianina i położyła Narcyzie dłoń na ramieniu. 
Et maintenant… Quelque chose en français. — Przewróciła kilka zestawów nut i położyła przed Narcyzą swój ulubiony zestaw. Nie musiałam za bardzo się skupiać, by rozumieć o czym obydwie szczebioczą, by wiedzieć, co nastąpi. — Voila! Eric Satie. 
Ofelia Malfoy była wielką miłośniczką muzyki i było to coś, czego ani jej mąż, ani syn nigdy nie docenili. Abraxas nigdy nie zdradził, gdzie się poznali, choć ja domyślałam się, że jedyną możliwością dlaczego nie chciał o tym opowiadać był fakt, że musiała wykonywać zawód… Niezbyt prestiżowy. Obstawiałam występy w kabarecie. Pasowały do niej najbardziej. Poza tym, kto inny przeprowadziłby się do innego kraju dla burkliwego arystokraty, jeśli nie piękna (i zubożała) aktoreczka? Ofelia była jedną z tych osób, które faktycznie miały gust, a o bycie kurtyzaną jej nie podejrzewałam. Brak jej było gruntownego magicznego wykształcenia, ale na pewno nie była nieinteligentna ani pusta.
Gdy obserwowałam jak kołysze się w takt muzyki, przyszło mi do głowy, że zawsze lubiłam Ofelię Malfoy. Musiało jej być ciężko — wkroczyć do skostniałej konwenansami angielskiej rodziny, odkryć, że jej mąż darzy niezdrową sympatią swoją bratanicę, która właściwie jest niewiele starsza od niej samej… Patrzyłam na jej idealnie skrojony kostium, który niewątpliwie musiał być ostatnim krzykiem paryskiej mody. Czy wydawanie jego pieniędzy dawało Ofelii choć trochę satysfakcji? Czy nienoszenie szat było jedynym buntem, jaki Abraxas zgodził się tolerować? Czy czuła, że jej obowiązek był spełniony, teraz, gdy już wydała na świat męskiego potomka — jasnowłosego i tak z pozoru idealnego, jak ona sama? Do burkliwego, ciemnowłosego i szorstkiego w obejściu Abraxasa Lucjusz w ogóle nie było podobny, to pewne. 
Siedząc tak daleko i obserwując Narcyzę z Ofelią dostrzegłam, jakie były do siebie podobne. Madame Malfoy uwielbiała moją młodszą siostrę. Potrafiły godzinami szczebiotać po francusku, bo, muszę przyznać, w przeciwieństwie do Walburgi moja siostra miała prawdziwy talent do tego języka. I do sztuk pięknych. 
Słuchałam jak gra i nie zwracałam uwagi na otoczenie, bo byłam zbyt zajęta rozmyślaniem, czy ja też w przyszłości stanę się taką Ofelią. Narcyza zdawała się tego pragnąć najbardziej na świecie, więc czemu ja nie potrafiłam?

*

Zmęczona wymyślaniem ciągłych wymówek i przeprosin, zmęczona ciotką Walburgą i wszetecznie idealną Narcyzą, postanowiłam pójść za radą Belli i skorzystać z jej kominka w tajemnicy. Akurat nie było jej w pokoju, choć nie wiedziałam gdzie też mogła pójść. Może znowu do biblioteki? Od początku wakacji przesiadywała tam nad wyraz często, to nie było do niej w ogóle podobne. Zazwyczaj prześlizgiwała się przez wszystkie naukowe próby bez najmniejszego nawet pierwiastka włożonego w to jakiegokolwiek wysiłku. W szkolnej bibliotece na ten przykład nie spotkałam jej chyba nigdy.
Następnego dnia, bez zbędnej zwłoki i jakkolwiek gruntownego przemyślenia mojej decyzji, stanęłam na dywanie salonu Rookwoodów punktualnie o siedemnastej. Strzepnęłam sadzę z rękawów i rozejrzałam się z ciekawością dookoła. Nikogo nie było w pobliżu, a ja byłam zbyt ciekawa, żeby się choć trochę nie rozejrzeć. O rezydencji Rookwoodów nie wiedziałam nic. Nie byli jedną z tych rodzin, która… Cóż, „bywa“. 
Salon, w którym się znalazłam, był dwa razy większy od naszego. Przechadzałam się po nim z ciekawością i oglądałam wszystko: poczynając od ogromnego kominka i stojących w szklanych gablotkach miniatur sławnych rzeźb klasycystycznych, a kończąc na nieskończonych rzędach półek z książkami, które rozciągały się przez dwie ściany i kończyły aż przy drewnianej antresoli pod sufitem. Adamaszkowe obicia foteli i pasujące do nic ciemnozielone tapety przypominały mi bardzo Pokój Wspólny Slytherinu, choć to wnętrze było niesłychanie bardziej wytworne. 
Na koniec podeszłam z ciekawością do stojącego pod oknem antycznego, pożółkłego globusa. Wodziłam właśnie palcem po dawno już nieaktualnym terenie Wielkiego Imperium Brytyjskiego, gdy zaskoczył mnie czyjś głos:
— Witaj, Andromedo. 
Obróciłam się jak na komendę. Przede mną stał Augustus i uśmiechał się tak samo przyjaźnie, jak zawsze. 
— Cieszę się, że mogłaś przyjść. — Podszedł bliżej i wyciągnął do mnie rękę. — Jak się miewają twoje siostry?
— Dobrze, dziękuję — odparłam nieco sztywno, łapiąc go nieśmiało.
— Cieszę się. — Na chwilę umilkł, patrząc tylko na mnie co jakiś czas kontrolnie. Ja dałam się prowadzić długimi korytarzami o strzelistych sufitach, nadal obserwując wszystko z fascynacją. Na prawie każdej mijanej przez nas ścianie wisiały magiczne portrety. Co drugi przedstawiał jakiegoś znamienitego Rookwooda, inne były oryginałami dzieł mistrzów. Minęliśmy galerię pełną rzekomo zaginionych (przynajmniej dotąd) dzieł Moneta, gdy Augustus odezwał się ponownie:
— A twój ojciec? Co u niego?
— Też dobrze, dziękuję — bąknęłam. 
Czemu go to interesowało?
— Miło mi to słyszeć. Chciałbym go kiedyś poznać — powiedział lekko, a ja zamrugałam kilka razy. 
Czy on już robił wobec mnie jakieś poważne plany? A może jednak powinnam była powiedzieć ojcu, dokąd wychodzę? Teraz to wszystko nabrało atmosfery bezsensownie sekretnego zakazanego romansu. Co za kicz.
  W końcu, gdy doszliśmy chyba najbardziej okrężną drogą do południowego skrzydła rezydencji, Augustus otworzył przede mną drzwi prowadzące do salonu dziennego. Ten, w przeciwieństwie do raczej ciemnej biblioteki, był jasny i utrzymany w kremowej tonacji. Letnie słońce wpadało do środka przez wysokie okna w stylu francuskim. Tapety, pozbawione zbędnych ozdób, miały te same zdobienia, co wiszący nad kominkiem herb rodowy — trzy orły splecione ze sobą wstęgą. 
Na samym środku salonu, przy okrągłym stoliku nakrytym jasnym obrusem, siedziała kobieta, w której od razu poznałam matkę Augustusa. Ten sam uśmiech, taka sama szczupła figura i włosy o miodowym odcieniu.
— Matko. — Rookwood puścił mnie przodem i najpierw pocałował matkę w rękę, co wydało mi się strasznie staroświeckie, acz urocze. — To jest Andromeda. Andromeda Black.
— Black. Hm, cóż. — Jego matka uśmiechnęła się jeszcze szerzej i podała mi dłoń  w koronkowej rękawiczce w taki sposób, jakbym ja też miała ją ucałować. — Minęło sporo czasu odkąd gościliśmy u nas Blacków. 
— Bardzo mi miło panią poznać, pani Rookwood — powiedziałam cicho, ujmując jej delikatną rękę w swoją.
— Jestem po prostu oczarowana, Andromedo. — Przyjrzała mi się uważnie, a potem wskazała mi krzesło przy stoliku. 
Augustus usiadł dopiero, gdy obydwie zajęłyśmy swoje miejsca.
— Chociaż muszę przyznać, że nie dostrzegam podobieństwa… — zagadnęła tajemniczo pani Rookwood. Zadzwoniła srebrnym dzwonkiem z galanterią, jakiej ciotce Walburdze zawsze było brak. Po chwili młoda pokojówka weszła ze srebrną tacą z herbatą i ciastem.
— Podobieństwa? — zapytałam.
— Mleka, panienko? — wtrąciła się dziewczyna, która, dostrzegłam to teraz, musiała być niewiele starsza ode mnie.
— Tak, proszę — odparłam, przyglądając jej się nieco impertynencko.
Unikała mojego wzroku, tak jakby była przyzwyczajona do tego, że Augustus co i rusz sprowadza do siebie arystokratki w jej wieku — które do tego nigdy w życiu nie przygotowały sobie same żadnego posiłku.
— Dziękuję, Greto. — Pani Rookwood ujęła filiżankę z takim wdziękiem, że jeśli przebogaty wystrój rezydencji wcześniej mnie w tym nie uświadomił, to jej maniery musiały. Rookwoodowie byli obrzydliwie wręcz bogaci.
— Mm, tak… — Jak gdyby odgadując moje niecierpliwe myśli, matka Augustusa wytarła usta serwetką i przyjrzała mi się uważnie. — Znałam Druellę bardzo dobrze.
Augustus siedział i tylko nas obserwował, a ja nawet gdybym chciała nie mogłabym teraz zmienić tematu.
— Moją matkę? — zapytałam, trzęsąc nieznacznie stojącą na spodku filiżanką.
— Byłyśmy w jednej klasie, kochanie. — Pani Rookwood pociągnęła kolejny łyk herbaty. — Twoja matka była niezwykłą kobietą. Bardzo mi jej brakuje. 
Zaskoczona prawie zapomniałam przełykać. Nigdy wcześniej nikt nie mówił ze mną o niej tak otwarcie. Chłonęłam każde słowo.
— Przyjaźniłyście się? 
— O tak. — Uśmiechnęła się z rozmarzeniem. — Druella Rosier miała dar otaczania się ludźmi. Znajdowała przyjaciół wszędzie, gdzie tylko się znalazła.
— Kogoś mi to przypomina. — Augustus mrugnął do mnie porozumiewawczo, a ja domyśliłam się, że musiał mówić o Bellatrix. Do mnie ten opis na pewno nie pasował. 
— Szkoda, że sprawy potoczyły się w ten sposób. — Pomyślałam, że miała na myśli jej śmierć, ale zaraz potem dodała:
— Kiedy wyszła za mąż, nagle urwała kontakt ze wszystkimi. Stała się ptaszkiem w złotej klatce. — Odstawiła filiżankę z powrotem na stół, rzucając mi badawcze spojrzenie. — Na Morganę, głuptas ze mnie! Oczywiście mam nadzieję, że nie-…
— Nie, nie — zapewniłam ją szybko, że o żadnym afroncie nie mogło być mowy. 
Od dawna byłam świadoma tego, co właśnie mi przekazała i choćby nie wiem jak bardzo starała się później skierować rozmowę na bardziej neutralne tematy, ja byłam pełna niepokoju. Wiedziałam, że Georgiana Rookwood właśnie otworzyła mi oczy — i to wręcz boleśnie szeroko. Jeśli nie stanę się biedną Ofelią Malfoy, zawsze mogę jeszcze skończyć jak moja nieszczęsna matka.

*

[transkrypcja nagrania z dnia 01.03.1974]

Wiedziałaś, że Georgiana Rookwood była daleką krewną lady Cavendish?

Nie. Skąd miałabym wiedzieć?

Była jej pra-pra-pra-pra-prawnuczką. W prostej linii. A jej drugi kuzyn, ten od strony matki, był bezpośrednim potomkiem Williama Turnera.

Tego malarza?

Tego samego.

Skąd ty to wszystko wiesz!

Wujek Alden dał mi kiedyś swój egzemplarz „Wielkiej dwudziestki ósemki“. Paskudnie rasistowskie dzieło drogiego wuja Cantankerusa, ale są tam wszystkie drzewa genealogiczne i wszystkie nazwiska największych rodów czarodziejskich Wielkiej Brytanii. Kiedyś mnie to interesowało.

Zaraz mi powiesz, że Malfoyowie to kuzyni królowej…

Byli. Ale nie obecnej. Jeśli spojrzysz na to od strony ciotecznego kuzyna pierwszych Malfoyów, który ożenił się z lady Seymour, przez małżeństwo byli bezpośrednimi kuzynami nieszczęsnej lady Catherine Grey, która z kolei-…

Dlaczego mnie to nie dziwi?

[śmiech] Sama spytałaś!

Dobra, ale czy jest szansa, że ja jestem potomkinią jakiejś zaginionej arystokratki?


Jakaś jest na pewno, ale czemu miałabyś tego chcieć?





Georgiana Rookwood (neé Bowes-Lyon), circa 1941



od lewej: Georgiana Rookwood i Caroline Bowes-Lyon, circa 1945



11 komentarzy:

  1. Najbardziej podoba mi się chyba nostalgiczny charakter tego opowiadania. Z jednej strony kuszący powiew arystokracji... Ludzie, którzy wiedzą, skąd pochodzą, i potrafią jednym tchem wymienić swoich przodków do dziesiątego pokolenia, a z drugiej... Złote klatki i pułapka konwenansów. Od początku jakoś szkoda mi Narcyzy. Jako jedyna z sióstr wydaje się taka przezroczysta – w zasadzie nieważne, jaka jest (ani KIM jest), bo jej los jest od początku przesądzony. Już nic więcej się nie zdarzy, nie ma żadnej alternatywy. Ona chyba sama nie zdaje sobie sprawy z tego, że w zasadzie mogłoby być inaczej, że jest nie tylko Malfoy. Bo musi się kisić w tym sosie z perspektywą wad genetycznych spowodowanych chowem wsobnym
    Dobra, odjechałam trochę.
    Ogółem, chciałabym jeszcze więcej Rookwoodów. Czuję też jakieś przyjemne sekreciki dotyczące mamusi, bo mamusia na pewno coś tam skrywa. Porzucone przyjaciółki, szczelnie zamknięte pokoje, sypialnia przemieniona w minimuzeum. Tam musi być coś więcej. Czekam, czekam, czekam.

    P.S. Z technicznych rzeczy – miejscami posypały się wcięcia akapitowe i list do Andy jakoś dziwnie się ułożył... No i cudzysłów jest tam chyba zbędny, skoro list jest kursywą.

    Szalona się kłania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taby są posypane jak jasny gwint, nie wiem co z nimi zrobić, bo szczerze mówiąc wklejałam ten rozdział z piętnaście razy i za każdym razem jakiś akapit jest źle. Poddaję się :D

      Usuń
  2. Rookwood jest tak arystokratyczny i nieznośny, że to kochane. Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmiało, to naprawdę, ukradłabym sobie któregoś z tych przyszłych Śmierciojadów i miała go sobie na własność. Albo ją. Miłość do Belli nie przemija.

    W ogóle to ja kocham Narcyzę tutaj. Jest idealnie dziewczęca i ma strasznie naiwną wiarę w ludzi i we wszystko, co się jej mówi, ale zakładam, że w pewnym momencie ona też się zmieni. Ja się cholernie boję zmian w tym opowiadaniu. Serio, strasznie. Bo to oznacza, że się wszystko rozpadnie, ja tak nie chcę, zrób coś :P

    Malfoyowie kuzynami królowej. Szalone, ale mi się podoba.

    Ściskam mocno, no i miłych świąt, bo zakładam, że okazji żeby życzyć już nie będzie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, to prawda, właściwie... Już niedługo będzie pogrom, masakra, strzał pioruna! ;) Jak tylko złapię chwilę, będę pisać!

      Tobie też wesołych! Chociaż muszę się przyznać, że nowy rozdział powinien być regularnie, jak zwykle w niedzielę albo poniedziałek <3

      love!

      Usuń
  3. Cudowny ten rozdział :) taki... Bogaty i arystokratyczny do bólu ;) ale lubię to! Zwłaszcza przedstawienie Ofelii jako francuski. Lucek w Durmstrangu? Niezłe!
    Co do mojego komentarza z zeszłego posta - wiem dlaczego zawsze Andromeda była dla mnie Slizgonką - bo Slughorn w Księciu Półkrwi mówił, ze dostał mu sie każdy z rodziny Blackow oprócz Syriusza a musiał on uczyć Andromede ;) ale twoja wersja krukonska bardzo mi sie podoba!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobał :3 Tak mi przyszło do głowy, że skoro Draco tak się produkował koło 4 części o Durmstrangu, to coś musiało być na rzeczy ;) Lucjusz przecież za dobry na Hogwart hehe.

      eeh, po piątym tomie nie przeczytałam już szóstego i siódmego zbyt dokładnie :) na pewno masz rację, ale ja wolę trwać w błogim stanie fanfika, hehe

      Pozdrawiam!
      O.

      Usuń
    2. Hahaha!
      Właśnie powtarzam HP4. Draco tam mówi, że ojciec chciał go posłać do Durm, ale mamusia nie potrafiła się z nim rozstać i nie wyobrażała sobie, żeby był tak daleko. Może Ci się przyda do czegoś :)

      Usuń
  4. Lucek i Cyzia rzeczywiście uroczy. :3 Już wiadomo, że to po nich Draconowi się okazyjnie udziela. Ofelia również przemiła. Ciekawe jak na nią ta późniejsza śmierciożercza fala wpłynie. Rookwooda nadal nie trawię i już chyba nic tego nie zmieni, ale jego mamuśka sprawia wrażenie sympatycznej. Zastanawiam się czy to tylko przykrywka, czy jabłko padło daleko od jabłoni... I ja się pytam, gdzie jest Teddy? :3

    OdpowiedzUsuń
  5. http://przyszlosc--bez--przeszlosci.blogspot.com/2016/03/003-nieznany-swiat.html if you want. <3 od wczoraj wypatruję z niecierpliwością nowego rozdziału, więc wiesz... no, ogromnie niecierpliwa jestem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie w tym momencie dosłownie się pisze :) Nie wyrobiłam się niestety "dzięki" świętom, ale dziś spiszę wszystko, przejrzę i zaraz wstawiam, będę pisać do rana! Dzięki, że czekasz <3

      Usuń
  6. Uch. Muszę skomentować, zanim pojawi się następny rozdział ;)

    Po pierwsze - pojawienie się cioteczki Walburgi gwarantuje zawsze poprawę humoru. Muszę przyznać, że dobrze Ci wyszła. "Zakon Feniksa" sugerował, że skoro jako obraz była koszmarnie irytując i podnosząca wszystkim ciśnienie, za życia musiała być jeszcze gorsza. Ale pcha mi się na usta jedno pytanie... gdzie jej dzieci? Czy ona w ogóle nie zajmowała się swoimi synami?

    Malfoy w Durmstrangu to ciekawe rozwiązanie. I w sumie dość sensowne jeśli się temu dobrze przyjrzeć. Przyznam się, że nigdy nie lubiłam Lucjusza (w moim opowiadaniu właściwie odgrywa on niejako rolę głównego złego, może nawet gorszego od samego Voldemorta), a to, co Ty z nim wyczyniasz... A niech ma za swoje!

    Oho, Bella przechodzi przemianę światopoglądowo. Zaczyna wyłazić z niej ktoś więcej niż niefrasobliwa trzpiotka nieprzejmująca się niczym. Szkoda, że Andy, zaplątana we własne "wielkie nadzieje" jeszcze tego nie zauważa. Swoją drogą, to musiało być dla niej przykre - nawet jeśli rowlingowa wersja Andromedy nie była tak zżyta z siostrami jak Twoja, musiało ją boleć, że jej starsza siostra zamieniła się w krwiożerczą maniakalną morderczynię. Obok czegoś takiego nie da się przejść obojętnie - w końcu to zawsze rodzina.

    I wreszcie, Augustus. Mam co do niego mieszane uczucia. Z jednej strony wiem, jak skończy, a z drugiej w Twoim wykonaniu wydaje się taki... no sympatyczny. Aż człowiek ma ochotę mu kibicować, nawet jeśli gdzieś tam z tyłu głowy czai się świadomość, że część z jego posunięć wynika z czystego wyrachowania. No i mamę ma dość miłą. Chociaż wydaje się... jakaś taka zbyt wylewna, nawet mimochodem. Jakby wszystko nastawione było na wywarcie odpowiedniego wrażenie i jak najsilniejsze zainteresowanie tym Andy. Jeszcze bardziej mieszane uczucia.

    No cóż, pozostaje czekać na wyjaśnienia.

    Pozdrawiam,
    Bea

    OdpowiedzUsuń